sobota, 6 lutego 2016

0098. musivum.pl

Miejscówka przyzywającego: Musivum
Przedwieczna: Gayaruthiel

Jestem tu po to, żeby pomagać rozwijać warsztat, dawać wskazówki odnośnie pisania, zrzędzić na błędy i wypowiadać w powietrze swoją opinię na temat podsyłanych mi tekstów. Ale ty, Ome... po przeczytaniu Notatnika Autorskiego odnoszę wrażenie, ze Musivum jest dla ciebie psychoterapią, odskocznią, wentylem bezpieczeństwa, czymś, co ci koi nerwy. Dlatego też sądzę, że chyba nie powinnaś była go do mnie przysłać. Trochę się martwię, że chciałaś uzyskać kolejną laurkę celem poprawienia sobie nastroju, ale moja ocena taka nie będzie. Dlatego, jeśli nie chcesz się denerwować, po prostu to zostaw. Nie czytaj dalej. Zrozumiem.

Pierwsze wrażenie: łojzicku, gdzie ja trafiłam! O co tu chodzi i którędy do przodu? Jak się odnaleźć w chaosie? A potem przeczytałam odpowiednie zakładki i zaczęłam widzieć metodę w tym szaleństwie. Koncept podoba mi się bardzo. Dla kogoś, kto przerobił dziesiątki nużąco podobnych, prościutkich opowiadań, przeczytanie czegoś, nad czym autor posiedział i pomyślał, pochylając się nie tylko nad treścią, ale i nad formą, jest bardzo odświeżające. Jednego tylko się obawiam, czy jeśli pójdę wskazaną przez ciebie ścieżką, skacząc metodą powiązań z opowieści na opowieść, które nie są związane w jeden linearny sposób, czy czegoś nie przeoczę? Nie ma innego wyjścia, trzeba się wziąć za lekturę.

Priamel

Musisz ludzi czymś nakarmić, skoro chcesz nimi tyrać. – Hm, mam wątpliwość, czy można tyrać ludźmi (bo kogo, co się nimi tyra?). Można tyrać z ludźmi, czyli ciężko pracować albo potyrać kogoś, czyli powiedzieć mu kilka niemiłych rzeczy, ale takiej konstrukcji jak twoja dotąd nie widziałam.

Olka, dwieście-trzysta nowych książek rocznie to twoje minimum. – Jeśli mowa o świeżo obronionej pani doktor, to ma chyba bardzo bogatych rodziców. Nawet jeśli dziewczyna kupuje książki używane i tańsze, to i tak licząc średnio piętnaście złotych za sztukę, będzie wydawać na nie miesięcznie ponad trzysta złotych. A dorzuć do tego jeszcze opłatę za wynajem trzypokojowego mieszkania – ok. półtora tysiąca złotych miesięcznie, do tego prąd, gaz, wyżywienie, sieciówkę, jakieś opłaty związane z uczelnią (podręczniki, ksera, zeszyty)... A jeśli mieszkanie jest kupione, to też gdzieś w tle powinien pojawić się temat spłaty rat kredytu, zbierania na wkład własny, chyba że to wszystko załatwił jakiś bardzo wygodny spadek po bezdzietnej cioci-milionerce z Ameryki.

Thriller o porywanych dzieciach i duchach — odparł bez entuzjazmu. – Porywanych duchach?

Trzeba się będzie chyba rozdzielić na pokoje... — zaczęła. // — Aż tak się boisz, że się pożremy? — zapytał Andrzej kpiąco. // — Powiedzmy, że dbam o dobrą atmosferę przy pracy — odparowała. — Ty pójdziesz ze mną. // Michał wybuchnął śmiechem, Andrzej natomiast, nie tracąc rezonu, spojrzał na niego z politowaniem, po czym zwrócił się do Olgi: // — Rozumiem, że dbasz o stan moich nerwów, więc dziękuję. // Olga ugryzła się w język. Nie powie mu, że poświęci stan swoich nerwów dla dobra nerwów pozostałych, nie powie mu tego... przynajmniej dopóki książki nie staną na swoich miejscach. – Kurczę, czy naprawdę, przy takiej ilości osób w mieszkaniu obecność jeszcze jednej robi jakąś różnicę? Jeśli nawet dla Olgi obecność Andrzeja jest uciążliwa, po co go zapraszała?

— Obiecałem Oli być dla was wyrozumiały, więc wyjątkowo pozwolę ci mieć ostatnie słowo — odezwał się Andrzej, nie rezygnując z kpiącego tonu. Olek poklepał go przyjacielsko po ramieniu. // — Grunt to żywić właściwe złudzenia — powiedział życzliwie. – Czyli tak naprawdę Olek wcale nie ma tu ostatniego zdania? To kto je ma?

— Alfabet i jeden psalm — mruknął Sebastian, patrząc w sufit. // — Alfabet, koniugacje jeszcze jakoś pamiętam, i cały długi psalm — uściślił. — Umiem czytać, pisać i wyrecytować jeden psalm, to i tak trzysta procent tego, co po hebrajsku umiesz ty albo Julek. – Jeśli tę wypowiedź ciągnie ta sama osoba, nie musisz zaczynać jej od nowej linii.

— Przepraszam, zapomniałem, jaką masz traumę po dwóch poprawkach z łaciny. // — Spadaj — syknął chłopak. — Ostrzegam, jeszcze raz usłyszę to hebrajskie szeleszczenie, a oberwiesz którymś ze słowników. – Z tego poniekąd wynika, że łacina jest hebrajskim szeleszczeniem.


 Była już trochę zmęczona, głodna i właśnie zaczęła się obawiać tego, co może przynieść dłuższe przebywanie razem w jednym pokoju wrednego Andrzeja, wybuchowego Michała i obrażalskiego Julka, plus nieszczypiący się z przeciwnikiem Sebastian, który zawsze bronił Michała przed najazdami innych, choć sam dogadywał mu radośnie — obaj sobie dogadywali, tak gwoli ścisłości, chyba droczenie się ze sobą stanowiło dla nich dowód przyjaźni — plus ostryga i wielbiciel ostrygi, jak się Olek nie weźmie w garść, to zacznie go nazywać w ten sposób, plus ona sama, marząca przecież tylko o tym, by wszystkie książki stanęły już na swoich półkach. – Nieszczypiącego. Czy to zdanie nie mogłoby jednak być trochę krótsze? Zwłaszcza, że w tym natłoku gubią się podmioty, i wygląda na to, że to Olek zacznie przezywać ludzi. Przy pierwszym czytaniu tego nie zauważyłam, ale mamy tu pierwszy sygnał skupienia na sobie Olki.

— Michał jest dziwny — oświadczyła Olga konspiracyjnym szeptem. — Humanista, który nie gromadzi księgozbioru i jeszcze rozdaje po ludziach swoje książki, jak mu się jakieś trafią. // — Po prostu humanista-anarchista — skwitował Olek. — Szargasz dobre imię bibliopatów. // — Ja po prostu nie cierpię nadmiaru rzeczy — jęknął. — Myślisz, że dlaczego jeżdżę maluchem? – Jeśli nie lubi nadmiaru rzeczy, to jakim sposobem wytwarza gigantyczny bałagan, które potem Sebastian terapeutycznie sprząta?

Przed kołem poszliśmy w parę osób na frytki do VIP-a, siadamy, jedna panna wyciąga pierwszy tom Tatarkiewicza, mnie i koleżance miny się wydłużają z zazdrości, panna otwiera książkę... a tam strona po stronie duże partie tekstu pozamazywane kolorowymi flamastrami, bo „ona sobie podkreślała ważne informacje”. // — Żartujesz — powiedział Sebastian ze zgrozą. // — Nie — odparł Andrzej dobitnie. — Wyobraź to sobie: jedna strona Tatarkiewicza różowo-zielona, druga niebiesko-czerwona, trzecia pomarańczowo-żółta i tak w kółko. Powiedziałem jej, że jest pieprznięta i powinni jej zabrać z domu wszelkie książki, a ta zaczęła się upierać, że to doskonały sposób na zapamiętywanie. // — Za to powinno się lądować w sądzie — stwierdził Olek. – Z jednej strony rozumiem, że wszyscy zgromadzeni są humanistami, ale z drugiej to trochę dziwne, że wszyscy jak jeden mąż traktują książki jak obiekt kultu, nawet jeśli niektórzy z nich nie mają potrzeby tworzenia własnego księgozbioru. Dla każdego forma jest ważniejsza od treści, nikt nie wstawi się za przytaczaną dziewczyną, że może miała prawo użyć własnego podręcznika tak, by lepiej przyswajać zawarte w nim informacje? Które, tak jakby, powinny być ważniejsze od nośnika? Nikt?

— Zaginam te z biblioteki — przyznał się Wiktor z miną winowajcy. — Teraz już rzadziej, bo się pilnuję, ale jak nie mam nic pod ręką do zaznaczenia czegoś, to po prostu zaginam. // — Mały rożek? — zapytał Julek podejrzliwie. // — Nie — wymruczał. — Zaginam kartkę tak, by rogiem dotykała cytatu. (...) Olga? — spytał po chwili z niedowierzaniem, gdy ta uniosła nieśmiało dłoń. // — Czasami — powiedziała obronnie. — Maleńkie rożki. W książkach z biblioteki. Swoich nie ruszam, a z pożyczonymi od konkretnych osób obchodzę się co najmniej równie ostrożnie jak z własnymi. – Kolejny przykład egoizmu. O książki z biblioteki, jako że przechodzą przez wiele rąk, powinno dbać się bardziej, by miały szanse dotrzeć do jak największej ilości odbiorców, zanim się rozsypią.

Kreślenia ołówkiem po książce też nie cierpię — oświadczył Julian stanowczo. — Przejrzałem sobie podczas rozpakowywania parę twoich książek, kobieto, ty je wszystkie zabazgrałaś ołówkiem na wszelkie możliwe strony! – No i w czym kreślenie ołówkiem jest lepsze od zakreślaczy? Zwłaszcza że po przeczytanym cytacie widać, że Olka swoich notatek nie usuwa, więc równie dobrze mogłyby być robione i długopisem.

Nie jestem pewna, czy konstrukcja tego tekstu była przemyślana. Najpierw zasypujesz czytelnika stadem postaci, które różnią się tylko imieniem. Potem, w połowie tekstu, przypominasz sobie, że przydałoby się powiedzieć kilka słów o ich wyglądzie i następuje seria opisów, jeden po drugim, zakończona opisem bohaterki-narratorki tak, jakbyś po prostu chciała odbębnić tę nieprzyjemną dla ciebie część jak najszybciej i wrócić do pisania tego, co tak naprawdę cię interesuje.

I kto by uwierzył, widząc go po raz pierwszy, że to taka nerwowa, obrażalska, złośliwa i choleryczna wścieklizna? Która do tego chodzi w glanach, z łańcuchem przy spodniach, dobre sobie, metalowiec metr sześćdziesiąt dziewięć, w koszulach z zazwyczaj dość interesującymi napisami — ulubioną Olgi była czarna bawełniana z wielkim nadrukiem: „Gdy dorosnę, chcę być Ojcem Dyrektorem”, co za szkoda, że na Manhattanie nie mieli jej rozmiaru — i słucha namiętnie ostrego rocka i metalu? – Jeśli, gdy widzieli go po raz pierwszy, miał na sobie glany i łańcuch, to czemu nie mieliby uwierzyć własnym oczom? Wzrost zaś ma się raczej nijak do upodobań muzycznych. A co do koszuli, to przecież można zamówić dowolne koszulki przez internet.

jest na dalszą metę piekielnie męczący – Na dłuższą metę.

Sama miała na sobie luźną bluzkę z krótkim rękawem oraz dość sporym dekoltem, choć może w przypadku jej niedużego biustu taki dekolt nie był zbyt dobrym rozwiązaniem — i na myśl, że miałaby założyć coś mniej przewiewnego, robiło jej się gorąco. – Myślałam, że jej już jest gorąco, i dlatego właśnie wybrała skąpy strój.

jasnozielona koszula z krótkim rękawem — te rękawy zaczynały być chyba obsesją, ale to wina Wiktora — ładnie podkreślała karnację Olka – W jaki sposób krótkie rękawy u Olka są winą Wiktora? Chodzi o naśladowanie mody, chwalenie się muskułami czy co...?

Póki co, czytając o Andrzeju, mam wrażenie, że narrator go bardzo nie lubi, do tego stopnia, że będzie go oczerniać przed czytelnikiem. Czytam więc o tym, jaki jest odpychający, złośliwy, wyniosły, a tymczasem czynności, jakie wykonuje Andrzej – pomoc przy książkach, uprzejma rozmowa – przeczą temu werdyktowi. Nawet nazwisko – Weredecki – ma się chyba kojarzyć z wredotą. Jako odbiorca czuję bunt przeciw tak nachalnej propagandzie i, póki co, żywię do tej postaci sympatię. Wygląda to wręcz tak, jakby otoczenie atakowało bezustannie Andrzeja – choćby zarzucając mu złe traktowanie studentów – a on broni się przed tymi atakami, a często zwyczajnie odpuszcza, mając na uwadze pragnienie spokoju wyrażone przez Olgę.

Olga ma małe problemy z rozmiarami — wtrącił się Olek i jęknął, gdy szturchnęła go łokciem w żebro. — No co, taka prawda. Nie umie ocenić na oko wysokości, wielkości, odległości, niczego, co się w jakikolwiek sposób rozciąga w przestrzeni. (...) Takie małe zboczenie — mruknęła przepraszająco. — Źle mi się o kimś myśli, gdy nie wiem, ile ma lat, ile ma wzrostu i jaki ma kolor oczu. Rozumiesz, muszę mieć pełny obraz. // — Musisz zajmować w jej wyobraźni konkretną liczbę centymetrów — uzupełnił Olek, na wszelki wypadek przytrzymując jej prawy łokieć, by znów nim nie dostać. — Ola nie chce być drugim Prokrustem. // — Lubię mieć konkretne wyobrażenie — syknęła. – Przecież i tak go nie będzie mieć, skoro nie umie sobie wyobrazić samodzielnie tych centymetrów – to będzie dla niej tylko pusta liczba.

Kocham Olka, ale mam ochotę przyłożyć mu na odlew, gdy zachowuje się tak jak teraz, jak przeklęty Albin ze „Ślubów panieńskich” Fredry. – To konkretne nawiązanie już padło, wcześniej co prawda Olga nie powiedziała tego na głos, ale i tak mam wrażenie wtórności, kręcenia się w kółko.

Siedzieli tak przez jakieś dwadzieścia minut; Olek objął Olgę jak poprzednio — najwyraźniej potrzebował takiej bliskości na pocieszenie, więc położyła dłoń na jego ręce i posłała pod adresem Wiktora niezbyt koleżeńską wiązankę. – Można by zaznaczyć, że wiązanka nie poszła na głos.

— I tam — podjęła Olga już normalnym głosem — Cytowska pisze, że Horacy rozpoczyna swoje ody od manifestu swojej odrębności i poetyckiej misji, czyli od ody „Maecenas atavis”, i to właśnie jest priamel, czyli utwór otwierający zbiór [4]. – Te odnośniki do bibliografii sprawiają wrażenie, że zamiast napisać dialog, zastosowałaś kopiuj-wklej z Wikipedii [citation needed]. Szczególnie, że przecież w samym dialogu pada nazwisko Cytewskiej, po co więc powtarzać tę informację w przypisie?

— Michał był pierwszy — odparła. — Już ją zaklepał. // Andrzej spojrzał na Skalnickiego tak, jakby się zastanawiał, po co analfabecie książka. // — Daj mi znać, gdy już ją skończy i ci odda — poprosił, odkładając Paszylka na pustą półkę. // — Ja tu jestem. — Michał przeciągnął samogłoski w taki sposób, jakby mówił do małego dziecka i dodał normalnie, patrząc na Weredeckiego z pewnym rozbawieniem: — Uprzejmiej byłoby się poświęcić i powiedzieć do mnie: jak przeczytasz, daj znać albo przypomnij Oldze, żeby sama dała mi znać. To nie takie trudne i nie sprofanowałbyś swej wspaniałej osoby. // — Skoro sam to proponujesz, to proszę bardzo — odparł Andrzej, uśmiechając się złośliwie. // — Proponuję ci minimum wzajemnego poszanowania — powiedział, najwyraźniej rozdrażniony. — Ale jeśli wolisz zeszmacanie ludzi, nie ma sprawy, tylko się potem nie dziw, że cię ci ludzie z zasady unikają. // — Tych akurat ludzi ja też z zasady unikam — przypomniał nadzwyczaj uprzejmie. Michał przez moment nie odrywał od niego wzroku. // — Czasami mi cię po prostu żal — powiedział wreszcie bardzo spokojnie. – W tym na przykład fragmencie, Michał wyolbrzymia słowa Andrzeja, celowo szukając w nich  pretekstu do zaczepki, po czym sugeruje, że Andrzej prosząc Olgę o książkę, czy raczej o danie znać, że książka jest już dostępna, zeszmaca Michała. Nie mówiąc już o tym kwejkowym „żal mi cię”. A przecież to raczej naturalne, że Andrzej zasięga informacji o dziele u właścicielki i u osoby, z którą utrzymuje stały kontakt. Michał nie spełnia żadnego z tych kryteriów.

— Dziękuję za pomoc — powiedziała, gdy się wyprostował. // — Nie ma sprawy. — Uśmiechnął się, rozejrzał i podniósł z kąta swoją aktówkę; jak zdążyła zauważyć od początku ich znajomości, lubił wszędzie nosić ze sobą jakąś teczkę, chyba dodawał sobie tym znaczenia. — Szkoda tylko, że nie umiałaś lepiej dobrać towarzystwa. // — Szkoda, że ty się czasem nie umiesz ugryźć w język — odparowała, trochę już zirytowana. — Zszedłbyś czasem z tego cokołu „jestem taki najlepszy” na ziemię, od razu by ci nos wrócił na właściwe miejsce z tych wyżyn, na które go zadzierasz. // Gdyby Michał to powiedział — ba, gdyby powiedział jedną trzecią tego — Andrzej by się nieprzyjemnie odciął, wyniośle okazał swoją pogardę lub jedno i drugie. Ale Andrzej, przy całym swoim zarozumialstwie, miał też pewne słabości — Olga nie rozumiała ani ich natury, ani ich sensu, wiedziała jedynie, że sama do tych słabości należy. Weredecki ją lubił i wszelkie jej uwagi, nawet ostrzejsze, kwitował albo rozbawionym uśmiechem, albo, w najgorszym razie, przyjacielskim docinkiem. Teraz akurat wybrał coś pośredniego: roześmiał się, pocałował w policzek i zapewnił, że jeśli będzie potrzebowała jego zejścia z wyżyn, by jeszcze coś poustawiać na najwyższych półkach, to nie ma sprawy. – No i masz, Andrzeja obrażają inni goście, na końcu gospodyni, zamiast go obronić, dołącza do polowania na czarownice... a Andrzej mimo to jest w stanie zachować klasę i puścić to w niepamięć. Widzę tu spokój olimpijski, a nie parszywy charakter, więc, drogi narratorze, coś ci nie wyszło. Uwaga z drugiego czytania: cmoknięcie w policzek? U Andrzeja, który nie rozumie idei czułości i klejenia się?

Julian, o którym nie umiała myśleć inaczej niż „chłopak”, choć był od niej  młodszy raptem o dwa lata, którego sentymentalne nastawienie do związków przyprawiało o ból zęba, którego sposób bycia kłócił się wręcz nie do uwierzenia z wyglądem – Narratorze, już nam o tym powiedziałeś. Nie mamy sklerozy.

Julian, o którym nie umiała myśleć inaczej niż „chłopak”, choć był od niej  młodszy raptem o dwa lata, którego sentymentalne nastawienie do związków przyprawiało o ból zęba, którego sposób bycia kłócił się wręcz nie do uwierzenia z wyglądem, a chimeryczność z sympatią, jaką potrafił wzbudzać, którego pomysły literackie naprawdę poruszały i którego choleryczny, nerwowy, obrażalski i wściekliznowaty charakter potrafił wyprowadzić z równowagi niemal wszystkich, chyba najwięcej cierpliwości miał do niego Michał — Michał, którego, zdawałoby się, niewyczerpane poczucie humoru zostawało czasem przerwane tym upartym, przewiercającym człowieka spojrzeniem, pełnym powagi i napięcia, na którego błaznowanie nakładało się zamyślenie tak głębokie, że chwilami zupełnie się wyłączał na świat zewnętrzny, a postawa „nie pozwolę się niczemu i nikomu ograniczyć” zderzała się z olbrzymim przywiązaniem do Sebastiana, dla którego Skalnicki był w stanie nawet ugryźć się w język, choćby skręcało go z chęci powiedzenia czegoś — i Sebastian, u którego pewna surowość względem samego siebie łączyła się z wielką wyrozumiałością wobec innych, którego poczucie odpowiedzialności sięgało, jak twierdził Michał, do Madagaskaru i z powrotem, a mieszało się z nieco złośliwym poczuciem humoru i zamiłowaniem do dogadywania najbliższemu przyjacielowi, którego umiejętność poszanowania cudzych granic nie przeszkadzała temu, by rozstawiać Skalnickiego po kątach, gdy Sebastian uznawał to za potrzebne, a zaangażowanie w pracę było na równie wysokim poziomie, jak w przyjaźń — i Olek, z jednej strony potwornie irytujący tym, jak mocno wsiąkał w swoje związki i jak zawzięcie się trzymał jakiegoś uczucia, jak mocno i na zabój się zakochiwał, z drugiej strony genialny przyjaciel, z którym można było robić wszystko, wszędzie i zawsze, ujmujący swoją troskliwością i wsparciem, na które można było zawsze liczyć, i urzekający jako rozmówca, i rozbrajający poczuciem humoru, i charyzmatyczny, wzbudzający szacunek swą wiedzą wykładowca. – Ratunku. To jest jedno zdanie. Ono naprawdę nie powinno być aż tak długie.

— Bardzo was lubię — powiedziała naraz impulsywnie; opierała się o framugę drzwi i od dłuższej chwili wodziła w zamyśleniu wzrokiem od jednego do drugiego, czując coraz silniejszą potrzebę wypowiedzenia tych słów. – To przecież zupełnie typowa reakcja na obserwowanie, jak jedna grupa znajomych obraża drugą.

— On potrafi być sympatyczny — powiedziała znużonym głosem. — Gdy chce. // — Problem w tym, że rzadko kiedy chce — dorzucił Olek. — Ale wiesz, Michał, on rzeczywiście miewa takie momenty, takie zachowania, że człowiekowi szczęka opada: to naprawdę Andrzej, naprawdę potrafi być taki... — zastanawiał się przez moment nad odpowiednim słowem — taki ludzki? Rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarza. // — Uwierzę, jak zobaczę — mruknął. — Chociaż pewnie jak zobaczę, to i tak nie uwierzę. – No cóż, dzisiaj był, a przynajmniej bardzo starał się być, nie żeby towarzystwo umiało to zauważyć czy docenić. Może byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała, co za straszliwe zbrodnie im wyrządził w przeszłości; co tłumaczy tę całą werbalną agresję. Po drugim czytaniu już wiem, że tą okrutną krzywdą było oblanie Michała. Trochę brak mi słów.

Podejrzewała jednak, że Julian po takiej ilości alkoholu oraz ze swoją awersją do łaciny i tak by nie docenił dobrych porad mnemotechnicznych. – „Takiej ilości”? Dopiero co ubolewano, że wyjdzie zaledwie jedna szklanka na głowę, do tego wino jest półwytrawne, nie odurza tak, jak słodkie potrafią.

Dialogi filozoficzne, od Platona poczynając: lekkie zarysowanie sytuacji, w której odbywa się rozmowa, zwykle bardzo skąpe, a potem dyskusja między co najmniej dwiema osobami – Pewnie dlatego, że trudno nazwać dyskusją coś, w czym bierze udział tylko jedna osoba ;).

Rozmowy zmarłych, które Olek uwielbia, chociaż teraz się naburmuszył i nie przyzna, rozmowy zmarłych od Lukiana z Samosat, już bez żadnych elementów narracyjnych, rozmowy prowadzone przez zmarłych, którzy przeprawiają się w zaświaty albo tam się spotykają i wymieniają uwagami dotyczącymi i ich, i czytelnika.  – Trochę przygniotła mnie tu ilość zmarłych i ich rozmów, czy te powtórzenia naprawdę są konieczne?

Trochę mnie dziwi, że tam wszyscy przysypiają, najpierw chyba Sebastian, potem Olga, teraz Julek... a przecież kiedy Wiktor wychodził, była dopiero szesnasta. Szklanka wypitego wina też tego nie tłumaczy.

Trudno jednak nie wyglądać na zabiedzoną, gdy się niemal w tym samym czasie broni doktorat, przeprowadza, pisze artykuł na wczoraj i jeszcze próbuje podtrzymać najlepszego przyjaciela na duchu, starając się jednocześnie nie nakopać mu w tę mniej duchową część bytu – To już chyba trzeci raz, gdy Olga użala się nad swoim ciężkim życiem, przytaczając te same, znane już nam argumenty.

Michał przez chwilę wpatrywał się w obraz w połowie swego pomysłu – Niezbyt zgrabnie to brzmi.

Muszę jeszcze tych dwóch porozwozić, Julka pewnie będzie trzeba w ogóle transportować po schodach na to jego pieprzone szóste piętro w tym jego bloku, w którym nigdy nie działa winda. – Po jednej szklance wina, po tym, jak sobie z godzinkę lub dłużej pospał w spokoju? Czy Julek jest inwalidą?

Jak ty po tym winie marudzisz — wymruczał Michał, splatając ręce na klatce piersiowej. — Daj się zdrzemnąć, dobra? Jak mam prowadzić, to muszę zebrać siły, nie będę siadał za kierownicą półprzytomny. – Kolejny narkoleptyk? Która jest godzina?

Zmęczona? — spytał, opierając się o parapet obok Olgi. // — Średnio — stwierdziła. — Wykorzystałam was i wyeksploatowałam do granic możliwości, więc sama aż tak się nie zmęczyłam. – Olga, kręcisz straszliwie. Przecież dopiero co było:
Widać, że jestem zmęczona — stwierdziła. Miała lekkie cienie pod oczami (...) Jestem zmęczona — pomyślała, upijając łyk wina (...) Muszę być naprawdę zmęczona, skoro przychodzą mi do głowy takie okropne pomysły. (...) Wolałabym chwilami, żeby ludzie byli monolitami — pomyślała ze zmęczeniem (...) była już trochę zmęczona i nie chciało jej się wdawać w dokładne objaśnienia o teorii trzech przekładów w renesansie (...) cholera, no nie wiem, w stylu Olka po prostu — zakończyła zmęczonym głosem. (...) — Jesteś zmęczona? // — Jestem — przyznała. (...) Była już trochę zmęczona, głodna (...) Zdawał się mieć najwięcej energii z całej czwórki — Olgę zmęczyło wreszcie samo patrzenie na niego
– a to tylko zbitki Olga+zmęczenie, które pojawiają się wcześniej w tekście, bo i później sobie tego nie żałujesz. Serio, Olga jest najbardziej umęczonym bohaterem literackim, jakiego w życiu widziałam, możliwe, że bije na głowę nawet Wertera – bo Olga z męką mówi, z męką patrzy, nieomal z męką oddycha – nie widać też, by miała problem z przyznaniem się do tego stanu. Więc skąd ta nagła zmiana frontu? Swoją drogą teraz też rzuca mi się w oczy, że kilka godzin temu Olga była głodna, nie sądzę, żeby tych kilka ciastek wystarczyło, by zaspokoić potrzeby żołądka, a jednak po wypiciu wina nikt już nie wraca do tego tematu.

Jakby mi się nie kręciło w głowie tak, jak mi się kręci — syknął Julian — to wstałbym i ci przyłożył. // — Ale ci się kręci, więc musisz się obejść smakiem — odparował z zadowoleniem. – Tylko mi nie mów, że to też skutki alkoholu. Chyba że wcześniej się przejęzyczyłaś i to nie było wino, a winiak.

Przez to tankowanie przypomniało mi się, jak wracaliśmy z Olką z Poznania (...) w ten sposób wracaliśmy do Szczecina: jeden samochód prowadził mój ojciec na zmianę z matką, drugi ja na zmianę z Olką. Robiliśmy co jakiś czas przestoje, bo raz, że daleko, dwa, że wszyscy zmęczeni. – Samochodem z Poznania do Szczecina jedzie się maksymalnie trzy godziny – to już chyba bardziej męczące jest przystawanie co chwila niż zwarcie szeregów i machnięcie tego na raz, no, może na dwa razy? Jesteś pewna, że nie jechali bryczką?

Olka jest potwornie wygodnicka i wychodzi z założenia, że stacje samoobsługowe polegają na tym, że ktoś sam ją obsługuje. Jak nie jedzie z kimś, kim mogłaby się wyręczyć, to potrafi podejść do pracownika, zrobić słodkie oczy i poprosić, żeby jej zatankował, a jak on jej mówi, że to stanowiska samoobsługowe, Olka, dalej twardo zgrywając słodką idiotkę, mówi: „Och, wie pan, tankowanie to jedna z tych rzeczy, do których potrzebuję mężczyzny”. – I to ma być osoba, o której wcześniej pisałaś, że jest wielką feministką? Widziałem parę razy Olkę w wersji „wkurwienie feministyczne i antyhomofobiczne”, to naprawdę straszny widok. No, ale rozumiem, że bohaterka jest z tych, co lubią mieć prawa i przywileje, ale żadnych obowiązków.

— Zawsze działa — przerwała Olga z zadowoleniem. — Facetów tak łatwo na to nabrać i się nimi wyręczyć, że aż się śmiać odechciewa — dodała złośliwie – Chyba zachciewa?

„Proszę pani, ale to diesel”, na co Olka, takim pełnym uprzejmego zdziwienia tonem: „Nie, to combi”. // Michał i Sebastian wybuchnęli śmiechem, Olga też się uśmiechnęła, choć bardziej do samego wspomnienia. Julian przyglądał się im z wyraźnym zdziwieniem. // — Nie rozumiem — powiedział, patrząc na Olka, i tym oświadczeniem wywołał kolejny wybuch śmiechu. // — Nie martw się, ja w zasadzie też — pocieszyła go Olga. – Jestem w stanie uwierzyć, że w towarzystwie znajdzie się jedna osoba, która nie widzi różnicy, ale dwie zaczynają naginać moje zawieszenie niewiary.

— I to się nazywa sprawiedliwość — prychnął Julek. — Ja rozpoznaję strony bezbłędnie, a zdawałem trzy. – Zaraz, co? Julek zdał prawko, ale nie jest świadom, że samochody tankuje się benzyną albo ropą? Nie ma mowy.

chłopak, wyraźnie trochę niekontrolujący swe ruchy – Albo trochę, albo wyraźnie; niekontrolujący – kogo, czego – swoich ruchów.

Julian przysnął, wsparty łokciami o stół. Gdy kilka minut później postawiła przed nim kawę i lekko szturchnęła w ramię, uniósł głowę z sennym pomrukiem, popatrzył półprzytomnie i potrzebował dłuższej chwili, nim się dobudził. – Zaczynam podejrzewać, że w tym winie było opium.

Zegar w kuchni wskazywał jedenastą dziewięć – O w mordeczkę. Po tych wszystkich opisach śpiących królewiczów spodziewałam się co najmniej czwartej nad ranem.

Uff, to było momentami męczące – początkowo poprzez nadmiar wrzuconych na raz, trudnych do zróżnicowania bohaterów, potem ze względu na powtarzające się co jakiś czas informacje. Było też nudnawo – nie mam nic przeciw gawędzie, nie potrzebuję gnającej naprzód akcji, by wciągnąć się w opowieść, ale brak akcji powinno rekompensować coś innego – fascynujący język, sylwetki bohaterów, zagadka, no cokolwiek. Biorę jednak poprawkę na to, że to chronologicznie pierwszy napisany rozdział i dopiero się rozkręcałaś. Widzę i rozumiem metanawiązania wokół priamela, technicznie jest to poprawnie przeprowadzone pudełko w pudełku.
Gdyby nie wzmianka o Manhattanie, nie szłoby odgadnąć, że miejscem akcji jest Szczecin.

O bohaterach będzie trochę więcej w podsumowaniu, ale dla Olgi zrobię wyjątek, bo najwięcej problematycznych kawałków pochodzi właśnie z Priamela. Deklaratywnie dziewczyna ma na względzie dobro przyjaciela, ale aktywnie, choć być może podświadomie, zabiera mu wszystkie szanse na udany związek z kimś innym:

Wiedziona nagłym impulsem, odchyliła znów głowę i pocałowała Olka delikatnie; z racji sposobu, w jaki się o niego opierała, mogła jedynie musnąć ustami linię jego szczęki, ale Olkowi to wystarczyło: objął ją trochę mocniej, poklepał po ramieniu i pocałował we włosy. // Oboje byli tak przyzwyczajeni do tych drobnych czułości, do bliskości przekraczającej typową bliskość przyjaźni damsko-męskiej i stojącej na krawędzi bliskości związkowej, że zupełnie nie brali pod uwagę reakcji innych. Może więc Julek miał rację, przemknęło jej przez głowę, może różne kwiatki w związkach Olka brały się stąd, że jego chłopacy nigdy nie byli do końca pewni, jakie go w zasadzie relacje z nią łączą?

— Naprawdę przesadzasz — upierał się Michał. — Nie jest aż tak namolny i oszalały, jak to wynika z twoich słów, serio. // Olga nalała wrzątek do ostatniej szklanki i odstawiła czajnik. Przesunęła palcami po jasnobrązowym drewnie blatu kuchennego, po czym zerknęła na Michała. // — Może — mruknęła bez przekonania. — Mam nadzieję, że przesadzam. Może rzeczywiście... Może po prostu jestem już wyczulona — dodała po chwili. — Widziałam wszystkie jego związki, od pierwszego do ostatniego, i wszystkie numery, jakie mu robiono, i wszystkich facetów, w których on się angażował, a którzy nie umieli tego docenić, i po prostu uważam, że Wiktor nie jest dla niego odpowiednim materiałem na chłopaka, przy całej mojej sympatii do Wiktora widzę, że to nie jest człowiek, który umie być ciepły, uczuciowy czy... cholera, no nie wiem, w stylu Olka po prostu — zakończyła zmęczonym głosem.

Wpadłam mu po prostu do pokoju z tą sceną orgii, bo już nie mogłam wytrzymać ze śmiechu, i akurat mu przerwałam dobieranie się do jego chłopaka — wyjaśniła ze złośliwym uśmiechem. Olek prychnął.
— Wpadła, rzuciła beztrosko: „Sorry, chłopaki, zapnijcie spodnie, coś wam przeczytam”, a potem to przeczytała. — Skrzywił się. — I w tym momencie i mnie, i jemu odechciało się seksu. // — I w ten sposób przeprowadziłam od ręki doświadczenie „jak de Sade wpływa na podniecenie” — dodała z zadowoleniem. — Odpowiedź brzmi: zabija je. // — Aż tak źle? — spytał Sebastian ze współczującym uśmiechem. // — Zapewniam cię — odparł Olek poważnie — że nie ma mowy o podnieceniu, gdy Olka zwija ci się na podłodze ze śmiechu, między kolejnymi konwulsjami czytając kawałki o wielkiej, znudzonej piramidzie ponabijanych na siebie facetów.

Mamy tu Olkę, która domyśla się, że może odstraszać potencjalnych adoratorów, ale woli o tym nie myśleć, bo tak jest jej wygodnie, która uważa, że ma prawo decydować o tym, kto jest odpowiednim partnerem dla Olka, która nachodzi go w sytuacjach intymnych, za nic mając potrzeby innych ludzi czy poczucie taktu, bo ONA MUSI coś im przeczytać. Zestaw to z tym cytatem, który podkreśla, że Olka w nosie miała gości, obchodziło ją jedynie ustawianie książek i ten mały fragment z innego tekstu:

Wyszli z Empiku w stanie upojenia. Olek niósł oba komplety — Olek zawsze wszystko nosił, książki, torby, walizki, kiedyś stwierdził, że Olga zrobiła sobie z niego prywatnego wielbłąda-tragarza, i coś w tym niewątpliwie było

Co jakiś czas pojawiają się też informacje, że Olek służył jej za kuchtę. W efekcie mamy opis relacji bardzo niesymetrycznej, z Olką czerpiącą korzyści i Olkiem dającym się wykorzystywać. Bo co on ma z tej relacji? Co takiego robi Olka, co ułatwia czy uprzyjemnia mu życie? Nic, o czym byłaby wzmianka w tekście. A gdy połączyć to ze scenką ze stacji benzynowej, można wręcz nabrać podejrzeń, że Olka jest paskudną modliszką świadomie wykorzystującą ludzi do swoich celów. Domyślam się, że nie to było twoją intencją, ale cóż, głupio wyszło.

Ponieważ zachęcasz do skakania po tekstach, idę sprawdzić W co się bawiły małe dziewczynki?.

W co się bawiły małe dziewczynki?

Olga: No i mi właśnie o to chodzi, o to, że zabawy czy paczki dziewczyńskie są przedstawiane jako gorsze, nudniejsze czy głupsze niż chłopięce, a są fajne tylko wtedy, gdy imitują chłopięce. – Rozumiem, że to jeden z tych metatekstów, żeby czytelnik wiedział, że W co się bawiły... będzie przedstawiać dziewczyńską paczkę w pozytywnym świetle.

Agata: To tak: w ogóle to Olka mnie zainspirowała, jak mi jakiś czas temu powiedziała, że jak była mała, uwielbiała czytać „Mikołajka”, i teraz też uwielbia, tylko szkoda, że nie ma takiego „Mikołajka” kobiecego. // Agnieszka: Nie no, jak nie ma? „Dzieci z Bullerbyn”, w ogóle Lindgren, zwłaszcza „Fizia Pończoszanka”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, podasz mi cytrynę? Dzięki, co jeszcze… // Olga: Ale to nie są polskie, nie są współczesne i...  no, nie są... // Agnieszka: „Fizia Pończoszanka”! // Olga: I niepolska, i niewspółczesna! – Ale Mikołajek, od którego drogie panie wychodzą, też jest i niepolski, i niewspółczesny.

Agnieszka: „Oto jest Kasia”! Olka, nie mów, że nie czytałaś, to w podstawówce było lekturą. // Eliza: Ja czytałam. // Marta: Ja też. // Maria: Ja też. // Olga: Też, też, wyleciała mi z głowy. Ale „Kasia” jest już stara… // Agnieszka: Ale jest. // Olga: Ale nie jest współczesna. Czekaj, ja myślałam, że ty będziesz równie feministycznie zagotowana, jak ja, że nie ma? // Agnieszka: Ale ja jestem feministycznie zagotowana i jasne, że jest mało, tylko nie chcę, żebyśmy wychodziły od nieprawdziwego, że nie ma wcale. // Olga: Nie, dobra, ja nie mówię, że nie ma wcale, ale jest mało… // Marta: Cholernie mało i szczególnie mało współcześnie. – Mam silne wrażenie, że panie nie są na bieżąco z książkami dla dzieci i młodzieży, wyciągają przykłady z lamusa i zrzędzą dla samego zrzędzenia. Jest od cholery i trochę książek o dziewczynkach dla dziewczynek, choćby seria o Martynce, o której nawet ja słyszałam, choć nie mam kontaktu z dziećmi. Do tego nie rozumiem stawiania akurat Kasi jako przykładu świetnej książki dla dziewczynek czy książki z feministycznym pazurem, bo to raczej opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie niż cokolwiek innego.

No w każdym razie, tak wracając wreszcie do tematu, to chodzi mi o to, że po tej rozmowie z Olką uderzyło mnie, że rzeczywiście takich „Mikołajków” dziewczyńskich jest mało. A nawet jak są dziewczynki, to często gęsto poupychane w schematy, nawet jak nie całe schematy, to jakieś fragmenty. Takich historii czysto dziewczyńskich naprawdę niewiele widuję, o ile w ogóle, przynajmniej czy szczególnie polskich. To znaczy takich historii, w których nie pojawialiby się chłopcy jako ten czynnik, wokół którego wszystko zaczyna się w końcu kręcić albo który przynosi ze sobą coś odgórnie lepszego, czy w zabawach, czy w relacjach, czy jeszcze inaczej. Brakuje mi właśnie takich opowieści, które skupiają się na tym, co robią, myślą, czują dziewczynki czy bardzo młode dziewczyny. – A książki Siesickiej? Wczesna Musierowicz? Bardziej współcześnie mignęła mi Chylińska. Mamy jeszcze Córkę czarownic Terakowskiej, Asiunię Joanny Papuzińsiej, Czy wojna jest dla dziewczyn? Pawła Beręsewicza i Olgi Reszelskiej, Alę Betkę Idy Pierelotkin, Ani słowa o Zosi Zuzanny Orlińskiej… Lecę listą Cała Polska czyta dzieciom, niemniej książek pisanych w ostatnich dziesięcioleciach w Polsce, w których głównymi bohaterkami są dziewczyny zainteresowane czymś więcej niż chłopakami, jest sporo, po prostu trzeba się tym tematem interesować.

O, à propos i z góry uprzedzam, Ola, że cię to pewnie trochę podrażni: jedna z moich pierwszoklasistek przy omawianiu mitów greckich powiedziała: „Nie znoszę mitów, bo są z reguły strasznie szowinistyczne. Te gwałcone przez bogów bohaterki naprawdę nie mogły jedna z drugą dać po mordzie, znaczy przepraszam, po twarzy?”. Myślałam, że dzieciaka uścisnę. Nie gryź. [śmiechy; niewyraźna uwaga Elizy] // Olga: Nie, wcale nie będę gryźć, też bym ją uścisnęła... – Wiem, co chciałaś tu przekazać, ale wyszło ci obwinianie ofiary – „no, czemu te gwałcone kobiety to takie mameje, czemu się nie bronią?”. Mocno mi to zgrzyta w feministycznej dyskusji. Po drugie, winienie ludzkiej kobiety, że nie poradziła sobie z wszechmocnym bogiem, jest idiotyczne. Po trzecie, to jest w ogóle bardzo zły przykład, bo przecież w mitologii jest od groma i trochę bogiń broniących swojej cnoty, jak choćby Artemida czy Atena, które za samo spojrzenie potrafiły zamordować mężczyznę.

Przy całej mojej miłości do antyku uważam, że najlepszym sposobem współczesnego życia dla mitologii greckiej jest wchodzenie w nią ze wszystkimi narzędziami współczesnego literaturoznawstwa, antropologii i tak dalej, a krytyki feministycznej i genderu przede wszystkim. Mogę sobie czytać Hezjoda tak dla przyjemności, bo podobają mi się jego poematy, ale i tak co chwila, a szczególnie przy opisie stworzenia Pandory i uwagach na temat kobiet, zaczynam gryźć Hezjoda od strony pytania: co on robi z kobietami i dlaczego. I albo będę go tak gryźć i coś z tego wyniosę, albo spróbuję być ślepa na te kobiece kwestie i w ten sposób sama się ogłupię, albo będę się bezproduktywnie denerwować. Więc jak mam się denerwować, to wolę produktywnie. [śmiechy] – Zaraz, czy Olga ma pretensje do twórcy sprzed wieków, bo prezentował zgodne z duchem czasu poglądy? Przecież Olga, mająca wiedzę zarówno historyczną, jak i literaturoznawczą z tego okresu, nie powinna siebie ani autora gryźć, tylko to wszystko powinno być dla niej bardzo oczywiste.

Tym bardziej że w tej chwili, paradoksalnie, tyle się wałkuje kobietę krytyką feministyczną i gender studies, ale nadal u nas brakuje innych historii o kobietach niż tylko romansidła Grocholi i tego typu. – Może nie tyle brakuje, co jest ich mniej niż romansideł – bo na romansidła trwa popyt. A książki o szerszym znaczeniu, z kobiecą bohaterką, nie są klasyfikowane jako „powieść kobieca”, ale to nie znaczy, że nie istnieją.

Zastanawiam się, jaka jest szansa, żeby osiem różnych osób z różnych środowisk, które łączy jedynie uniwerek, na którym studiują, bawiły się w dzieciństwie w ten sam sposób, czyli odgrywając scenki z książek/filmów.

Mój Ken miał fabrycznie zrobione kąpielówki, więc wiele sobie obejrzeć nie mogłam, ale któraś z dziewczyn dostała takiego dosyć naturalnego, którego dawało się rozebrać do rosołu, i przyniosła go na podwórko jak rzadki okaz do obejrzenia. Przeżycie było niesamowite, a potem oczywiście było trochę głupich zabaw w rodzaju „jak Ken z Barbie robi dzieci”. // Agnieszka: Przerażasz mnie. // Maria: A mnie nie. Ja się pod koniec podstawówki z koleżanką przemknęłam do szatni chłopaków, żeby ich popodglądać, jak się przebierają przed WF-em. [śmiechy] // Agnieszka: Wszystkie byłyście takie niewyżyte? – Hm, z jednej strony Agnieszka nie ma dzieci, ale z drugiej pracuje z maturzystami, a zatem musiała mieć jakieś zajęcia pedagogiczne. I nic tam nie było o seksualności dzieci? Trochę mnie dziwi takie podejście pedagoga.
Lalki typu Barbie i Ken nie mają zaznaczonych narządów płciowych.


Byłyśmy zresztą w szkole całą grupką wielbicielek Sailorek, więc szybko porozdzielałyśmy sobie role, czyli ulubienice, i zgadnijcie, w co się bawiłyśmy na przerwach albo po lekcjach. Do szóstej klasy, bo w siódmej już się część wycofała z lubienia „chińskich bajek”, bo to dla dzieci. // Hanka: Uwielbiam takie podejście. // Marta: Ja też. – Rozumiem, że rozmówczynie, będąc w siódmej klasie podstawówki, były naddziećmi, grupa nie miała na nie żadnego wpływu, a w ogóle to gardziły szczurzym wyścigiem, zanim to było modne?
W sumie nie wiem, skąd to ganienie ludzi, że nie wiedzą, że anime są też dla dorosłych, skoro większość produkcji puszczanych w TV z tego gatunku celowała właśnie w dzieciaki – więc to naturalne, że osoby „spoza tematu” tak na nie będą patrzeć. Nie każdy musi znać się na wszystkim przecież.

Hanka: Znajoma niedawno próbowała mi dać do zrozumienia, że moje malowanie i rysowanie to straszna dziecinada, a nie żadna praca, bo coś sobie na kartach bazgrzę i raz to idzie do książek jako ilustracje, raz na jakieś szyldy reklamowe, raz do gazety, a jeszcze innym razem na wystawę obrazów, jednym słowem, czysta dziecinada. Bo prawdziwi dorośli pracują od ósmej do szesnastej. // Maria: Jakbym słyszała jedną z dziewczyn z naszego roku z doktoranckich, nie, Marta? Ankę, z językoznawstwa, pamiętasz? Słuchajcie, bo historia jest jedyna w swoim rodzaju: ustalono zajęcia na nowy semestr, wykład monograficzny na dziesiątą czy dwunastą, i tradycyjnie: tym pasuje, tym nie pasuje, zaczynają się kombinowania i próby dopasowania albo dogadania z prowadzącym. I wyskakuje naraz Anka z obrażonym: „No przecież dorośli ludzie pracują od ósmej do szesnastej!”. Nawet napisała to w mailu, który rozesłała całemu naszemu rokowi. Czytamy to z Martą i patrzymy na siebie jak głupie, bo wiecie: ja francuski w Empiku mam wieczorami, Marta wtedy jeszcze w normalnej szkole miała tylko pół etatu, więc w innej językowej też miała trochę rosyjskiego, czyli ja pracuję po szesnastej, Marta przez część tygodnia też pracuje po szesnastej, jednym słowem nie jesteśmy dorosłymi ludźmi! Połowa roku zresztą wyszła na niedorosłych ludzi, bo tu ktoś w szkole wieczorowej, tu w językowej, tu korepetycje, tu jakieś pół etatu, tu coś na ustalane godziny, same niedorosłe egzemplarze się na te doktoraty wepchały. I Anka, która pracuje od ósmej do szesnastej, więc jest dorosła, bo w innych godzinach już się nie jest. // Marta: Czyli cały uniwersytet nie jest dorosły, bo też nie pracuje od ósmej do szesnastej. Olka, o której masz swoje grupy w tym semestrze? // Olga: Różnie, ale w czwartki od piętnastej do wieczora. // Marta: No to w czwartki nie jesteś dorosła. // Krystyna: O, to ja też nie! Szkoły dla dorosłych nie działają na zasadzie ósma-szesnasta od poniedziałku do piątku. // Wiktoria: Ja też. W końcu przedstawienia we Współczesnym są najczęściej o dziewiętnastej… // Maria: W bibliotece jesteś dorosła. W teatrze już się nie da. // Hanka: Nawet jeśli próby masz przed szesnastą. Bo przecież ty się w sumie bawisz, a nie pracujesz. Cytując moją znajomą. // Krystyna: Co to jest w ogóle za chore rozumowanie, że praca musi się równać czemuś znienawidzonemu, a jak się dobrze bawisz, to nie pracujesz naprawdę? // Eliza: To jest to samo rozumowanie co to, że w pewnym momencie wyrastasz z hobby, zainteresowań, pasji czy czegokolwiek w tym stylu i możesz się interesować tylko tym, co „dorosłe”. Najlepiej polskimi telenowelami. [śmiechy] – Nie mogę się oprzeć wrażeniu, ze przeżywasz w tym tekście jakieś zdarzenie z prawdziwego życia. Że ktoś powiedział ci coś niemiłego, a ty to teraz roztrząsasz za pomocą swoich bohaterek, na końcu, niejako z rozpędu, dowalając jeszcze osobom oglądającym telenowele jako gorszym i głupszym. Poza tym to takie naginanie faktów pod teorię, ile osób jeszcze żyje, przynajmniej w naszym pokoleniu, które nie kojarzą choćby „tych umów śmieciowych”, pracy zdalnej, freelancerów czy zresztą właśnie osób robiących pół etatu?

Dziadek nas nauczył, tata mojej mamy, uwielbiał grać w karty, na starość to już mu chyba przechodziło w takie ciągoty hazardowe, a w domu właściwie nie miał z kim grać, bo babcia nie grała, mama słabo, tata też, a jak przychodzili koledzy, babcia pilnowała, żeby nie było kart, bo dziadek zaczynał już wpadać w te hazardowe klimaty. (...) Kto był dziadkiem, szedł robić herbatę. – Nie bardzo rozumiem. Albo czegoś zabrakło w zdaniu, albo w historii.

Ja tylko nie pozwalałam nikomu dotknąć wózka, gdy mój brat w nim leżał, nawet rodzicom nie chciałam oddać rączki, bo to ja woziłam Darka wózkiem. Czasami mu to potem wypominałam: „To ja cię wózkiem, smarkaczu, woziłam, a ty teraz nie chcesz robić tego, co ci każę?”, często działało. – Naprawdę? To ciekawe, większość dzieci zareagowałoby raczej „nie pamiętam tej sytuacji, więc nie używaj jej przeciw mnie” albo „przecież cie o to nie prosiłem, robiłaś to, bo sama chciałaś, nie jestem ci nic dłużny”. Ale okej, kreacja literacka, nie takie dziwa się widziało.

Agata: Dlatego teraz już wiem, że trzeba pieprzyć oryginalność i przejmować się tylko tym, by pisać zgodnie ze sobą, a nie zgodnie z modami, antymodami czy pretensjonalnymi próbami pokazania, że „ja inaczej niż wszyscy inni”. To takie sztuczne chodzenie pod prąd. Bo dla mnie „Wojna” Masłowskiej na przykład to właśnie czystej wody próba pokazania, „jaka to ja jestem inna i inaczej piszę, i jak prowokacyjnie, kontrowersyjnie i w ogóle, bo nawciskałam do tekstu więcej przekleństw niż czasowników”. – A co, jeśli Masłowska bluzgała w zgodzie ze sobą? ;). Zdaje się, że kiedy Masłowska publikowała, to to nie było modne i właśnie pisała swoim własnym stylem.

Boże, ależ to było nudne i przegadane.
Widzę tu podobny kłopot jak w Priamelu, czyli tłum bohaterek, które niemal niczym się nie różnią. Oczywiście, każda z nich ma swoją historię życia, inne wspomnienia, ale zdają się mieć jak jeden mąż identyczny charakter, sposób wyrażania myśli. Okej, rozumiem, że mają podobne wykształcenie, przejmują od siebie wyrażonka, ale czytelnika to nuży, bo w formie, na jaką się zdecydowałaś, jedynie sposób wyrażania się mógłby nadać wyjątkowych cech przedstawianym osobom. Gdyby jedna z nich była Ślązaczką, inna przyjechała z Poznania i wtrącała tej, ktoś miał denerwujący zwyczaj domykania końcówek słów z ął na om, czułoby się ten tekst i jego bohaterki bardziej. Gdyby któraś ględziła, a inna rzucała serią krótkich zdanek. Możliwości masz przecież wiele.

Gdyby nie to, że wspomina się o szczecińskim uniwerku, nie dałoby się odgadnąć, w którym mieście dzieje się akcja.

Mam wrażenie, że twoje bohaterki są wysnobowane, zrzędliwe, cierpią na „za moich czasów było lepiej”, co jest o tyle kuriozalne, że społeczne prawa kobiet w naszym kraju też poszły do przodu poprzez ostatnie dziesięciolecia. Gdy jedna z nich przyznaje się do oglądania Żółwi Ninja, druga wyraża niedowierzanie, to ta pierwsza od razu zaczyna się krygować, tłumaczyć, co w tej niesamowicie wyzwolonej w teorii rozmowie razi. Tak samo nie bardzo rozumiem westchnięcie „w dzisiejszych czasach by to nie przeszło” w dyskusji o matce interweniującej w szkole w obronie córki, bo jeśli teraz nie przeszłoby bicie podręcznikiem w samoobronie, to tym bardziej nie ma miejsca dla ciągnięcia za warkocz. Akceptacja dla ciągnięcia przy jednoczesnym braku przyzwolenia dla reakcji na nią kojarzy się właśnie raczej z „dawnymi czasami”, a nie współczesnością.
Co w sumie ciekawe, wszystkie są bezdzietne. Tak jakbyś mogła sobie wyobrazić posiadanie męża, ale dziecko już kompletnie nie jest czymś, o czym mogłabyś pomyśleć. Dziwne to jest o tyle, że bohaterki upierają się rozmawiać o książkach dla dzieci, temacie, z którym nie mają zbyt wiele wspólnego – bardzo wyraźnie widać, ze ostatnio miały styczność z tą literaturą podczas własnego dzieciństwa.

Patchwork III

Pierwszy rzut oka na zawartość podniósł mi włosy na głowie i kazał się zastanowić, czy to nie jest jakiś okrutny żart względem nas, oceniających. Kilometry tekstu składające się z, między innymi, komentarzy fikcyjnej postaci do – prawdopodobnie – nieistniejących tekstów. Ok, z jednej strony doceniam – forma taka nowoczesna, budowanie postaci poprzez nie pisanie o niej wprost, ale, słodki jeżu, dlaczego tego jest aż tyle? Czy naprawdę przekazu nie dałoby się zmieścić w krótszej formie? Mam nadzieję, że poprzez te teksty chcesz pokazać rozwój postaci, bo jeśli będzie to wałkowanie w kółko tego samego, to umrę, zanim dotrę do ostatniej kropki.

– Pani profesor, dlaczego pani mówi, że jest feministycznym betonem? // – Bo jestem. // – No ale dlaczego? // – Bo uważam, że kobieta jest takim samym człowiekiem jak mężczyzna, ma prawo do równych zarobków, decydowania o swoim ciele, umyśle i seksualności, bycia traktowaną poważnie i na równych prawach we wszystkich sytuacjach. I nie tylko kobieta, ale każda grupa stanowiąca jakąś mniejszość i określana jako „gorsza” czy „niższa”: o innym kolorze skóry, innej orientacji seksualnej, innego pochodzenia czy wyznania, innych poglądów politycznych czy innego sposobu odżywiania się. Nie ma jedynej właściwej wersji człowieka i życia. – Nie widzę nic betonowego w tej wypowiedzi, ta filozofia jest raczej dość wyważona i wycentrowana. Ciekawe, dlaczego bohaterka uważa, że to mimo wszystko beton.

Dlaczego bohaterka tak usilnie tłumaczy się na swoim blogu z tego, że poszła do kina sama, nie mam pojęcia. Pytanie koleżanki z pracy było dziwne, przyznaję, ale żeby aż musieć je odreagowywać kilka godzin później w Internecie?

Gdy mam ochotę iść gdzieś sama, to idę sama. To nie jest dla mnie problem – i, szczerze mówiąc, zwykle zakładam, że w ogóle dla współczesnej kobiety to nie jest problem. Jednak rzeczywistość co jakiś czas mi przypomina, że się mylę. // Koleżanka pytająca nie ogarniała. Ona by tak sama nie poszła do kina, bo dziwnie by się czuła, zupełnie jakby ją facet wystawił (ekhm?). Na urlop też by sama nie pojechała, bo byłoby jej smutno i nudno (to takie nawiązanie do naszej wcześniejszej rozmowy, gdy wspomniałam, że chcę pojechać na urlop do Wrocławia albo Krakowa, bo jeszcze nigdy tam nie byłam – i tak, chcę pojechać sama. Sama jadę na urlop. O wielki Yodo, jak ja mogę?). W ogóle, podsumowała, samotne kobiety w kinie czy na wycieczkach budzą w niej współczucie, bo „takie same są, bez faceta” (podejrzewam brzydko, że budzą też trochę litości, pogardy i poczucia wyższości. Fe, koleżanko D., fe). Ona by tak nie mogła. // Nie wytrzymałam i zapytałam: czyli gdy nie masz faceta albo faceta nie ma pod ręką, to nigdzie nie wychodzisz? A po zakupy? // Chyba nie załapała zjadliwego tonu, bo odpowiedziała spokojnie, że nie no, po zakupy wychodzi, poza tym wychodzi z koleżankami, ale jeśli faceta nie ma i koleżanek też nie, to ona by do  kina nie poszła. Tak sama. Taka sama miałaby pójść? // Wiecie, ogólnie to sympatyczna, miła i sensowna dziewczyna (chciałam napisać: inteligentna, ale mój genderowy beton nie przepuścił tego przez klawiaturę). Dobrze się z nią rozmawia, ma poczucie humoru, nie zachowuje się jak słodka idiotka ani nic takiego. A jednak w czasie tej poniedziałkowej rozmowy miałam w pewnej chwili ochotę rozwalić jej krzesło na głowie. Potem, gdy mi przeszło, została mi tylko chęć chwycenia jej za ramiona, potrząśnięcia z całych sił i zawołania: „Dziewczyno, nie potrzebujesz legitymacji w postaci innego człowieka, by iść do kina!”. – To jest jeden z tych fragmentów, przy których mam odczucie, że za pomocą bohaterek rozliczasz się z własnymi traumami dnia codziennego. Agnieszka nie widzi, że zachowuje się tutaj dokładnie tak samo, jak krytykowana koleżanka. Zamiast podejść na luzie do tego, że ktoś może zwyczajnie woleć poruszać się w towarzystwie niż pojedynczo, krytykuje to podejście jako gorsze.

To w ogóle jest dla mnie paranoja (chociaż o całkiem logicznych podstawach): ludzie, którzy działają „niekanonicznie”, zakładają, że oni robią po swojemu, a inni robią po innemu i dopóki każdemu odpowiada jego wersja, jest dobrze. Czyli – może być wiele wersji i każda komuś odpowiada. Natomiast ludzie działający „kanonicznie” zakładają, że tylko i wyłącznie ich wersja jest prawidłowa – a z tym założeniem dają sobie jednocześnie prawo do pouczania, wykpiwania czy wręcz atakowania każdego, kto się choćby minimalnie różni. – O kurczę, pociekło hipokryzją. Wiesz, gdybyś pisała tę postać ironicznie, miałoby to ręce i nogi, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że piszesz te słowa śmiertelnie poważnie, nie widząc, że póki co to Agnieszka wykpiła swoją koleżankę, która wyraziła jedynie zdumienie słowami „JA bym tak nie mogła”.

Przy okazji – czy którykolwiek z facetów usłyszałby od kumpli „Ale jak to, tak sam poszedłeś do kina? Nie czułeś się  żałośnie i samotnie tak bez laski?”? Facet usłyszałby tylko „Fajny był film?”, ewentualnie z dodatkiem „A fajne dupy były na widowni, jakieś do wyrwania?”. Jeśli na dodatek odpowiedź brzmiałaby „Nie”, wróciliby do pytania głównego: „A fajny był film?”. I tyle. – Ciekawa jestem, skąd Agnieszka bierze to betonowe przekonanie. Nie, mężczyźni nie pochodzą z innej planety i też zdarza im się słyszeć idiotyczne pytania z ust kumpli.

Chciałabym, żeby moje babskie wyjścia do kina też prowokowały jedynie pytania „Fajny był film?”, ewentualnie z dodatkami w stylu „Fajni byli ludzie w kinie?” czy nawet „Fajne dupy (w domyśle: męskie) siedziały na widowni?”. – ...yyy, aha. Betonowa feministka tak bardzo woli jedną formę seksizmu od drugiej – bo w tej pierwszej to nie ona jest obiektem dyskryminacji. Równość tak wielka.

Tam, gdzie próbuje rozmawiać z Kirkiem i dowiedzieć się, co się dzieje, czemu on jej unika, czemu jest wobec niej chłodny? Sorry, normalne ludzkie zachowanie (tak, ludzkie, nie tylko kobiece. Seriously). – A czy ktoś to neguje, czy też po prostu Agnieszka lubi wszędzie podkreślać, że kobieta też człowiek?

Bridżet jedzie na święta do rodziców, u których odbywa się spęd rodzinny (...) Krewni emocjonują się wyłącznie najnowszym, koszmarnie drogim samochodem kupionym przez jedną z krewnych i zbliżającymi się wyborami (w Dniu Kobiet) Miss Muu, czyli najładniejszej krowy z okolicznych wsi (i obstawiają, czy sołtysi dwóch najbardziej konkurujących ze sobą wsi znów się pobiją na scenie), a poza tym wszyscy się kłócą, czy w nowej wersji „Star Treka” nowi Spock i Kirk jednak się ze sobą prześpią i który będzie na górze. – O ile rozumiem, że na wsi kwestie zwierząt hodowlanych są istotne, o tyle ciężko mi uwierzyć w to, że rodzina przy stole podczas rodzinnego spędu rozmawia o seksach Spocka z Kirkiem. Chyba że to miał być taki żarcik, którego nie łapię.

zwolenniczką żeńskich form rzeczowników (dlatego nazywam ją człowieczycą).  – Nie ma to jak walczyć każdym słowem o to, że kobieta to też człowiek, że człowiek to pojęcie unitarne, a potem wykrawać z tego człowieka osobne znaczenie, do określenia jednostek płci żeńskiej. Wtf.

przez ładnych kilka godzin gadałyśmy jak najęte (i zaliczyłyśmy test Bechdel) – Um, jak większość dziewczyn w prawdziwym życiu? Nie bez powodu ten test odnosi się do kina.

Teraz, gdy już sobie trochę to spotkanie przetrawiłam, uderzyła mnie pewna myśl: jako małe dziewczynki byłyśmy z reguły otoczone innymi dziewczynkami, towarzystwo innych dziewczynek było dla nas naturalne i oczywiste, wręcz niezbędne. Inne dziewczynki to były te, które były potrzebne – do zabawy, do bycia razem. – Agnieszka ma to nieszczęście, że czytałam zapis z tego spotkania i widzę, jak sobie zaczyna filtrować rzeczywistość, wycinając ze wspomnień tych wszystkich opisanych braci. A to, że nie opisywano kolegów biorących udział w zabawach, że żadna z dziewięciu kobiet tego nie doświadczyła w dzieciństwie, jest właściwie mało prawdopodobne.

Zdążyłam na własnej skórze doświadczyć, jak ważne i potrzebne są te dobre, bliskie i intensywne relacje z przyjaciółkami (z przyjaciółmi też, ale co dziwnego w tym, że we własnej płci szukam głównych „życiowych sprzymierzeńców”?). – Kolejny raz Agnieszka przeprowadza atak wyprzedzający – nikt nie powiedział przecież, że jest w tym coś dziwnego.

Ja jestem sama – nie mam męża ani dzieci; chociaż mam psa, więc w zasadzie nie jestem sama, ale OK, z punktu widzenia związków międzyludzkich jestem sama. I dobrze mi z tym. Jestem samotna – mieszkam sama (z psem, z psem, z suką!) (...) Ale nie, nie jestem osamotniona – mam rodziców, brata, PSA – Agnieszko, czytelnik bloga potrafi sobie zazwyczaj przyswoić informację od pierwszego kopa i nie trzeba kilka razy pisać tego samego.

„Nowa singielka” to dla mnie – między innymi – przypomnienie o wartości różnorodnych więzi międzyludzkich, nie tylko tych najbardziej „klasycznych” z kulturowo-społecznego punktu widzenia (mąż / żona / dziecko). Co więcej, to także przypomnienie, a niekiedy wręcz uświadomienie czytelni(cz)kom, że poza „klasycznymi” istnieją także inne formy związków z ludźmi. I swoisty hołd złożony tym alternatywnym formom relacji. One też są ważne, dobre i potrzebne. Nie są ani lepsze, ani gorsze od tych „klasycznych” – po prostu są inne. Dla niektórych będą równe z „klasycznymi”, dla innych – mniej lub bardzo mało ważne, dla jeszcze innych – najważniejsze i wybierane zamiast „klasycznych”. Każda grupa ma prawo do swojego wyboru. Żadna grupa nie ma prawa narzucać swojego wyboru jako jedynego właściwego. Ale tylko jedna grupa – singli – musi się o te prawa upominać. – Och, jak bardzo widać, że bohaterka nie potrafi spojrzeć poza czubek swego nosa. Jako singiel dostrzega wyłącznie problemy singli i żadne inne dla niej nie istnieją. Proponuję wejść na dowolną stronę z wymianą zdań dzietnych i bezdzietnych.  A poliamorczycy? A homoseksualiści choćby?

„Nowa singielka” się upomniała, w imieniu wszystkich singli. Z zasady nie lubię, gdy coś się robi w moim imieniu, ale tu akurat czuję wdzięczność. – Nie rozumiem. Książka się upomniała?

No i co nam, singielkom, zrobicie? :P (Emotka zamierzona). – Myślałam, że wszystkie emotki pojawiają się w tekście, bo ktoś zamierzał je tam postawić.

Powody, dla których czasami żałuję, że nie jestem lesbijką // 1) Kobiety są ładniejsze // Ładniejsze niż mężczyźni, tak konkretnie. Ktoś może mi zarzucić, że nie można porównywać urody męskiej i kobiecej, i to w sumie racja, ale mnie chodzi o coś innego: kobiety są ładniejsze, bo się bardziej starają. I mają ku temu więcej środków. Moim zdaniem naprawdę trzeba się postarać, by znaleźć naprawdę brzydką kobietę albo nią być. Odpowiednia fryzura, makijaż, kolor włosów, strój, buty itd. – i już można podkreślić zalety, a wady ukryć. I kobiety to (z reguły) robią. Starają się.  – Ale wiesz, że nie ma czegoś takiego jak ludzie obiektywnie ładni/brzydcy? Każdy ma swój gust i jeden będzie szaleć za wyrazistym nosem, inny za pełnymi biodrami, ktoś za niechlujną brodą, ktoś inny za wystającą grdyką. A to, że kobiety są bardziej zadbane, też o niczym nie świadczy, bo nie każdy woli odpicowanego człowieka, ba, jest spora grupa panów, którzy wolą kobiety naturalne, nieumalowane. Tak więc na miejscu Agnieszki zatytułowałabym ten punkt „Kobiety bardziej podobają mi się wizualnie”, byłoby w tym więcej szczerości, a mniej generalizowania czy wypowiadania się z pozycji istoty wszechwiedzącej.

Jednym słowem, kobieta – nawet bardzo niepasująca do kulturalnych standardów – stara się wyglądać tak, aby patrzenie na nią nie sprawiało estetycznego bólu. – No chyba że jest feministycznym betonem i ma wywalone na to, czy sprawia innym estetyczny ból czy przyjemność, tak długo, jak długo sama czuje się dobrze ze swoim wizerunkiem, prawdaż.

Faceci – często nie. Często wręcz odwrotnie. Niekiedy mam wrażenie, że naprawdę wychodzą z założenia „jestem i to wystarczy”. Szczególnie mnie to uderza, gdy na kolejną z rzędu randkę facet przychodzi w tej samej koszuli i tych samych spodniach. Napada mnie wtedy niezdrowe zaciekawienie: czy on codziennie pierze ten zestaw, żeby wysechł na następny raz, czy ma szafę wypełnioną stosem takich samych ciemnoniebieskich dżinsów o tym fasonie i takich samych koszul w białe, zielone i granatowe paski? Bo myśli, że jeden i ten sam zestaw może być nieprany, w ogóle nie chcę do siebie dopuszczać. – O ile nie randkują codziennie, nie widzę w tym nic dziwnego, są ludzie, którzy mają tylko jeden „zestaw wyjściowy”, szczególnie gdy im się nie przelewa finansowo.

Za to się zastanawiam: to po cholerę ja się co randka stroję, żeby za każdym razem wyglądać ładnie, świeżo i inaczej, też mogłam siódmy raz przyjść w beżowej kiecce z pierwszego spotkania. Skoro facetowi nie chce się starać, to czemu mnie się ma chcieć? – Nie mogę uwierzyć w to, że pisze to osoba uważająca się za feministkę, zwłaszcza w kontekście dyskusji o tym, jak u aktorek ocenia się stroje, czy jest sens przychodzenia na każdą premierę w innej i czemu wszyscy by nie mogli, jak panowie, mieć dwa garnitury na krzyż. Ale rozumiem, że Agnieszka potrzebuje, by na siedem spotkań jej potencjalny partner miał przygotowanych siedem różnych koszul (czy chociaż spodnie i buty mogą się powtarzać?).

I tylko zgroza mnie ogarnia, gdy nierozsądnie rzucam żartem sama do siebie: a ciekawe, jak ze skarpetkami i gaciami... ałć! – Już nie chciałam tego komentować, ale... Agnieszka ma zwyczaj wyciągania jednej cechy, którą uważa za negatywną, a potem ugniatania jej w myślach tak długo, aż obrzydzi sobie cały charakter danego człowieka.

Ogólnie rzecz biorąc, przyjemniej mi się patrzy na kobiety. Zawsze znajdę coś ładnego. Czasem aż się dziwię: w zasadzie figura żadna, twarz też nijaka, włosy tyle, że są – a całość skomponowana i oprawiona przez właścicielkę tak, że tylko pogratulować. Takie rzeczy potrafią jedynie baby. – Ciekawe, czemu nie umie przyznać, ze to nie jest kwestia bab, tylko jej osobistych preferencji.

2) Kobiety są wielofunkcyjne // Tyle już mówiono o kobiecej umiejętności wielozadaniowości, że daruję sobie szersze rozpisywanie się o tym. Powiem tylko tyle: o wiele łatwiej mi się pracuje z ludźmi, którzy potrafią działać w rytmie multitaskingu. – Tak, tak, a mężczyźni są z Marsa, nie potrafią myśleć o kilku rzeczach na raz, rodzą się z wąsami i piłką nożną u kostki. Totalnie.

3) Kobiety rozmawiają, mówią, gadają // Co jest dobre, bo pozwala nawiązać kontakt, utrzymać kontakt, rozwijać kontakt i pogłębiać kontakt. Co jest dobre, pozwala wyrzucić emocje, przegadać je, uporządkować, zmniejszyć ich napięcie. Co jest dobre, bo pozwala wymieniać istotne informacje „pomiędzy”. Co jest dobre, bo sprawia, że sama nie masz wyrzutów czy poczucia dyskomfortu, gdy zaczynasz mówić. Co jest dobre, bo po prostu jest dobre. I fajne. I pozwala wymieszać wybory prezydenta, zakup nowych butów i plany na przyszłość, na przykład – bez poczucia „ojej, to nie pasuje do tego tematu / poziomu rozmowy”. – Zaczynam współczuć głęboko Agnieszce jej kontaktów z płcią męską. Może gdyby nie podchodziła do facetów jak do jeży i kosmitów, mogłaby się doczekać głębszej, ciekawszej rozmowy. Przecież nawet podczas jazdy tramwajem można usłyszeć, jak faceci ciągle gadają w swoim towarzystwie, opowiadają o znajomych, o codziennym życiu, czymkolwiek.

4) Kobiety płaczą – A mężczyźni chirurgicznie usuwają sobie kanaliki łzowe, no przecież, cyborgi cholerne.

6) Kobiety nie chrapią // Nie i już. Spałam – w jednym mieszkaniu, w jednym pokoju, czasem nawet w jednym łóżku – z wieloma kobietami, w różnym wieku, w różnym stanie zdrowia itd. Żadna nie chrapała. ŻADNA. – Poziom absurdu zaczyna przekraczać dopuszczalne normy. Moja babcia nie jest kobietą, jak żyć. A niechrapiących panów muszę poinformować o tym, że ktoś im chyba nocą zajumał genitalia. W zemście za chrapanie.

Spotkałam się też z uwagami różnych kobiet na temat załatwiania różnych spraw: z kobietą idzie to rach-ciach i zrobione. Z facetem – ciągnie się jak ślimak po murze. Koleżanka zakładała niedawno firmę i chciała mieć dla niej stronę internetową. Trzech informatyków ciągnęło się w pracach po tym murze jak ślimaki, ciągnęło i ciągnęło (a efekt nie powalał). Czwarty informatyk, tym razem będący informatyczką, rozprawił(a) się z murem błyskawicznie i w naprawdę fajnym stylu. – Anecdaty zawsze na propsie.

Mam pewną metodę załatwiania spraw, na których mi zależy: jestem upierdliwa. Wygląda to na przykład tak: wysyłam gdzieś mail w jakiejś sprawie i zaraz potem dzwonię i o niej mówię, i wyjaśniam, jakie to ważne, pilne i w ogóle (albo najpierw dzwonię, a potem piszę, nieistotne). Na drugi dzień dzwonię znów. Potem znów dzwonię. I piszę. I dzwonię, i piszę. I bezczelnie kłamię, że „dzwonię zgodnie z umową/tak jak pani prosiła / tak jak mi pan polecił / tak jak ustaliliśmy”. Albo „bo moja szefowa bardzo naciska”. Albo: „bo miałam drobną awarię z telefonem / Internetem i nie jestem pewna, czy mi przypadkiem gdzieś nie zjadło powiadomienia o nieodebranym połączeniu / nieprzeczytanego maila”. I tak w kółko. Ludzie mają mnie bardzo szybko dosyć i z zasady załatwiają moją sprawę równie szybko, żeby się wreszcie tej upierdliwej baby pozbyć. – O Jezusie. Przypomina mi to Sekretnik Michalak – to samo przekonanie o własnej wyższości, o tym, że sprawy bohaterki są ważniejsze od spraw reszty świata, ta chora duma z bycia wrzodem na dupie społeczeństwa.

Mój brat i jego chłopak uważają, że jestem potwornie namolna i wkurzająca. Mój tata uważa, że przesadzam i zamęczam w ten sposób ludzi. Jeden z kolegów ze szkoły i dwóch z radia uważają, że mi odbija i to jeszcze jeden dowód na bycie feministycznym koszmarem. – Owszem, jest koszmarem, ale co to ma wspólnego z feminizmem?

Moja mama uważa, że robię bardzo dobrze. Moje koleżanki ze szkoły i radia uważają, że to całkiem niezła metoda i chyba ją czasem podpatrzą. Moja najlepsza przyjaciółka, Agata, nic nie uważa, tylko robi tak samo od lat. // A moje sprawy są załatwione. – Tak tak, oczywiście, kobiety takie wyrozumiałe, mężczyźni tacy nie w temacie i w ogóle jakby przytępi... ciekawa jestem tylko, co zrobiłaby Agnieszka, gdyby któryś z panów zaczął stosować tę metodę na niej. Bo coś mi mówi, że nie byłaby zachwycona i że pędem poleciałaby opisać ból zadu w kilometrowej notce na blogu, oczywiście wykazując, jaki ten ród męski jest podły i nie do życia.

8) Z kobietami można fangirlować slashowe pairingi Kirk/Spock, Kirk/McCoy, Spock/McCoy i Kirk/Spock/McCoy // Teoretycznie z facetami, którzy lubią te klimaty, też można, ale dla mnie byłoby to jednak cokolwiek kłopotliwe i... no, dziwne. Nie, nie wyobrażam sobie tego, cieszyć się wraz z facetem, że w jakimś ficku Spock właśnie ląduje w łóżku z Kirkiem. Z dziewczyną – o, z dziewczyną mogę się tym zachwycać godzinami, dniami i tygodniami. Wydaje mi się to jakieś takie bardziej naturalne. – #aha.

Co ja się tu będę rozpisywać. „Seks w wielkim mieście” mogę oglądać w kółko. Nie wiem, dlaczego miałabym się z tego tłumaczyć, skoro faceci mogą oglądać po raz enty „Szklaną pułapkę” czy kolejny film z serii „zabili go i uciekł”. – A czy ktokolwiek prosił o tłumaczenie? Mam wrażenie, że ten scenariusz o Bridżet Jones nie jest ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość, a po prostu odtworzeniem codzienności Agnieszki. Tak bardzo chciałaby, żeby ktoś spytał, czemu ogląda serial po raz dwudziesty, ma już przygotowane trzy riposty i prześmiewczą notkę na bloga, ale niestety, świat ma to głęboko w dupie.

Każdy ma prawo oglądać to, co chce, to po pierwsze. Po drugie – tylko z kobietami te „babskie” seriale / filmy ogląda się naprawdę fajnie – Co za piękna sprzeczność. Niby każdy ma prawo, ale jednak z kobietami jest BARDZIEJ.

10) Z kobietami można spędzić trzy godziny w sklepie z butami i nie usłyszeć pytania „co tak długo i po co ci kolejna para butów?” // Lubię buty i lubię je kupować (choć do butoobsesji Carrie Bradshaw jeszcze mi daleko). Cudnie się idzie we dwie albo więcej do sklepu z butami i zaczyna wielkie polowanie na COŚ NOWEGO. Wspaniałe przeżycie (pod warunkiem, że ja i przyjaciółka nie napalimy się na te same buty, w dodatku w tym samym rozmiarze, w dodatku tylko w jednej, ostatniej parze. Wtedy jest... hm, problem). – Jestem zafascynowana twoim życiem. Nie, nie, kontynuuj, wręcz się oderwać nie można. Do tego ta pewność, że wszystkie kobiety kochają kupować buty, zapewne odpowiada za to ten sam gen, co za wzrost gruczołów mlecznych.

12) Depilacja kobiet nie budzi moich wątpliwości – Zastanawiam się, czy Agnieszka pamięta jeszcze, o co chodzi w tej wyliczance. Żałuję, że nie jestem lesbijką, bo depilacja kobiet nie budzi moich wątpliwości? Wtf?

Kobiecie w łóżku pewnych rzeczy nie trzeba tłumaczyć // Fakt, nie byłam nigdy w łóżku z żadną kobietą (w sensie seksualnym), ale ponieważ przeciętna kobieta przeciętnie wie, co jej przeciętnie sprawia przyjemność, a co nie, podejrzewam, że w łóżkowej sytuacji pewne rzeczy byłyby dla nas obu oczywiste. – To jest tak naiwne, głupiutkie i absurdalne, że nie będę czekać na koniec tekstu, by przedstawić ci, jak widzę wykreowaną przez ciebie bohaterkę. Agnieszka jest kimś, kto chyba wciąż próbuje się jakoś zdefiniować – to tłumaczyłoby te odwoływania się do książek, do teorii, przy równoczesnym gigantycznym braku doświadczeń praktycznych. Na początku zastanawiałam się, czy nie jest kryptolesbijką, te jej westchnienia do płci pięknej przy równoczesnym podkreślaniu orientacji hetero – ale nie. Bo osoba szczerze zafascynowana kobietami, ceniłaby je sobie za przymioty faktycznie występujące w naturze, a nie takie wyssane z palca. Agnieszka bardzo lubi sprawiać wrażenie autorytetu, osoby pewnej siebie, podczas gdy to przeżywanie „a pani w sklepie krzywo się na mnie spojrzała" pokazuje raczej jej niedojrzałość i głęboką wrażliwość. Podejrzewam, że są to cechy, które Agnieszka u siebie wyczuwa, ale szczerze ich nienawidzi, stąd ta poza, próby oszukania samej siebie, to stawanie do obrony, zanim ktokolwiek pomyślał o ataku. Jej feminizm jest wyłącznie deklaratywny, bo sama myśli stereotypami, od których wątroba się marszczy – po prostu obraca je przeciw facetom. Mocno to dziwi w przypadku osoby, która przeczytała tyle pozycji w temacie gender, bo oznacza to, że przebiegła je bardzo wybiórczo, biorąc te kawałki, które pasują do jej ideologii, i ignorując pozostałe.  Wygląda to wręcz, jakby próbowała na tym budować swoją fajność – zorientowała się, że femimizm nie jest modny, więc uznała się za feministkę, by jakoś wyróżnić się z tłumu, mieć powód, by gardzić innymi ludźmi. Ale gdyby feminizm był na topie, Agnieszka odnalazła by radość w konswerwatyźmie, byle być pod górkę i wbrew okrutnemu światu. Zasmucające jest to, że przekazuje te wykrzywione wartości swoim uczniom, którzy swoją drogą nie reagują jak maturzyści, a raczej jak osoby z młodszych klas. Te wszystkie przytaczane w poście „dlaczego żałuję, że nie jestem lesbijką” punkty pokazują nie to, jaki Agnieszka ma problem z facetami, a to, jaki ma problem sama ze sobą. To, że bohaterka potrzebuje aż dwóch różnych blogów, by pisać na ten sam temat, każe mi myśleć, że po części potrzebuje przekonać do opisywanych treści samą siebie.

Choćbyś robiła pairingi typu „ślimak na ulicy x źdźbło trawy na wietrze”, przeczytam, bo od tej chwili wierzę, że potrafisz opisać wszystko. Przez Ciebie przekonuję się nawet do femmeslashu w Star Treku! – Tak, bo seks ślimaka i trawy jest na tym samym poziomie niewiarygodności, co seks lesbijski.

Zauważyłyście, jak diabelnie wkurzający potrafi być niby to niewinny dotyk? Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzę w pokoju nauczycielskim, omawiam coś z rodzicem jednego z moich uczniów, gdzieś na drugim końcu pokoju siedzi jakiś starszy nauczyciel, pojawiający się zresztą w szkole ze dwa razy w tygodniu i przelotnie, bo na pół etatu, nie znamy się w zasadzie z imienia / nazwiska, zamieniliśmy od początku roku może ze trzy zdania, ja rozmawiam dalej z rodzicem, coś ustalamy, starszy nauczyciel wstaje, przechodzi obok mnie – i znienacka, bez słowa, poklepuje mnie po ramieniu, po czym wychodzi z pokoju. // A ja siedzę przed tym rodzicem i staram się zapanować nad twarzą, na której – czuję to przecież – pojawia się coraz wyraźniejsze, coraz większe i coraz bardziej wkurzone WTF. I czuję się coraz bardziej wściekła. // Może facet nie chciał źle. Może to miał być jakiś sygnał wsparcia, wspólnoty nauczycielskiej (w stylu „trzymaj się, nie daj się rodzicowi”), może gest sympatii wobec młodszej koleżanki po fachu. Może. Może przesadzam. Ale to nie zmienia faktu, że odebrałam ten gest jako protekcjonalny – i seksistowski. Właśnie, seksistowski, bo ustawiający mnie w pozycji „mała dziewczynka, która się bawi w dorosłe sprawy facetów”. – Tak, zdecydowanie Agnieszka ma problem, to wyszukiwanie dziury w całym, szukanie we wszystkim negatywnych podtekstów. Bardzo się cieszę, ze to tylko bohaterka opcia, bo tacy ludzie są koszmarnie trudni w prawdziwym życiu. Do tego nerwowa reakcja na niespodziewany dotyk sugeruje jakieś traumy z przeszłości.

Zastanawiam się jeszcze: czy gdybym stała, to pan kolega po fachu poklepałby mnie po tyłku? – No przecież. A gdybyś się pochyliła, to wetknąłby długopis między twoje piersi, bo tak właśnie zachowują się mężczyźni w miejscu pracy, a zwłaszcza w pokoju nauczycielskim. Totalnie. Tak.

I wkurza mnie świadomość, że jeśli jakoś bym wtedy, podczas rozmowy z rodzicem, wyraziła swoje niezadowolenie z tego klepania po ramieniu albo powiedziała o tym później, to zostałabym odebrana (nie tylko przez tego, który klepał, ale i przez wiele innych osób) jako czepialska, histeryczna i nie wiadomo co sobie wymyślająca baba. A to, cholera jasna, moje ramię i moje prawo decydowania, czy i kto może je klepać! // Wyplułam swój wkurw, już mi trochę lepiej. Ale obiecuję sobie, że jeśli ta sytuacja jeszcze się kiedykolwiek powtórzy, to jednak zareaguję natychmiast. I mam w dupie, na jaką „feministyczno-histeryczną zołzę” wyjdę. – Rozumiem, że opcja, by porozmawiać o tym z kolegą w cztery oczy nawet nie przyjdzie jej do głowy. Albo milczenie, albo histeria. Nie ma innego wyjścia.

Solorandka to zabranie się w jakieś fajne miejsce, na jakieś fajne wydarzenie, na jakie w innych okolicznościach zabrałoby się drugą osobę. (...) Solorandką natomiast będzie pójście – solo – na pizzę, pójście – solo – do kina, na spacer, na lody itd. – Wiesz, o ile pójście w pojedynkę na koncert czy do kina ma sens, bo elementem czyniącym przyjemność jest obcowanie ze sztuką, o tyle na pizze idzie się głównie po to, by z kimś pogadać. Jeśli wyjmujesz element rozmowy z wizyty w knajpie, to możesz równie dobrze wziąć jedzenie na wynos do domu i zjeść w wygodzie, przy filmie czy książce. Chyba że samo pochłanianie pizzy jest dla ciebie takie orgazmiczne, wzbogacające i potrzebne.

Dla mnie solorandki to wspaniały moment, by się wyciszyć, poukładać swoje myśli, nacieszyć się z własnego towarzystwa (wiem, że ta fraza pada już któryś raz z rzędu, ale to dla mnie szalenie ważna kwestia i będę ją wałkować na okrągło) – ...aż wreszcie może uda mi się przekonać samą siebie, że naprawdę to lubię. Na zasadzie, że rzeczy powtarzane po kilka razy stają się prawdą.

Lubię chodzić na solorandki do Kolonialnej (w Galaxy, bo tam ta kawiarnia ma dwa poziomy i można usiąść albo na parterze, albo na piętrze – na piętrze są świetne fotele, spokój i przyjemniej) – Kto chodzi do galerii handlowej, w której z definicji przewijają się tłumy ludzi, by zaznać spokoju?

jakąś herbatę do Fanaberii (moja ukochana herbaciarnia na deptaku Bogusława – Wiesz, że to jest pierwszy moment, w którym na poważnie widać, że akcja toczy się w Szczecinie? Jestem trochę zawiedziona, bo z opisu bloga można wywnioskować, że miasto jest tu drugim bohaterem. A że studiowałam i pracowałam w Szczecinie, będzie ci trudniej mnie zwieść.

na buty do CCC, na książkowe polowania do Empiku, Matrasa i antykwariatów (szczególnie do tego na placu Lotników), na spacer po Wałach Chrobrego, po okolicach Zamku Książąt Pomorskich i po Jasnych Błoniach. W Szczecinie jest wiele świetnych miejsc na solorandki. – To brzmi trochę tak, jakby w innych miastach nie było CCC, Empiku, Matrasa, kawiarni czy terenów zielonych, po których można spacerować.

Czasami z Agatą robimy sobie podwójną solorandkę: idziemy gdzieś razem, każda z własną książką, gazetą czy własnymi myślami, i każda robi swoje, a gdy akurat najdzie nas ochota, możemy rozmawiać. – Mhm, czyli idę z koleżanką na kawę, rozmawiamy, jeśli mamy na to ochotę, ale nie nie, to wcale nie jest spotkanie towarzyskie, tylko solorandka. Bo jesteśmy takie wyjątkowe, hipsterskie i na topie.

Na marginesie: solorandki wcale nie sprawiają, że człowiek przestaje lubić towarzystwo innych ludzi. Przeciwnie – lubi je nawet bardziej. Po części dlatego, że nie jest na nie skazany zawsze i wie, że gdy zechce, może – i potrafi – spędzić czas sam. A po części dlatego, że – będę powtarzać to jak mantrę – gdy człowiek lubi sam siebie, łatwiej mu lubić innych ludzi. // Więc solorandki to także lekarstwo przeciwko mizantropii. – No chyba że człowiek chodzi na solorandki, bo jest mizantropem i drażni go towarzystwo innych ludzi.

Projekty tekstów – reportaż do radia // obiety Szczecina / Szczecińskie kobiety // Cykl reportaży radiowych o wyjątkowo ciekawych kobietach szczecińskich. (...) Pierwsza postać – Agata!!! <3 – Po tym, jak często Agata przewija się przez myśli Agnieszki, zawsze w superlatywach, po tym, jaka jest specyfika tego bloga, jak i po tym, że przy tym reportażu Agnieszka ma wybraną pierwszą bohaterkę, a o innych w ogóle nie wspomina, zaczynam się spodziewać, że jednak będziesz próbowała przeprowadzić myśl „Agnieszka jest kryptolesbijką zakochaną w Agacie, tylko tego do siebie nie dopuszcza”.

b) Agata – wykształcenie (filologia polska – mgr, certyfikaty z angielskiego, te jej różne kursy – wyciągnąć od niej jakoś spis) // c) Agata – praca (praca w szkole, teraz własna firma / działalność gospodarcza, hurtowe korepetycje z polskiego, angielskiego, fizyki i matmy, trochę dziennikarzenia) // d) Agata – pisarstwo! (po trochu o obu książkach i wszystkich opowiadaniach, Szczecin w jej tekstach, kobiety – i mężczyźni – w jej tekstach) // e) Agata – inna działalność (udział w różnych działaniach z zakresu KPH, LGBT itd.) – Jeśli to imię się powtarza w każdym punkcie, to po co je na nowo przepisywać? Przecież wiadomo, o kogo chodzi, skoro reportaż dotyczy tylko jednej osoby.

Projekty tekstów – tekst do „Refleksji. Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego” // TERMIN DO 15 PAŹDZIERNIKA!!! // Płeć i płciowe dylematy na lekcjach polskiego – Wiesz, ja wciąż pamiętam, że to właśnie Agnieszka była zszokowana informacją, że dzieci mają swoją seksualność.

Ludzie są naprawdę przeróżni i przeróżne rzeczy lubią w łóżku oraz poza łóżkiem, a to pierwsze wcale nie musi warunkować tego drugiego (i odwrotnie) (i na szczęście). – A dopiero co Agnieszka pisała „kobieta będzie świetna w łóżku, bo sama jest kobietą, więc z automatu wie, co każdej jednej innej kobiecie daje przyjemność”.

Ten wpis czytało się lepiej niż wcześniejsze – może dlatego, że składał się z krótkich fragmentów, a może dlatego, że się rozpisałaś przez lata prowadzenia bloga – trudno powiedzieć. Wracam do chronologicznego czytania tego, co mi jeszcze zostało. Zamysł się udał, faktycznie poszczególne teksty da się czytać w dowolnej kolejności bez większych strat.

Bo to twój dobry kumpel

Wzdech, mamy tu strumień świadomości, a ja nie znoszę strumieni świadomości, ale nie będę się uprzedzać, bo to nie jest największa wada tego tekstu. Piszesz o parze przyjaciół, siedzimy u jednego z nich w głowie, gdy drugi wyznaje mu, że jest gejem. Z czym mam problem? Z tym, że narratora uczyniłaś tak skrajnym, stereotypowym maczo, że aż boli – na litość, facet nawet colę musi pić po męsku, czyli nie przez słomkę. I jasne, są tacy ludzie na świecie, ale trudno mi uwierzyć, że to właśnie osobę o takim charakterze i podejściu do życia Michał uważałby za najbliższego przyjaciela. Zwłaszcza że ta przyjaźń, choć początkowo co chwilę deklarowana, jednak nie przejawia się w czynach – kolo ma wywalone na to, co Michał chce mu przekazać, bardziej zajmuje go własny żołądek.

Rozmowa jest długa, bardzo długa; gdy rodzice Moniki wracają, przenosicie się do jej pokoju i rozmawiacie dalej. Siedzicie na łóżku, obejmujesz Monikę w pasie jedną ręką, drugą gładzisz smukłe łydki, ale rozmawiacie i to jest świetne, że można jednocześnie dotykać Monikę i z nią rozmawiać, i to o czymś poważnym. Szkoda tylko, że ma na sobie rajstopy, bo wolałbyś poczuć pod palcami raczej jej skórę niż ten śliski materiał. // Rozmowa jest długa, bardzo długa, ale możliwość powiedzenia wszystkiego, co cię gryzie i omówienia tego na wszystkie strony bardzo cię cieszy. // Rozmowa jest długa, bardzo długa, ale masz wrażenie, że powoli rozsupłujesz tę sytuację, ogarniasz ją, znajdujesz sposób na jej rozwiązanie. – Ejże, bohaterze, picie przez słomkę jest niemęskie, ale już długie rozmowy z dziewczyną o uczuciach są ok?

— Ale jehowa i gej to nie to samo — mówisz, raczej po to, by usłyszeć kolejne argumenty Moniki, niż dlatego, że zdecydowanie tak uważasz. // — Trochę tak samo — odpowiada. — Bo tak samo odbiega od tego, co uważamy za normalne i właściwe. // W zamyśleniu gładzisz nogę Moniki. Rzeczywiście, trochę tak samo. Michał nie wpychał ci się w spodnie, tylko powiedział, że jest gejem. Właściwie nie do końca teraz rozumiesz, dlaczego od razu postawiłeś znak równości między drugim a pierwszym. Właściwie nie do końca ci się podoba, że go postawiłeś. // Po dłuższej chwili milczenia mówisz o tym Monice. Bo z Moniką można naprawdę szczerze i sensownie pogadać. – To przejście od stereotypowego samca, do kogoś, kto co prawda ma kłopoty z samodzielną autorefleksją, ale przy czyimś wsparciu może dojść do jakichś wniosków, do osoby, która nie ma problemu z przyznaniem się do błędu dzieje się zbyt szybko.  Kompletna przemiana psychologiczna w jedno popołudnie – takie rzeczy dzieją się chyba tylko w amerykańskich filmach.

Lubisz plac Grunwaldzki, tę niedużą wysepkę między odnóżami ulic – Niedużą wysepkę, zaledwie największe rondo w całym mieście.

Przy pierwszym siedzą dwa dziadki, powoli przestawiają figury i od czasu do czasu wyciągają coś do jedzenia ze swoich reklamówek, leżących na dwóch wolnych krzesełkach; przy drugim stoi cała grupka takich samych dziadków, wykłócająca się o każdy kolejny ruch na szachownicy. Co prawda ani ty, ani Michał nie umiecie grać w szachy, ale lubicie siadać przy tych stolikach, gdy się nadarzy okazja i akurat nie ma dziadków. – Pierwsze powtórzenie można uznać za celowe, ale kolejne to już przeginka.

Więc siedzicie tak na ławce, nie zwracając uwagi na przechodzących po placu ludzi, na kłótnię kilku dziadków przy szachownicy, na dwa gołębie, które poddziobują wasze plecaki. Siedzicie na ławce, tak jak dotąd wiele razy gdzieś siedzieliście i milczeliście, dwaj dobrzy kumple, Skała i Dzida albo, jak cedzi na biologii biologica, „pan Skalnicki i pan Dzidecki, którzy pewnie chcą powiedzieć nam coś o pantofelku” czy o jakimś tam innym kretyństwie. Siedzicie naprzeciwko siebie, on się lekko uśmiecha do swoich butów, a ty się cieszysz, że jutro znów będzie normalnie, jak wcześniej, razem w ławce, razem na przerwie, razem po lekcjach. O, moglibyście jutro pojechać razem po Monikę, bo ona kończy w środy później niż wy, więc zdążycie dojechać od waszej jedynki do jej piątki na Ofiar Oświęcimia, jeśli złapiecie dwunastkę, to nawet nie będziecie musieli się przesiadać na Rodła w dwójkę czy trójkę. – Ooo, wreszcie jest coś o samym mieście!

Patrz, jaki wredny kocur — mówi Michał urażonym głosem. — Najpierw leży przy mnie przez godzinę i domaga się głaskania, mnie już ręka omdlewa, ale ona dalej chce, a teraz się po mnie myje, jakby wybrudziła swoje jaśniepańskie futro moją plebsową ręką. Spadaj, Oriana (...) Przypomina ci się jego kocur. // — A jak twój futrzak? — pytasz. // — A dobrze — dopowiada po przełknięciu. — Uznała, że książki o kulturze starożytnej są świetnym legowiskiem – Um, kocur to kot rodzaju męskiego. To jakby Michał miał psa Azora i mówił o nim „ta suka”.

twój brat wcisnął się ze swoją dziewczyną w kąt balkonu i jeśli nie chcesz za chwilę zostać ojcem chrzestnym, lepiej, żebyś im dał te piwa, to zajmą się piciem. – Alkohol jako pomysł na antykoncepcję? Oj, to musiałoby go być o wiele więcej.

Wyjechaliście o wpół do szóstej rano. Mikrobus jest wygodny i fajny, dobrze się go prowadzi, a niemiecka autostrada, którą jedziecie, jest idealnie gładka. Wiedzieliście, że przekroczyliście granicę, gdy zamiast dziur na drodze zobaczyliście równą nawierzchnię. – Najkoszmarniejszy kawałek drogi, betonka powleczona cienko asfaltem, jest właśnie po niemieckiej stronie granicy, o tu. Tak tylko dopowiadam.

Kolejny postój robicie dwie godziny później. Niedaleko stacji benzynowej jest supermarket, więc po zatankowaniu podjeżdżacie tam, żeby rozprostować kości. – Supermarket, przy autostradzie? Bo jeśli jadą z Polski do Holandii, to chyba nie robią sobie wycieczki objazdowej po niemieckich wsiach i opłotkach?

Michał prowadzi, zmieniliście się na ostatnim postoju. (...) Kolejny postój robicie dwie godziny później. (...) Po kolejnym postoju Monika wraca do tyłu, (...) Następna stacja. – Nie precyzujesz co prawda, czy te postoje były konieczne do zatankowania samochodu, czy tylko zaspokojenia potrzeb fizjologicznych, więc rzucę tylko w powietrze, że ostatnio obładowanym samochodem typu kombi, palącym 9l/100 km, potrzebowałam tylko dwóch tankowań przez tysiąc trzysta kilometrów. Do Amsterdamu ze Szczecina zaś jest osiemset kilometrów. Oczywiście, bus zapewne zużywa więcej paliwa.

— To dla przyjaciela — tłumaczy, kiedy pytasz go, czemu tak się napalił na koszulkę z Amsterdamem. — Zioło go specjalnie nie ubawi. O, ta jest fajna. — Wyciąga niebieską z biało-czerwonym obrazkiem zabytkowych kamienic na starówce. — I rozmiar dobry — mruczy, patrząc na metkę. // — Masz kogoś? — pytasz, oglądając jeszcze koszulki z Guevarą. To „przyjaciel” nie jest dla ciebie zbyt jednoznaczne, chociaż Michał nie nazywał tak nigdy swoich chłopaków. – O, w liczbie mnogiej? Kiedy Karol rozpłynął się w powietrzu i czemu Paweł tego nie zauważył, nie uznał za istotne dla narracji?

Kurczę, to wygląda tak, jakby majówka trwała jeden dzień. Dokładny opis trasy, popołudnie i wieczór w Amsterdamie, pierwsza noc w samochodzie, a potem pyk! Powrót. Tak, jakby twoja chęć opisywania tego miasta kończyła się na chodakach, prostytutkach i ziole. Ślizganie się po najbardziej oczywistych skojarzeniach.

nie licząc kota, którego francuskiego, długaśnego imienia, chyba z jakiejś powieści, nie mogłeś nigdy zapamiętać – Oriana? Długie? Francuskie?

— Masz gdzie mieszkać? — pytasz naraz. — Tego mieszkania na pewno ze stypendium nie opłacisz, masz gdzie mieszkać? Bo możesz u mnie, zmieścisz się. // Jego lekki uśmiech łagodzi twoje wyrzuty sumienia. Możesz mu pomóc. Nawet jeśli on tej pomocy nie potrzebuje, jak się okazuje, gdy odpowiada: // — Nie, dzięki, Sebastian już mnie do siebie władował, od piątku do niego idę. — Prostuje się wreszcie całkowicie i odgarnia włosy sprzed oczu. — Mam u niego siedzieć, póki nie napiszę licencjatu i się nie obronię. A mieszkanie będę musiał sprzedać. — Tego się akurat domyślałeś. – Mógłby je też wynajmować, miałby wtedy przynajmniej zapewniony stały dochód.

Odpowiadasz, że nie i pytasz, czy będzie mu dobrze u tego Sebastiana — którego co prawda dotąd nie spotkałeś, ale za to którego imię słyszałeś już tyle razy, bo Michał nazywał go zawsze swoim najbliższym przyjacielem i co chwila o nim wspominał. – Dziwi mnie ta niedelikatność u wrażliwego Michała i brak oburzu czy choćby wewnętrznego ukłucia u Pawła, skoro do tej pory to właśnie Paweł nosił zaszczytne miano najbliższego przyjaciela, latami.

Możesz najwyżej przejść się z Moniką na cmentarz w niedzielę i zapalić u ciotki Michała lampkę, bo ta kobieta zawsze była dla was taka miła, pozwoliła wam zrobić w swoim mieszkaniu kawalerski wieczór, gdy Krzychu się żenił półtora roku temu, i wiesz, że zawsze traktowała Michała jak matka. – Tu musiałam przeszukać tekst, żeby sprawdzić, hudefak jest Krzychu. Otóż osoba o tym imieniu została wymieniona tylko raz, jednym zdaniem, podczas imprezy w garażu wszystkie te lata temu. Dlaczego jest na tyle ważny dla chłopaków, by organizowali mu kawalerski u ciotki – ni znaju.

Czasami masz wrażenie, że musisz opowiedzieć sobie jakieś wydarzenie z boku, jakbyś to nie ty opowiadał, tylko ktoś trzeci, ktoś, kto mówiąc do ciebie, prowadzi cię za rękę po twoim własnym życiu. Umożliwia ci to nabranie pewnego dystansu do siebie i do tego, co przeżywasz, spojrzenie cudzymi oczami, przyjrzenie się samemu sobie z innej strony. Dzięki takiej opowieści w niezrozumiały sposób cała historia zaczyna się układać zgodnie z właściwą hierarchią i dostrzegasz smak, wartość, urok drobiazgów. Nie jesteś w stanie określić, od kiedy ci się zaczęło to autorelacjonowanie i dlaczego, ale po prostu tak masz i czujesz tego potrzebę. // Czasami więc opowiadasz sobie siebie, myślisz o swoim życiu jako o czymś cudzym, oglądanym i komentowanym, prowadzisz swoisty monolog ku sobie, nadawcy i odbiorcy zarazem. Czasami zatem stajesz z boku samego siebie i uważnie się obserwujesz, opowiadasz, opisujesz. Tak jak przed chwilą, gdy jego czupryna znikała ci z oczu. – Zaraz, czy to oznacza, że Paweł, po spotkaniu Michała w sklepie, zastygł i zaczął sobie relacjonować ich znajomość, tak od tamtego wydarzenia w liceum? Jeśli tak, to niedługo obsługa sklepu zacznie go wykorzystywać jako element wystawy.

Jak widzisz, uwag jest sporo, ale równocześnie jest to tekst, który czytało mi się dość przyjemnie – ale dopiero od momentu zaakceptowania Michała przez Pawła. We wcześniejszych scenach mam kłopot z prawdopodobieństwem psychologicznym narratora, tak jakbyś sama nie umiała do końca wymyślić, jaki może być człowiek wystarczająco homofobiczny, by odrzucić kumpla, a zarazem wystarczająco tolerancyjny, by sytuację przemyśleć i naprawić.

Tak, jak do tej pory zapytana, czy polecam Musivum, odpowiedziałabym “Jezu, nie!”, tak po tym tekście zaczynam zmieniać zdanie. Pozwolę więc sobie na kolejny przeskok.

Kiedy zapominam, że widzę Innego

— Żal mi jej — powiedziała spokojnie. (...) tak mi się jej wtedy cholernie żal zrobiło (...)  trochę mi tej Lali żal – Tak, wiemy.

Michał nie znosił robienia zakupów w hipermarketach; ciocia też, więc odkładali te zakupy, ile się dało, by wreszcie z ciężkim westchnieniem wybrać się do Reala. To odkładanie było dość śmieszne, bo przecież od znajdującego się przy domu placu Sprzymierzonych do mieszczącego się w Galaxy Reala mieli raptem dwa przystanki, które dało się przebyć każdym z pięciu przejeżdżających przez tę trasę tramwajów, ale oboje nie lubili hipermarketów. Poza tym oboje nie lubili centrum handlowego Galaxy: według cioci było ono za głośne i za tłoczne, a według Michała stanowiło kwintesencję kultury masowej, z którą miał ciągle problemy. Zakupy jednak trzeba było co jakiś czas robić, a skoro Galaxy było najbliżej... – Jak mówiłam, masz pecha, bo znam Szczecin. Między Sprzymierzonych a Rodła jest Żabka, jest Społem, w drugą stronę są kioski z warzywami, nie wiem, dlaczego nie robią zakupów tam, zamiast pchać się ze wstrętem do Reala.

I naraz Michała ogarnęło ogromne, potwornie silne współczucie. Coś ty, dziewczyno, zawiniła, że pasujecie do siebie jak pięść do nosa i dla niego dowodem miłości jest tak naprawdę stymulowanie go do nowego wysiłku, do pokonywania kolejnej przeszkody i do podwyższania sobie poprzeczki, jak to robiła Monika, jak to zrobiła na przykład niecałe dwa lata temu, witając ich w drzwiach stanowczym: „Chłopaki, zrobimy sobie kurs na przewodnika po Szczecinie, chcecie? Michał, jak rzuciłeś filologię, to masz czas i w razie czego będziesz miał jakąś pracę w odwodzie, ja chcę sobie w wakacje tak podorabiać, a Paweł wreszcie przestanie mówić, że Szczecin to nieciekawe zadupie, jak go dobrze pozna” — a dla ciebie dowodem miłości jest raczenie ukochanego chłopaka frykasami własnej roboty, skakanie wokół niego i spełnianie z wyprzedzeniem jego zachcianek? Co ty jesteś winna, biedna, miła, nijaka Lalu, że nie jesteś silną, zdecydowaną i wyrazistą Moniką? – Wiesz, jakoś zamiast poczuć współczucie do Lali, czuję raczej odrazę do Michała, bo to on tu czuje się taki... lepszy. Tłumaczy go tylko tęsknota za Moniką i żal, że para jego ulubionych przyjaciół nie jest już razem – choćby i Lala miała pięć doktoratów i tak Michał znalazłby w niej coś, co budziłoby w nim niechęć. A to stopniowanie „człowiek, który lubi gotować, jest gorszy” ssie. Tak jakby Makłowicz był z definicji gorszym człowiekiem niż Cejrowski, bo przecież pasja podróżnicza jest moralnie lepsza od kulinarnej.

Paweł wreszcie wrócił i Lala miała ochotę go uściskać. Dołożyła obu chłopakom ciasta, zrobiła herbaty, fajnie się tak zajmowało swoim chłopakiem i jego gościem. Tylko właśnie szkoda, że Michał był gościem Pawła, a nie Pawła i jej. – A to z kolei każe mi się zastanowić: czy Lala nie ma swoich przyjaciół? Niekoniecznie w liczbie mnogiej, ale chociaż psiapsióły od serca? Tak całkiem sama idzie przez życie i przed spotkaniem Pawła żyła w próżni? Bo póki co mam skojarzenia z jakąś zamorską księżniczką poślubioną królowi, tylko że nawet one zazwyczaj zabierały ze sobą do nowej ojczyzny dwórki do towarzystwa.

Dosłownie na moment skręcił w prawo, żeby spojrzeć — tylko tak, na chwilę, dla przyjemności — na półki z fantastyką — i stanął oko w oko z Lalą. Dziewczyna Pawła, w białej, dość krótkiej kurtce z futrzanym kołnierzem i w czarnych kozakach za kolano, trzymała w rękach trzy książki; na wierzchu widać było „Pani McGinty nie żyje” Agathy Christie. No tak, kryminały stały tuż obok fantastyki — choć kto by się spodziewał, że Lala czytuje kryminały, a nie harlequiny? // Nie był zachwycony. Już gdzie jak gdzie, ale w bibliotece człowiek chciałby mieć spokój od perypetii miłosnych kumpla. – No jak ona śmie, korzystać z miejsc publicznych i pokazywać się na oczy Michałowi już trzeci raz w tym roku! Zgroza.

ona się nazywa mma Ramotswe – Jeśli chodziło o madame, to mme. No i w wypowiedzi użyłabym raczej pełnego słowa niż skrótu.

Tak, zrobiło mu się głupio, bo przecież kilka minut temu dałby głowę, że Lala poza jakimiś harlequinami nie miała w ręku porządnej książki, jeśli nie liczyć lektur szkolnych, co i tak wątpliwe. Kryminały Christie i McCalla Smitha nie były wprawdzie na tym samym poziomie co Márquez, Kundera czy Dostojewski – Co za pełen przekonania o własnej wyższości bufon.

Mam nadzieję, że lubisz bigos z białą i kiszoną kapustą? // — Jasne — odparł Michał machinalnie, usiadł i stopą wepchnął plecak pod krzesło. Dopiero po chwili uświadomił sobie, co właśnie usłyszał. — Czekaj, bigos? Daj spokój, wystarczy mi trochę ziemniaków, kiełbasa czy jajko sadzone. // — A tam, jajko — roześmiała się dziewczyna. — To jest super. A poza tym mam już zrobiony – No, jakby nie miała, to bym się potężnie zdziwiła, bo bigos się przecież kilka dni gotuje  – a to ciut dłużej niż parę godzin okna między zajęciami.

Lala uwijała się jak zawodowa kucharka, coś wstawiała do piekarnika, coś kroiła, coś mieszała, coś doprawiała, śmigała od lodówki do kuchenki i z powrotem, wyraźnie w swoim żywiole. – Ale... przecież bigos już jest i wystarczy go odgrzać.

Dzięki. — W jej tonie słuchać było coś na kształt zawodowej dumy. — Smacznego. Ja uwielbiam gotować. // No tak, pomyślał Michał odruchowo, a co ty innego możesz uwielbiać, jak nie stanie przy garach i skakanie wokół swojego faceta. Chociaż nie — musiał przyznać, że mogła jeszcze lubić czytać niezłe kryminały. Zawsze to jakiś krok ponad przyziemne rzeczy. – Michał to straszny dupek. Ciekawe, czy gdy skończę lekturę, zostaną mi jakieś postaci, które będę darzyć sympatią.

Zresztą, tak szczerze mówiąc, pomijając tę rozmowę podczas sylwestra, w ogóle nie poruszali tematu Lali. Była, bo była, była w pewnym konkretnym zakresie i była nie po to, by o niej dyskutować. Paweł wyraźnie zakreślił granice, w ramach których trzymał swoją nową dziewczynę. – Ja się temu nie bardzo dziwię, biorąc pod uwagę, że w pierwszej i jedynej rozmowie na ten temat Michał wyraził się o Lali bardzo krytycznie. Też bym nie chciała takiemu opowiadać o jej życiu, bo po co.

W wolnej chwili sprawdź sobie, ile razy w tym tekście występuje słowo miło i fajnie, bo mam wrażenie, że trochę zbyt często.

ona też będzie miała wiedzę na temat takich różnych rzeczy związanych z różnorodną działalnością – Bardzo konkretne to zdanie, bardzo.

Cały ten przydługi fragment z wypowiedzią Lali o studiach i planach jest ledwie strawny. Za długo, za bardzo, jest przegadany i męczący. Rozumiem, że chciałaś sprawić, że czytelnik poczuje się jak Michał, zalany potokiem gadulstwa, ale boru, niech to będzie choć trochę krótsze.

— Ale ze mnie gaduła — skarciła się Lala, gdy już zebrała talerze po jedzeniu i podała świeżo zaparzoną herbatę. — Sorry, nie zanudziłam cię? // — Nie — zapewnił Michał spokojnie. – No kurczę, jeśli to był przykład rozmowy, która NIE zanudza, to zdecydowanie musisz ją przeredagować.

Jeżeli zagrożeniem każdej metodologii jest uznanie swoich narzędzi, swoich klocków, za jedyne właściwe — to zagrożeniem humanisty jako humanisty jest uznanie się za człowieka „ponad”, osadzenie się gdzieś powyżej wszystkich innych dziedzin, nie dlatego nawet, że się tymi innymi gardzi, ale dlatego, że zaczyna się widzieć swój humanizm jako to jedyne pełne, prawdziwe, pojmujące człowieczeństwo. – Ringadingadig-ding-ding! Eureka! A teraz, Michaś, idź, i powiedz to Oli, Olkowi, Andrzejowi, i kto tam jeszcze się oburzał zakreśleniem podręcznika…

Fajne jest to, że gdy Michał zorientował się wreszcie, jakim był koszmarnym bucem, to się przeraził, ale to swoje przerażenie zaczął od razu przetrawiać w naukowy sposób, myśląc o narzędziach, rolach, wartościach, słowach. Tak jakby, mimo wszystko, jednak nie mógł być po prostu bucem, bo to byłoby zbyt prostackie dla kogoś, kto jednak, wbrew własnym założeniom, czuje się ponad.

U Pawła. Michała ogarnęło współczucie, jeszcze większe niż poprzednio, gdy siedział z Lalą u kumpla. U Pawła. Nie, Paweł to jej z pewnością nie oglądał ani razu dokładnie, nie patrzył na nią naprawdę, nie widział jej poza tą rolą, którą jej wyznaczył, poza „bezproblemowym zastępstwem Moniki”. – No cóż, to podsumowuje problem Michała. Dopiero co przeżył olśnienie, że Lala jest jednak człowiekiem, poraziło go to, a teraz w ten sam nieświadomy sposób wyraża się pogardliwie o kumplu, który NA PEWNO nie zna swojej dziewczyny tak, jak Michał, który widzi ją trzeci raz w życiu. Na pewno.

Tak, pomyślał z mieszaniną rozbawienia i powagi, gdy schodził wolno po schodach. Tak, jutro na powitanie powie Sebastianowi: „Przyszedłem ci się wyspowiadać. Humanistycznie. Humanistycznie się wyspowiadać. Przyszedłem na spowiedź humanistyczną, na rozliczenie się z własnej humanistycznej winy”. Z „culpa humana”. Nie, „culpa humanistica”, lepiej brzmi. Albo, jak to było... „culpa in ommittendo”. Wina wynikająca z zaniechania. Nie, „culpa humanistica” brzmi najlepiej. – No i masz, bardziej go zajmują językowe sztuczki niż to, co się przed chwilą wydarzyło.

A poza tym, dodał w duchu, gdy zamykał za sobą drzwi od klatki schodowej i wciągał głęboko w płuca styczniowe, mroźne powietrze, poza tym miał nadzieję, że jeszcze kiedyś spotka Lalę; miał nadzieję, że jeszcze kiedyś natknie się na Lalę dającą sobie radę, może Lalę w czerwonym nissanie, może Lalę prowadzącą własną restaurację, może Lalę z kimś, kto będzie ją umiał docenić — może wszystko naraz, czemu nie?  // Miał nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczy Lalę, którą już potrafił zobaczyć. – Terefere, Michał wcale nie potrzebuje jej jako człowieka, tylko raczej jako obiekt badań i testów.


Ten tekst naprawdę mi się podoba, ale nie wiem, czy w ten sposób, o który ci chodziło. Podoba mi się to, jak opisałaś rozwój tej znajomości, od niechęci do uznania, wszystko było bardzo wiarygodne psychologicznie. Bardzo mi się też podoba to, że Michał tak naprawdę, mimo przeżytego szoku, nie wychodzi ze swojej skorupy, nie otwiera się na inność, choć tyle o tym myśli i gada. Mam wrażenie, że chciałaś nam ukazać jego przemianę, ale z tekstu przebija się coś zupełnie innego. W tym, jak pogardliwie myśli o Pawle, w tym, że szok rozpatruje pod kątem raczej ciekawego doświadczenia naukowego, a nie czegoś prawdziwego, ludzkiego. Co ciekawe, to właśnie Lala, choć też musiała przewartościować swoje poglądy, zrobiła to lepiej i sprawniej. Miała złe zdanie o gejach, poznała kogoś, kto przeczył tezie, zaktualizowała sobie bazę danych i już. Obyło się bez przydługich intelektualnych wywodów, poszło tak sprawnie i prosto, że wręcz na marginesie całego tekstu. Co pokazuje, że Lala jest w zasadzie większą humanistką i feministką niż Michał, mimo że nie są to określenia, którymi sama by się opisała. Językowo było stosunkowo dobrze, ale momentami tekst był przegadany, trafiło się sporo powtórzeń i kręcenia się w kółko.

Rozdział I: Strony pierwsze

To było dobre, bo nie bolało, nie trwożyło, nie poruszało; tłumaczenie stanowiło niezbyt długi, ale niezmiernie przyjemny proces, dający olbrzymią satysfakcję — na określony czas. – Dla porządku tylko napomknę, że normalny tłumacz w swoim codziennym życiu nie tłumaczy jedynie tekstów przyjemnych i ciekawych, ale też irytujące, nudne albo trudne. Z tą satysfakcją bywa więc tak, jak w każdej innej pracy, przeważa rutyna.

Od pierwszej strony do ostatniej, nie dłużej, nie więcej, nie intensywniej; a tekst nie jego, niesygnowany jego nazwiskiem, niepochodzący z jego głowy — on jest tylko gdzieś poniżej tytułu, mniejszą czcionką i niedostrzegany przez większość osób, bo kto zwykle sprawdza tłumacza? Szczególnie gdy tłumacz tłumaczy dobrze, gdy rozmywa się za stylem autora, gdy chowa się za tekstem, gdy niknie za słowami. Profesjonalizm gwarantuje brak nadmiernych emocji, to odwrotna proporcjonalność, zasada paradoksu. – Ostatnie zdanie – o proporcjach czego do czego tu mowa i gdzie ten paradoks?

gdy tłumaczenie zostanie skończone i książka złożona do druku, on jest już całkowicie poza tekstem — porzuca go, znajduje nowy, przeżywa tę samą rozkosz, ale znów w ściśle określonych warunkach, w konkretnym czasie, na własnych zasadach. I — bez względu na czas, jaki musi poświęcić tekstowi — jest to czas krótki; krótki, bo porównywany z czasem autorskim – Obawiam się, że zasady ustala raczej wydawnictwo. A czas jest krótki, bo deadline'y gonią.

I łatwiej się ukryć jako tłumacz. Żaden pseudonim pisarski nie gwarantuje takiej anonimowości jak stanowisko tłumacza. – No nie wiem, wszyscy znają pana Cholewę czy Łozińskiego, za to wciąż nikt nie ma pojęcia, kto był autorem książek podpisywanych pseudonimem B. Traven. O ghost writerach nie wspominając.

Tylko dlatego, że powiedział, że się w nim, Wiktorze, zakochał? I powiedział to, nim jeszcze te słowa zostały zwerbalizowane? – Dla porządku, skoro powiedział, to werbalnie, jeśli niewerbalnie, to mógł na przykład zakomunikować.

Najgorzej, że czasami nieruchomiał przed monitorem, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w otwarty plik Worda — i dopiero po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu sekundach przywoływał się do porządku – Nie mów, zamyślił się AŻ na kilka sekund? To krócej niż jeden oddech.

Gdy odstawił pusty kieliszek na stół, Olek zapytał, czy mu dolać; oddzielony od Wiktora zajętymi rozmową Olgą i profesorem, wydawał się bezpiecznie bliski – Skoro był oddzielony, to może raczej bezpiecznie daleki?

to były zagadnienia, które nie wymuszały zbyt wielkiego zaangażowania, nie zmuszały do zbyt wielkiego odkrycia siebie i nie powodowały zbyt wielkiego zwrócenia na dany nick uwagi. Nicki miał zresztą różne, na każdym forum inne, zawsze proste i banalne, takie, o których się zapomina zaraz po ich zobaczeniu. – Aż jestem ciekawa, czy miał wobec tego jakąś listę i czy koniec końców nie zaczynał się gubić w tym, z której tożsamości gdzie korzystał.

Przy szczegółowym opisie półek, mebli i książek Wiktora prawie usnęłam, no, ale może miałam akurat gorszy dzień.

Obrotowy fotel na kółkach, czarny z brązowym obiciem siedzenia i oparcia, dobrze się sprawdzał przy pracy: mocnym odepchnięciem nogi można było przemieścić się od jednego końca blatu do drugiego, od monitora do drukarki, od słowników używanych najczęściej do tych wykorzystywanych sporadycznie. Na podłodze, na szczęście, leżał dywan, inaczej pewnie Wiktor w ciągu pierwszych kilku miesięcy wyżłobiłby w niej wgłębienia od swoich regularnych jazd; zresztą nie lubił paneli – W panelach dość trudno wyżłobić cokolwiek, to już raczej w tanim, miękkim parkiecie.

Mimo że Agnieszka, która z zawodu była dekoratorką wnętrz, uparcie tłumaczyła zalety ich usunięcia, Wiktor okazał się jeszcze bardziej uparty — i w efekcie drzwi, zresztą w trzech czwartych przeszklone, więc wizualnie bardzo lekkie, pozostały, zarówno w kuchni, jak i w przedpokoju. // Na co dzień te drugie zamykał, pierwsze natomiast pozostawiał otwarte; kuchnia stanowiła dość przyjazne miejsce, choć była mała, prostokątna — i kremowa, to akurat zwycięstwo Agnieszki, którą przeraził pomysł pomalowania tego pomieszczenia na ciemno. – Nie rozumiem, jeśli Wiktor ma bardzo zdecydowane poglądy na temat tego, co chce mieć w mieszkaniu, do czego był mu potrzebny dekorator?

Poza tym wówczas najbardziej zależało mu na tym, by ktoś wytapetował i pomalował mieszkanie oraz zrobił blat i półki, bo on się na tym nie znał, i by w końcu mógł zamieszkać sam, bez żadnych ludzi na głowie, w całkowitym spokoju i ciszy. – Tym chyba raczej zajmują się ekipy remontowe, a nie dekoratorzy.

Nastawił wodę, po czym rozejrzał się po kuchni; była ona nie tylko mała oraz wąska, ale też nieregularna, bo ściana naprzeciwko okna miała niedużą wnękę, w której akurat mieściła się lodówka. Ta wnęka — a raczej ta zabudowana obok niej część — w jakiś sposób wiązała się z łazienką czy rurami z łazienki, Wiktor nie wiedział dokładnie, bo podczas tłumaczeń Sylwestra zwyczajnie się wyłączył. Co go obchodzi, dlaczego to jest, skoro jest, no to trudno. Najważniejsze, że można to jakoś sensownie wykorzystać. – Matko, skoro nawet Wiktora to nie obchodzi, to czemu mnie ma obchodzić, z czym się wiążą rury łazienki?!

Olga stwierdziła kiedyś, że po stanie miejsca pracy można się zwykle domyślić stanu czyjegoś pokoju albo mieszkania, i pewnie odwrotnie też. Chyba miała rację — podobnie jak w pokoju, tak też na tym blacie Wiktor potrzebował przestrzeni i starał się mieć wszystko ułożone na skrajach: mały modem od bezprzewodowej myszy, mały, czarny dysk zewnętrzny z niebieskim światełkiem u dołu, zapasowe baterie oraz komórkę po lewej stronie, drukarkę, papier oraz zapasowe tusze po prawej — z najważniejszym punktem, czyli monitorem, oraz ustawioną przy nim czarną, aluminiową lampką o długim, zginającym się w trzech miejscach ramieniu, w centralnym miejscu. Druga część tego najważniejszego punktu, czyli jednostka komputera, stała na podłodze, za lewą nogą blatu, dzięki czemu nie można było przez nieuwagę jej potrącić i uszkodzić twardego dysku. Przed monitorem zwykle leżał tłumaczony tekst, a po bokach słowniki — w tej chwili jednak zamiast materiałów do pracy stała tam szklanka z herbatą, którą Wiktor machinalnie mieszał łyżką, patrząc bez większego zainteresowania na włączoną właśnie stronę jednego z forów. – Będę wulgarna, ale w odwłoku mam, gdzie stał modem i jakiego koloru błyskało światełko.

Po zakręceniu kranu Wiktor przetarł dłonią twarz i na moment odsunął drzwiczki, by z haczyka obok wziąć jeden z ręczników. Powietrze, które wdarło się do środka, zdawało się lodowate i w nieprzyjemny sposób chłodziło wygrzaną przed chwilą ciepłą wodą skórę, więc należało szybko zasunąć drzwi z powrotem, a potem, po przetarciu twarzy, równie szybko sięgnąć po drugi ręcznik. – To fascynujące. Czy te drobiazgowe opisy wystroju wnętrz i codziennych czynności czemuś służą?

Do swojej łazienki był przywiązany; tkwiąca w kremowym kubku do płukania ust samotna, biało-żółta szczoteczka do zębów przypominała, że to była jego łazienka, należąca tylko do niego i używana jedynie przez niego. – Zastanawiam się, czy wobec tego zawsze kupował sobie szczoteczki w tym kolorze, czy też korzystał z jednej od lat.

Mam z głowy — pomyślał Wiktor, smarując cztery kromki czarnego chleba masłem. Ta myśl wprawiła go w dobry humor, więc powtórzył, sięgając po kiełbasę i ostry nóż: — Mam spokój, do świąt mam spokój — a potem, gdy kroił dwa małe pomidory, przeformował to nieco, by lepiej poczuć smak długiego spokoju: — Do końcówki grudnia nie muszę nigdzie dzwonić, żadnych telefonów, do końca grudnia mam spokój. – Od maja do grudnia nie musi nigdzie dzwonić? Z pracodawcą kontaktuje się wyłącznie przez maila? W razie awarii prądu będzie czekać w kącie, aż samo się naprawi?

Podczas jedzenia przy stole w kuchni siedział twarzą do ściany; pomalowana kremową farbą tapeta zdawała się nieco wyblakła — to koszmarnie irytujące, pomyślał Wiktor ponuro, ale chyba niedługo będzie trzeba odmalować mieszkanie, co oznacza zadzwonienie do Agnieszki i Sylwestra, co oznacza ich wścibskie pytania, czemu krzesło nadal jest jedno, ludzie są potwornie upierdliwi. – Sam nie pomaluje ściany, bo? Przecież to banalnie proste.

w domu, w tej kwadratowej kuchni pomalowanej na jakiś nieprzyjemny, jasny kolor, to chyba był morelowy – Jasny morelowy odcień jest nieprzyjemny, ale jasny kremowy już ok?

w domu zawsze siedział przy ścianie, osaczony rodzicami. Matka nosiła na prawej dłoni obrączkę, na lewej jakiś stary pierścionek po swojej babci, a w uszach klipsy, które w chwilach zdenerwowania ściągała gwałtownym, agresywnym gestem, zupełnie jakby odbierała w ten sposób możliwość mówienia przeciwnikowi. – Dlaczego przy opisie posiłku z rodzicami najważniejsza jest biżuteria matki?

Mdły szatyn z bladoniebieskimi oczami siedzący obok blondynki o jasnozielonych oczach — tak ich zapamiętał. – Aw, Wiktor jest typową bohaterką z opcia, zapamiętuje ludzi po kolorze oczu, nawet własnych rodziców.

wpatrywał się w jej małe, ozdobione kolorowymi bransoletkami i pierścionkami dłonie. – O proszę, u nauczycielki Wiktor też zwraca sporą uwagę na biżuterię, ciekawe czemu.

ze swoją specjalnością pod zabawną nazwą bankowość i doradztwo finansowe szybko znalazła pracę w banku – Co jest w tym śmiesznego?

Zwrócił się zatem ponownie ku szkole, a ta, mimo odebranej pani Lusi, nie zawiodła, ponieważ w szóstej klasie doszły nowe przedmioty i pojawili się nowi nauczyciele; co najważniejsze, miejsce starego anglisty zajęła młoda anglistka, która prowadziła lekcje zupełnie inaczej, żywo i interesująco, tak że język angielski zaczął się Wiktorowi kojarzyć z przyjemnymi, ciepłymi godzinami. – No dobrze, jedna nauczycielka, druga... ale co z rówieśnikami? Dlaczego Wiktor nie nawiązał żadnych znajomości z kimś w swoim wieku?

Matematyczka, wysoka, chuda kobieta o krótko ściętych, burych włosach, o twarzy pooranej głębokimi bruzdami i z lewą ręką pozbawioną środkowego oraz serdecznego palca wydawała się klasie przerażająca i odpychająca – Okej, niby brak palców jest czymś, co zwraca uwagę, ale to już trzecie dłonie, które pojawiają się jako istotny element opisu kobiecych postaci.

Historyczka z kolei miała jasnorude włosy oraz długie spódnice, które kołysały się na lewo i prawo podczas jej spacerów po klasie — a poza tym zwykła klepać plecy garbiących się uczniów, klepać lekko, wesoło i ciepło, więc gdy zbliżała się do jego ławki, Wiktor pochylał się na zeszytem w możliwie najgorszy sposób, by po chwili poczuć łagodne klepnięcie i usłyszeć troskliwe: „Prosto, Wiktorku, prosto”. – A kiedy Wiktor się w dłonie nie wpatruje, to się nadstawia, by ktoś go nimi poklepał. ;)

ten puls, puls, jaki ma każda książka, swój własny, indywidualny i niepowtarzalny puls. Puls „Ku stronom” — lub „W kierunku stron”? — ogromnie Wiktorowi odpowiadał: spokojny, stabilny, łagodny; nie było w tym monotonii, ale też nie pojawiały się nadmiernie gwałtowne elementy, punkty czy zwroty. Nie lubił tłumaczyć gwałtownych tekstów — dlatego tyle się kiedyś nacierpiał przy tłumaczeniu na zajęciach jakiegoś opowiadania, które wywoływało zbyt mocny niepokój, za jednoznacznie odnosiło się do sytuacji Wiktora, za dosadnie nazywało wprost to, co on spychał w nawiasy. – Mhm, i chcesz powiedzieć, że od czasów studiów Wiktorowi wydawnictwo nie podesłało nic, co szłoby szybszym rytmem? Że Wiktor miał luksus wybierania sobie do tłumaczenia tylko tych pozycji, które dobrze mu się czyta? Obawiam się, że zawód tłumacza nie działa w ten sposób.

Tovip nie była gwałtowna — Tovip przypominała spokojny strumień wody, chłodny, rześki i smakowity. Zachwycił się tym spokojem, tymi myślami o książkach, tą atmosferą starej biblioteki. – A tu z kolei Wiktor nagle zmorfował w Michała, który w opowiadaniu o Innej w ten właśnie sposób myśli o bibliotece. Dlaczego Wiktorowi kojarzy się  ze spokojem? Nie wiem, w końcu są tam, o zgrozo, inni ludzie, i trzeba wchodzić w interakcje z bibliotekarką. A książki są dotykane przez wiele rąk, fuj i ble.

I znowu mam wrażenie kręcenia się w kółko, gdy drugi już raz czytam o tym, jak Wiktor się masturbuje, jak to robił w nastolęctwie, co sobie wyobraża podczas. Ubrałaś to niemal w te same słowa, przez co zaczęłam się zastanawiać, czy zwyczajnie nie zapomniałaś, że poruszałaś już ten wątek, czy czytałaś ten tekst drugi raz.

Pierwszy rok liceum minął więc w pewnym oddaleniu od reszty kolegów i koleżanek – Sugerujesz tutaj, że wcześniej tego oddalenia nie było? To gdzie jakieś wzmianki o znajomościach z podstawówki?

nowa uczennica mogła mieć problemy z szybkim wtopieniem się między nie. – Nie jestem pewna, czy można się wtopić między coś.

matka pracowała w jakiejś firmie, nie pamiętał już, w jakiej, i przeprowadzka do Gdańska nastąpiła z powodu znalezienia lepiej płatnej posady. Magda tęskniła za Gdynią, za swoim osiedlem, za swoimi koleżankami z bloku, które znała od dziecka, za koleżankami z liceum, za paroma przyjaciółkami, z którymi mogła rozmawiać o wszystkim. Tęskniła za tym, co należało do jej normalnej codzienności i w czym się tak dobrze odnajdywała. – Um, ale nie bez powodu to miejsce nazywa się Trójmiastem, jest świetnie skomunikowane i licealistka nie powinna mieć większych problemów z wypadami do Gdyni na ploty z koleżankami.

Miał swój okres pisania, przez Lema — przez Lema, bo Wiktorowi przychodziły do głowy drobne pomysły, które później starał się przerobić na nowelę lub opowiadanie – Ale tu nie ma związku przyczynowo-skutkowego.

To ona zerwała. On by nie umiał. Nie miał żalu, rozumiał jej decyzję — odczuwał nawet pewną ulgę na myśl, że już nie będzie musiał podejmować kolejnych prób. Żałował jednak ogromnie samej Magdy, przyjaźni z nią, bliskości, której już nie da się powtórzyć. (...) Mówiła spokojnie, bez pretensji, za to z jakimś smutkiem, że chyba jednak, tak na dalszą metę, nie są do siebie aż tak mocno dopasowani, jak myśleli — że może jednak lepsi z nich przyjaciele niż para — że ona nadal ogromnie go lubi, ceni, on nadal jest dla niej szalenie ważny, tylko że może wielką przyjaźń wzięli za miłość… // Ale nadal chciałaby być jego przyjaciółką — te słowa Wiktora uspokoiły. Tego właśnie chciał i potrzebował, takiej formy bycia razem. Przez moment nawet uwierzył, że zdołają odbudować wszystkie dotychczasowe relacje bez płaszczyzny związkowej. (...) To było jednak dość naiwne, ta myśl, że da się po staremu. Było między nimi coś, co krępowało, co uniemożliwiało powrót do dawnych form, co sprawiało, że czasem nie umieli sobie poradzić z jakimś wspomnieniem czy uwagą podczas rozmowy. Kontakty rozluźniły się szybko, niestety — ale nie gwałtownie, nie, to nastąpiło dość naturalnie: Magdę wciągnął wir germanistyki, Wiktora lingwistyki i wkrótce ich spotkania ograniczyły się do powitania na korytarzu, czasem paru zamienionych słów przed czytelnią, w bufecie czy przy ksero. – Nie kupuję tego. Ich związek nie był oparty na seksie, tylko na silnej intelektualnej więzi. Wyjęcie tego czynnika erotycznego z ich znajomości nie powinno więc zabić  przyjaźni, może wręcz ją umocnić. A to, że studiowali na różnych kierunkach, acz na jednym uniwerku, to też za mało, żeby mnie przekonać. Może gdyby się zaczęli odsuwać od siebie wcześniej – ale niczego takiego nie opisałaś. Poświęciłaś za to sążniste akapity na łopatologiczne wtłuczenie czytelnikowi do głowy, że lubili te same filmy i książki, uczyli się tak samo, wszystko robili razem i w ten sam sposób.

Magda nie wyglądała na obrażoną albo rozżaloną, bo wyraźnie odnalazła się na swoim kierunku (...) Brakowało mu tych wspólnych rozmów i wspólnego milczenia — ale musiał przyznać, że tak było wygodniej i mniej męcząco; uczucie skrępowania, pewnego wymuszenia i zawodu, które od końca września towarzyszyło ich rozmowom, nie dawało szans na dalszą głęboką przyjaźń. – Zaraz, z czyjej strony ten zawód, bo najwyraźniej nie ze strony Magdy? A i Wiktor powinien czuć raczej ulgę.

Swoją drogą to już drugi twój bohater, który ni stąd ni zowąd przypomina sobie całe swoje dotychczasowe życie.

Czasami Wiktora nachodziło wyobrażenie, jak to się musiało wydarzyć — wyobrażenie brata bawiącego się z innymi dziećmi na podwórku za domem, w pobliżu starej, źle zabitej deskami studni — wszystkie dzieciaki lubiły skakać po tych deskach, Wiktorowi też się kiedyś zdarzało, było w tym coś ekscytującego, zakazanego i dorosłego – Serio. SERIO. Moje zawieszenie niewiary trzaska, zwłaszcza, że akcja dzieje się w Gdańsku, a nie na wsi.

Po raz pierwszy poczuł żal, taki dziwny i bolesny — żal i osamotnienie, bo dopiero w tym momencie przyszło mu do głowy, że w domu to właśnie brat był do niego najbardziej przywiązany — że Wojtek biegał za nim, chciał się bawić, chciał być blisko, próbował się przytulić, próbował spędzać z nim czas, próbował dać tę bliskość i to ciepło, których Wiktorowi brakowało. Wojtek był w całym domu najbliższy — Wojtek był w nim taki zakochany, w swoim starszym bracie, z którym ciągle chciał przebywać, Wojtek był... – Jak dla mnie Wiktor powinien sobie kupić pieska.

Dlaczego Wiktora poruszyła akurat katastrofa smoleńska, nie jestem w stanie odgadnąć.

„Jurij Aksjanow” ze zdziwieniem — rzadko do siebie dzwonili, ze względu na rachunki, głównie pisali maile, a jakoś nie skojarzył tego telefonu z rozgrywającymi się wydarzeniami. Kiedy jednak odebrał i usłyszał pierwsze słowa przyjaciela, łagodne, smutne, pięknie przeciągane: „Wiktorze Stiepanowiczu, dzwonimy, bo tak nam ogromnie przykro” – Skąd jakiś randomowy znajomy zna imię ojca Wiktora? To nie jest coś, co pojawia się w codziennych konwersacjach.

Na szczęście nie wałkowali w kółko tematu tragedii, za co Wiktor był im wdzięczny, bo wcale nie miał na to ochoty, a ich smutek tylko potęgował wrażenie własnego bycia nie na miejscu — oni sami z kolei być może uznali, że trzeba porozmawiać także o czymś innym, by nie zamęczyć i tak przybitego rozmówcy ani by nie wyjść na zafascynowane cudzym nieszczęściem sępy. – Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, że gdyby zginął premier Norwegii, dzwoniłabym po znajomych z kondolencjami. Zapewne rozmawialibyśmy o tym, ale żeby współczuć i czuć smutek za głową obcego stanu...? Żeby jeszcze zwykli Rosjanie mieli za co kochać Kaczyńskiego.

Przez moment miał wtedy ochotę z miejsca wszystko rzucić i złapać pierwszy pociąg do Rosji, żeby posiedzieć znów z nimi w przy stole, posłuchać ich rozmów, do których nigdy nie wciągali go na siłę – Ale przypomniał sobie, że potrzebowałby wizy.

Znów poodwiedzają z Iriną antykwariaty, pójdą do Twierdzy Pietropawłowskiej oraz do Pałacu Zimowego, staną przed pomnikiem Puszkina, a potem wrócą do domu Aksjanowów w dzielnicy Newskiej i Tatiana Iwanowna będzie próbowała wepchnąć w nich podwójne porcje obiadu. – Kto myśli o przyjaciołach pełnym imieniem i patronimikiem?

Odpisał krótko, że też się czuje dziwnie i nie za bardzo ma ochotę rozmawiać — ale dziękuje. Po wysłaniu wiadomości trochę żałował, że nie umiał ująć tego inaczej, że nie potrafił lepiej wyrazić wdzięczności za ten SMS, który wywołał lekki, pełen sympatii uśmiech — ale po prostu nie był w stanie wyjść poza pewne sformułowania, które do niego pasowały, a może do których on pasował — nie był w stanie i wiedział, że nie będzie. Podejrzewał jednak, że Olek potrafił prawidłowo odczytywać pewne rzeczy, wychwytywać to, co znajdowało się między wierszami; w końcu jako filolog powinien mieć tę umiejętność wyćwiczoną do perfekcji — i ta myśl Wiktora uspokajała. – Już widzę, jak się w przyszłości kłócą i jak Wiktor mówi „Jesteś filologiem, powinieneś był się domyśleć, o co mi chodzi!”

Boże, jakie to było męczące. Ty się męczyłaś, pisząc, ja się męczyłam, czytając, i budzi to we mnie jedno wielkie pytanie: PO CO. Po co pisać męczące opowiadanie o męczącym człowieku, samemu przy tym męcząc się aż przez sześć miesięcy? Co w tej historii jest na tyle ważne, że koniecznie musiało zostać zapisane i opublikowane? PO CO to wszystko?

Z Wiktora zrobiłaś mentalnego znerwicowanego, zgorzkniałego czterdziestolatka, który przeżył w życiu tyle rozczarowań, że nie oczekuje już niczego dobrego i tylko warczy na świat i ludzi. Równocześnie w jego historii nie pojawia się nic, co usprawiedliwiałoby tę woltę charakteru, wręcz przeciwnie. Wiktor potrafił nawiązać normalną, zdrową relację z Magdą, relację, która utrzymała się aż do pomaturalnego lata. Śmierć brata? Brata, którego Wiktor nie lubił, która nie zmieniła go natychmiastowo w pustelnika? Nie sądzę. Sceny balkonowe następują już po wypadku, a Wiktor jest podczas nich zrelaksowany, szczęśliwy, radosny. Nie uwierzę, że w parę miesięcy po wypadku jest mu tak dobrze, ale już w parę lat później nagle go to traumatyzuje.
Tekst jest wyraźnie podzielony na trzy części, pierwsza o Olku, druga to drobiazgowy opis mieszkania, a trzecia opowiada o młodości Wiktora. Na samym końcu zaś dorzucasz znowu jedno, w dodatku powtórzone, zdanko o Olku, którego jest za dużo i który jest wszędzie, jakbyś chciała mnie przekonać, że to taka klamra spinająca tekst.

Gryzł mnie ten Smoleńsk, bo jest tak bardzo od czapy w narracji, aż w końcu mnie olśniło: tobie chodziło po prostu o zakotwiczenie wydarzeń w czasie, a że pisałaś o konkretnym roku, to  i musiało się pojawić konkretne wydarzenie. Niestety, wyszło okropnie sztucznie.

Od strony pierwszej do ostatniej — Rozdział II: Strony środkowe

Mam wrażenie, ze Wiktorów w twojej opowieści jest dwóch. Jeden jest skrajnie asocjalny, rozkoszuje się tym swoim jedynym krzesłem, nigdy nikogo nie zaprasza do domu, nigdy do nikogo nie dzwoni, unika kontaktów ze społeczeństwem wręcz chorobliwie. Ten drugi jest całkiem normalny, umie nawiązać głęboką relację z drugim człowiekiem (Magda), szuka kontaktu nie tylko intelektualnego, ale też fizycznego (to nadstawianie się pod dłonie nauczycielki). Rzecz w tym, że póki co nie widzę w tym żadnego porządku. Wiktor jest normalny od urodzenia do liceum, teraz opisujesz obronę Olgi, na którą by nie przyszedł, gdyby był Asocjalnym Wiktorem (Awiktorem). Mieszkanie kupował już jako Awiktor, czy to znaczy, że chronologicznie kupił je po obronie Olgi?  Ale jeśli tak, to w Priamelu Olga nie powinna myśleć o nim z taką niechęcią jak o ostrydze, bo powinna pamiętać go sprzed domniemanej traumy.

Ciekawe, skąd właściwie Olek zna orientację Wiktora, skoro ten, niepytany, nie porusza tego tematu.

Uroczysty nastrój nadrabiało zielone sukno (...) ta zasiadająca przy obleczonym zielonym suknem stole komisja przypomniała mu własny egzamin – Czy to, że stół pokrywa zielone sukno, jest w jakiś sposób kluczowe, że tak to podkreślasz?

naraz poczuł dość intensywną tęsknotę za swoimi studiami, za swoim uniwersytetem, za swoją studencką przeszłością. Siedzenie w murach uczelni wywołało cały natłok wspomnień – Z jednej strony wiem, że bez tych wspomnień nie byłoby tekstu, ale z drugiej trochę współczuję Wiktorowi, bo to wygląda tak, jakby każda pierdółka mogła go przyprawić o wielogodzinne flashbacki.

porywały go i uwodziły głosy wykładowczyń, ich akcenty, ich zabawy zdaniami, ich malowanie obcymi słowami literackich obrazów. – Zastanawiam się, o czym ma świadczyć to wzdychanie do nauczycielek i wykładowczyń – nieuświadomionej tęsknocie za matką?

Na jaką cholerę WF tłumaczowi, czy on będzie podczas tłumaczenia grał w koszykówkę albo fikał koziołki? – Nikt boroczka nie uświadomił, że jeśli będzie cięgiem siedział po dwanaście godzin na dobę, to hemoroidy będą najmniejszym z jego zmartwień? Mackalnia bawiąc uczy, ucząc bawi: trzy linki o siedzeniu dla Wiktorów tego świata.

jego palenie było całkowitym obnażeniem własnej słabości. Takich rzeczy nie robi się przy ludziach. Do takich rzeczy nie przyznaje się wszystkim wokoło. Z takimi rzeczami nie paraduje się publicznie. // Takie rzeczy powinny się odbywać w ciszy, w ukryciu, w samotności. I tak się odbywały. – O tym, niemal identycznymi słowami, pisałaś już w pierwszej części.

zdawała się bardzo wyrazista, bardzo zdecydowana oraz bardzo silna. I taka właśnie była, musiał jej to dość szybko przyznać — a do tego miała do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy, dużo czytała i świetnie mówiła po rosyjsku. Lubił spędzać z nią okienka, o ile wypadały im w tym samym czasie, nie przeszkadzało mu też większe towarzystwo slawistów – Wiktor, opanuj się, wychodzisz z charakteru! :P

Następnego dnia pojechał do akademika, niechętnie, ale wiedział, że musi. Rozmowa z Anitą była krótka, ani przyjemna, ani łatwa; jakoś przeprosił, choć wytłumaczyć się w pełni nie umiał — bo nie potrafił ani nie chciał wypowiedzieć tego, co stanowiło wyjaśnienie sytuacji, nie przeszłoby mu to przez usta — i choć tak naprawdę te przeprosiny niczego nie dały, ani jemu, ani jej. Gdy wychodził, czuł ogromny żal, bo po tym wszystkim zdecydowanie nie było szans na kontynuowanie znajomości, tak samo jak z Magdą – Wciąż nie rozumiem, dlaczego, bo to znowu nie był związek definiowany przez seks.

to jest właśnie to, czego pragnął, że to jest właśnie to, co powracało wieczorami i nocami pod kołdrą, że to jest właśnie to, czego nie musi wspomagać żadnymi wyobrażeniami, bo to wszystkie te wyobrażenia spełnia — że to jest właśnie to, co tkwiło w nim od dawna, od bardzo dawna, i czekało na uwolnienie. Ból w trakcie i pewien dyskomfort podczas poruszania się nie miały znaczenia, ani wtedy, ani później. (...) Nie wiedział jeszcze, co powinien zrobić z tą wiedzą, ale oswajał się z nią, gdy obaj uspokajali oddechy (...) Poza samym momentem, gdy to się działo, bliskość Krzyśka peszyła i drażniła, przywoływała pewne niepokojące wrażenia – Jakie niepokojące wrażenia, skoro Wiktor wreszcie się uwolnił i nawet fizyczny dyskomfort mu nie przeszkadzał?

Zaczęło się z pozoru niewinnie: od propozycji wspólnego pójścia do kina, na spacer, na jakąś imprezę, do muzeum — akurat była wystawa dotycząca pierwszej wojny światowej, a tym okresem Krzysiek się pasjonował i z niego pisał magisterkę. Wiktor za każdym razem odmawiał — nie widział sensu takich wspólnych wyjść, nie rozumiał ich celu, nie miał na nie ochoty. Przy muzeum stwierdził, że Krzysiek może iść sam. – Oho, pojawia się Awiktor. Pojawia się w sumie znikąd, bo z Magdą oglądał filmy, z Anitą chodził na imprezy i nigdy nie pytał „po co”.

— Bo to moja ulubiona kuzynka — odpowiedział i sięgnął po swoje spodnie, leżące przy łóżku. — Zawsze się świetnie dogadywaliśmy i wiesz... jej powiedziałem. (...) — Po co ma mnie poznawać? — Pamiętał, że wtedy właśnie poczuł pierwsze ukłucie paniki. Coś było nie tak. Działo się coś niepokojącego. – Robisz tu z Wiktora jakąś emocjonalną kalekę, która cały czas żyła poza nawiasem społeczeństwa, a w ogóle to wychowywali go wilcy. Tak jakby będąc z Magdą, nie poznał też jej rodziny. Zresztą o, proszę: Z Anitą i paroma osobami, z jej roku i z jego grupy seminaryjnej, chodził mniej więcej raz na miesiąc do teatru, niekiedy też do kina. Było przyjemnie, zwłaszcza gdy następnego dnia mógł usiąść z przyjaciółką w bufecie lub na korytarzu i wymienić się nowymi refleksjami na temat spektaklu czy filmu. Ten okres wspominał jako jedyny tak obfitujący w wydarzenia towarzyskie i całkiem sympatyczny, choć trochę męczący.

Trochę sceptycznie podchodzę do wolty Wiktora. Możliwe, że gdy Krzysiek wyznał mu uczucie, Wiktor dopiero wtedy połączył wszystkie kropki układające się w napis „jestem gejem”, rozumiem, że bycie gejem mu nie leży i uważa to za skazę na charakterze. Ale nijak mi się to nie łączy z brakiem wstydu i samobiczowania się po pierwszej nocy. Tak jakby było okej uprawiać seks z chłopakami, ale dopiero głębsze uczucie stanowiło coś odpychającego. Sama nie jestem gejem, ale trochę mi to zgrzyta.

Zadbał o to — do nauki, pisania pracy i dotychczasowych tłumaczeń dorzucił jeszcze parę zleceń, nieważne, że wszystkie były strasznie banalne i jakoś nie sprawiały najmniejszej przyjemności — chodziło przecież o zajęcie czymś myśli. – Łaskawca! Zniżył się do pracy z banalnym tekstem. Jak też on sobie poradzi w samodzielnym, dorosłym życiu, gdy zwyczajnie będzie musiał się zajmować tekstami w większej mierze nudnymi i banalnymi?

Ja jestem normalny — powiedział po chwili cicho, bardzo cicho, i natychmiast pożałował, że nie powiedział tego jeszcze ciszej, bo w tym momencie w spojrzeniu rozmówcy zobaczył pogardę, potwornie zawstydzającą pogardę. Krzysiek zrobił dwa czy trzy kroki w tył, wsadził ręce w kieszenie spodni i uśmiechnął się w sposób doskonale pasujący do spojrzenia. // — Normalny — powtórzył takim tonem, że Wiktor w ogóle pożałował odzywania się. — Normalny, powiadasz. Kurwa, Wiktor, pierwszy raz w życiu widzę tak żałosnego tchórza. – Z tego, co nam do tej pory opowiedziałaś o Krzyśku, miał on świadomość, że jest dla Wiktora pierwszym partnerem, widział, że ten jest raczej skrytym człowiekiem, jeżem, i akceptował to. Dziwi mnie więc, że zamiast spróbować podejść do Wiktora ciepło, jak do tej pory, okazuje mu pogardę, zwłaszcza że teoretycznie go kocha.
Zresztą okej, nawet jeśli to było powiedziane w złości, to dziwi mnie, że Krzysiek po ochłonięciu nie próbował Wiktora znaleźć. Musiał przecież wiedzieć, że kto jak kto, ale jeż nie poczyni nigdy pierwszego kroku. Chociaż... Wiktor zdobył się na to, by przeprosić Anitę.

on nie był gejem, nie musiał się definiować za pomocą tego określenia, nie potrzebował się włączać do jakiejś grupy społecznej oznaczonej tą etykietką, nie zamierzał wiązać kilku(dziesięciu) swoich łóżkowych przeżyć z czymkolwiek, tym bardziej z czymś takim (...) Bo nie chciał stosować do siebie tych słów, tych określeń, tych definicji, nie chciał włączać się w jakąś szerszą grupę pasującą do tej etykietki, nie chciał tworzyć swojego wizerunku, samego siebie, swego „ja” w oparciu o słowo „gej” jako dominanty. – I znowu zaczynamy się kręcić w kółko i opisywać to samo odrobinę innymi słowami w odstępie kilku akapitów.

Plan miał już od początku trzeciego roku, ale rodzicom zdradził go dopiero po egzaminie — bo to był jego plan, jego sprawa i jego decyzja, najchętniej w ogóle by im nic nie mówił. Plan był prosty: zrobienie dwuletnich magisterskich studiów uzupełniających na filologii rosyjskiej, ze specjalizacją translatoryczną. – Nie do końca jego, jeśli za utrzymanie wciąż płacą rodzice.

Wiktor w końcu stwierdził, że musi wracać pod salę egzaminacyjną, pilnować swojej kolejki. Anita przyglądała mu się przez chwilę z namysłem, po czym oświadczyła spokojnie, wyciągając szczotkę z teczki: // — Pójdę z tobą. // — Poważnie? — zapytał z zaskoczeniem, a zarazem z nadzieją, że nie zmieni zdania. Jej obecność jakoś by wyciszyła te nerwy. – Dlaczego miałaby czyjaś obecność wyciszać nerwy Wiktora? Przy tak ostrej niechęci do kontaktu z kimkolwiek?

Z tamtego czekania na egzamin pamiętał jej obecność, uspokajającą i podtrzymującą na duchu; świadomość, że ona jest obok, że jest za drzwiami, pozwalała łatwiej zebrać myśli. – Ale naprawdę, dlaczego? Kłóci się to z tym wszystkim, co do tej pory o Wiktorze napisałaś. Mogłoby to sugerować, że Anita jest unikalnym płatkiem śniegu, ale nie dorzucasz nic więcej na poparcie tej tezy.

W każdym razie reszta studiów upłynęła w jeszcze milszej atmosferze, właśnie dzięki obecności Anity, która nawet zaczęła go trochę wyciągać z domu — do kina, do teatru, do muzeum, na spacer większą grupą — i z którą znów chodził, w sesji letniej, na egzaminy. We dwoje było raźniej. – Ta, niech to powie Krzyśkowi. Przecież te cyrki Wiktor odstawiał, zanim doszło do tematu deklaracji uczuciowych, kiedy jeszcze traktował Krzyśka jako kumpla. Kumpla, z którym się dobrze rozmawiało, w którego towarzystwie dobrze się czuł i który był inteligentny. I co, który z tych elementów czynił potencjalne wyjście do muzeum z Krzyśkiem czymś odpychającym?

Pomijając jednak takie niemiłe niespodzianki, samo prowadzenie samochodu bardzo się Wiktorowi spodobało, zmuszało bowiem do całkowitego skupienia się i odsunięcia od siebie niechcianych myśli. – Biedny Wiktor, mocno się rozczaruje, gdy dojdzie do wprawy w kierowaniu pojazdem.

Prawo, z którego nie korzystał przez kolejne parę lat, jeśli nie liczyć pożyczania na drugim roku rusycystyki samochodu od rodziców, by podjechać po Anitę, albo prowadzenia, gdy matka wyciągała go ze sobą na zakupy i podawała kluczyki z uprzejmym: „Prowadzisz, musisz się wprawiać”. Z matką jeździło się dobrze, nigdy nie panikowała i udzielała tylko sensownych porad — nie to, co ojciec, który co chwila marudził: „Nie za szybko, przed tobą ciężarówka... nie wjedź w nią... widzisz tych ludzi na chodniku?” – Jeśli Wiktor jeździł tylko z Anitą i matką, a i to niezbyt często, to kiedy ojciec miał szanse pozrzędzić mu nad uchem?

To był jednak ważny moment, te z trudem dopinane spodnie, to przybranie na wadze, nawet jeśli niewielkie i krótkotrwałe — ważny, bo wtedy właśnie Wiktor zrozumiał, że kontrola nad własnym życiem musi obejmować wszystkie tego życia elementy i że na różny sposób można tę kontrolę stracić. Nie życzył sobie nadprogramowych kilogramów ani „wielkiego brzucha podbiurkowego”, który czasem przepowiadała mu matka, by zachęcić do wyjścia z domu; nie życzył sobie po prostu utraty kontroli nad własnym ciałem. – Cześć, Wiktor, wiesz, że w sumie to powinieneś zostać anorektykiem, bulimikiem lub ortorektykiem z tą obsesyjną potrzebą kontroli wszystkiego, włącznie z własnym ciałem, połączoną z brakiem samoakceptacji?

Ostatni rok studiów przeszedł zatem w spokoju; magisterka posuwała się szybko do przodu, pieniądze za tłumaczenia wzrastały na koncie — chyba dopiero wtedy do Wiktora dotarło, jakie ma dobre warunki: mieszka z rodzicami, do niczego nie musi się dokładać, wszelkimi pieniędzmi, czy z tłumaczeń, czy z otrzymywanego co roku stypendium, dysponuje wyłącznie według swojego uznania, a do certyfikatów matka zawsze mu się dokłada, twierdząc, że to ich — czyli jej i ojca, zawsze starała się w to wciągnąć i ojca — rodzicielski obowiązek inwestować w wykształcenie dziecka. – No, musieć pewnie nie musiał, ale ze zwykłej przyzwoitości wypadałoby nie pasożytować, mieszkając pod jednym dachem.

Wiktorze, czy masz długopis? — padło bardzo ciche pytanie. // Drgnął. Szept Seweryna wyrwał go z zamyślenia — i trochę podrażnił, bo Seweryn był jedną z niewielu znanych Wiktorowi osób, które używały na co dzień wołacza imienia (...)  — Mam — odszepnął i podał długopis, starając się odsunąć od siebie wspomnienie pierwszego wieczoru sympozjum, gdy Seweryn wręczył współlokatorowi klucze, powiedział: „Zostawię ci klucze od boksu, Konstanty” – A nie mówiłam? Co oddech to flashback.


Wiktor się na tym nie znał, zresztą wolał oczy ciemne... przynajmniej można było łatwo określić ich kolor. – No nie wiem, chyba równie trudno jest określić, czy ktoś ma oczy ciemnobrązowe czy jednak czarne albo czy brązowe, czy piwne.

Tuż przed sobą widział wąski pas trawy, który naraz gwałtownie opadał pod ostrym kątem, a dalej, w dole, świetnie widoczną z tej perspektywy i łudząco bliską — Odrę. (...) Wiktor przyglądał się tej pozorującej bliskość niebieskiej Odrze – Ta odległość to ok. 250 metrów, więc naprawdę całkiem blisko.

Wiktor przyglądał się tej pozorującej bliskość niebieskiej Odrze (...) popatrzył na Odrę — tego dnia ciemnoniebieską (...) w takie dni jak ten, gdy słońce mocno świeciło, po niebie przesuwały się małe chmury popychane lekkim wiatrem, a mewy skrzeczały w oddali, woda błyszczała niebiesko (...) Odra zrobiła się niemal błękitna, z domieszką zieleni oraz bieli. – Czytelnik przypomina, że nie cierpi na sklerozę.

Do tego były blisko — z ulicy Robotniczej, na której mieszkał, wystarczyło wsiąść w szóstkę i przejechać nią siedem przystanków. – 250 metrów to daleko, ale siedem przystanków tramwajem już blisko?

W to słoneczne przedpołudnie w połowie czerwca Wały Chrobrego nie były jeszcze zaludnione; po krótkim spacerze Wiktor usiadł jednej z ławek znajdujących się za lewym pawilonem przy tarasie widokowym. (...) Wiktor z przyjemnością rozejrzał się w obie strony — żadnych ludzi na sąsiednich siedziskach; był zupełnie sam: piaszczysty obszar, obsadzony na zmianę to ławką, to drzewem, należał w zupełności do niego. Tuż przed sobą widział wąski pas trawy, który naraz gwałtownie opadał pod ostrym kątem, a dalej, w dole, świetnie widoczną z tej perspektywy i łudząco bliską — Odrę. (...) przycumowanym przy nabrzeżu statkom: restauracyjnej Ładodze, długiej, białej i eleganckiej, sporemu, niebiesko-białemu Nawigatorowi XXI, należącemu do Akademii Morskiej oraz kilku łodziom. Lubił statki — miały w sobie specyficzny spokój, spokój wynikający z ich rozmiarów, ciężaru, pewnego osadzenia na wodzie; te przy Wałach znał już z widzenia tak dobrze, że traktował jako stały element pejzażu, bez którego nabrzeże wydawałoby się niepełne i pozbawione części uroku (...) przy tak ładnej pogodzie i o tej porze, jeszcze wolne od gromady ludzi, stanowiły sympatyczne miejsce (...) Wiktor przeszedł się chwilę nabrzeżem, popatrzył na Odrę — tego dnia ciemnoniebieską, odbijającą słońce w jaśniejszych załamaniach na tafli wody — po czym przeciął ulicę, minął fontannę, szybko wszedł po schodach prowadzących na taras i na górze Wałów poczuł się swobodniej. Spojrzał z sympatią na okrągłe, jasne pawilony, na podtrzymujące ich spiczaste, zielonkawe kopuły dachów kolumny, które stały parami w równej od siebie odległości, jakby udawały przestronne okna (...) Przyjemnie się przebywało na tarasie widokowym, gdy prawie nie było ludzi; przyjemnie się też siedziało na ławkach za pawilonem, zwłaszcza w panującym teraz półcieniu. Tutaj Wiktor miał dobry widok i na usianą gdzieniegdzie statkami oraz barkami Odrę, i na dolną część Wałów, po której co jakiś czas przejeżdżały tramwaje lub samochody, i na rybaków łowiących na nabrzeżu. (...) Wiktor przeszedł się wzdłuż budynków w tę i z powrotem, nim wreszcie usiadł na ławce, przepełniony już specyficzną atmosferą tego miejsca. Polubił Wały Chrobrego od razu (...) Rzeczywiście, to było przyjemne; z reguły dojeżdżał tramwajem, nie tylko dlatego, że nie miał ochoty szukać dobrego miejsca na zaparkowanie ani w ogóle obciążać się samochodem, ale też dlatego, że tramwaj dawał poczucie kameralności — to tak blisko, parę przystanków szóstką – Umrę, zanim przebrnę przez ten opis. Zobacz, jak kręcisz się w kółko, ile razy podajesz te same, nieistotne informacje.

Wiktor znał jeszcze jedno oblicze Odry — oblicze, które pokazywała tylko wtedy, gdy do niej podchodził, gdy stawał na nabrzeżu, gdy czasami przysiadał na jednym z żółtych polerów, do których mocowano cumy statków. Było to oblicze głębokiej, spokojnej w swych najniższych partiach, ciężkiej, zbitej i miażdżącej masy – Skąd on może wiedzieć, jaka jest Odra w najniższych partiach, przecież tam nie nurkuje.

Przyglądał się tej fałszywej powierzchni, kołyszącemu się łagodnie lustru weneckiemu, które nie pozwalało dojrzeć niczego pod sobą — i czuł, jak to go uspokaja: i ta zdradliwie równa płaszczyzna morska – Morska? Odra nie jest morzem…

Bałtyk, jak uświadomił sobie za którymś razem, był łagodniejszy, cieplejszy, bardziej otwarty, przynajmniej ta część, którą Wiktor znał; Odra była złośliwa, humorzasta i zazdrośnie chowała swoje sprawy w samej sobie. – Co. No dobrze, złożę to na karb bardzo, BARDZO subiektywnych odczuć. Takich, które opierają się na wyobrażeniach obserwatora, a nie na rzeczywistości.

Może dlatego tak ją polubił. Może dlatego tak lubił siedzieć blisko niej, wdychać jej zapach – *przypomina sobie chlupoczące ekskrementy, rozkładające się ryby, bliskość fabryki paprykarza i całą resztę syfu, który widziała w Odrze – zaiste, boskie aromaty to wszystko wydzielało* Zresztą spodziewam się, ze żadna z rzek przepływających przez duże miasta nie pachnie różami.

Może dlatego łatwiejsze się okazało polubienie tego miasta — bo szybko zaczął dostrzegać wokoło cechy związanej z nim rzeki. – Nie bardzo rozumiem. Zaczął widywać cechy rzeki, chodząc po mieście?

To dzięki Anicie ruszyła cała machina prowadząca ostatecznie do Szczecina; ileż on zawdzięczał w swoim życiu kobietom, te najważniejsze sprawy wiązały się zawsze z którąś z nich — i tym bardziej przykra była świadomość, że nie potrafił im odpłacić, nie tak w pełni. – Znaczy że jedyną formą zadośćuczynienia kobiecie jest seks? Aha.

Tamto spotkanie ze Szczecinem nie wypadło zbyt dobrze. Pierwszym szokiem był czas dojazdu: bezpośredni z Gdańska do Szczecina potrzebował ponad pięciu godzin. – A zszokowało go to, bo? Nie pojechał samochodem, bo?

Jeżeli zostawał w domu, miał spokój gdzieś tak do południa, bo potem gospodarze robili się towarzyscy i zapraszali to na drugie śniadanie, to na ciasto, to na obejrzenie powtórki „Klanu” na Jedynce; musiał jednak przyznać, że karmili dobrze, chociaż ciasta często były zbyt ciężkie i słodkie jak na jego gust. – Problemy pierwszego świata tak bardzo.

„To mówicie na mnie »Dorota«, tak mam na drugie”. Po pewnym czasie nikt już nie pamiętał, że Dorota to w rzeczywistości Bożena, więc gdy przychodziły jakieś dokumenty, informacje czy polecenia dla „pani Bożeny Osińskiej”, niemal każdy w pierwszej chwili stwierdzał: „Taka tu nie pracuje”. – Chcesz powiedzieć, że nazwiska też nikt nie pamiętał, mimo że biuro nie jest duże?

Fraza „moja powieść do przetłumaczenia” jakoś się nakładała na frazę „moje nowe miejsce zamieszkania” i dodawała tej drugiej uroku. – Ale to nie była jego powieść. „Moje tłumaczenie powieści” mogłoby pasować lepiej.

Wiktorowi nie przeszkadzały ich kremy do depilacji przy wannie ani dyżurna paczka podpasek przy ubikacji — koniec końców, damska fizjologia to damska fizjologia, czy ta paczka robiła mu krzywdę? — a one nie podbierały jego żyletek. – O ile jeszcze – z wielkim wysiłkiem – mogę przyjąć, że błąkają się jeszcze po świecie panowie, którzy dostają wysypki na widok pudełka podpasek, o tyle idea, że obca kobieta miałaby chcieć podbierać męskiemu lokatorowi żyletki jest... dziwna.

Pozostawało jeżdżenie mniej więcej trzy razy w tygodniu do kafejki internetowej, spędzanie tam paru godzin, a następnie wracanie do mieszkania i patrzenie z ponurą miną na bezużyteczną ikonkę Mozilli. Na Komuny można było spokojnie i do woli grzebać w ulubionych stronach, dzięki czemu laptop znów stał się niezmiernie bliski. – Skoro już mieliśmy masę opisów masturbującego się Wiktora, jedne gejseksy, dwa zbliżenia hetero, to aż dziwne, że nie było jeszcze ani wzmianki o Wiktorze odkrywającym strony z gejowskim porno.

Pewnego wieczoru na początku kwietnia Wiktor, po odpowiednich przesiadkach autobusowo-tramwajowych plus mały spacer – Kim, czym? Przesiadkach. Kim, czym? spacerze.

miał już swoje szczególnie lubiane miejsca, z Wałami na czele (...) Wały Chrobrego, na których lubił przebywać (...) Wały Chrobrego, które Wiktor od pierwszego zwiedzania uznał za najciekawszy punkt miasta (...) Wały nie tyle lubił, co lubił ogromnie, przywiązał się do nich; stanowiły jedną z najładniejszych części Szczecina (...) Polubił Wały Chrobrego od razu, gdy tylko pierwszy raz je zobaczył (...) Wały Chrobrego trochę kojarzyły się ze Starówką w Gdańsku, a przy tak ładnej pogodzie i o tej porze, jeszcze wolne od gromady ludzi, stanowiły sympatyczne miejsce – Czyli jak miliard razy podać tę samą informację.

W pewien wieczór pod koniec kwietnia, zamiast dać się sprowokować do kolejnej pyskówki, uprzejmie poinformował, że zabawa się skończyła. Na pożegnanie otrzymał garść niedorównujących jego uprzejmości informacji o tym, jaki był kiepski w łóżku. // To chyba miało zaboleć, ale Mariusz trafił kulą w płot. Wiktor nie miał złudzeń co do swoich zdolności w tym zakresie — wszystko, co było dobre z Krzyśkiem, było zasługą wyłącznie Krzyśka, sam doskonale o tym wiedział — więc tylko uśmiechnął się ironicznie, po czym odpłacił o wiele kulturalniejszą i o wiele trafniejszą uwagą co do pewnych... gabarytów rozmówcy. – „A ty masz małego” jak przykład kulturalnej i trafnej uwagi? Aha. Już nie mówiąc o tym, ze na to nie ma się wpływu, a na umiejętności łóżkowe przynajmniej w pewnym stopniu owszem (nie żeby oba pojazdy nie były żenujące).

W pewnym momencie zaczął marzyć o zupełnie własnym mieszkaniu; dziewczyny były miłe i nie przeszkadzały, ale jednak zapragnął czegoś, o czym mógłby myśleć „Tylko moje”, gdzie mógłby się schować całkowicie; w końcu miał prawie dwadzieścia sześć lat, skończone studia i pracę, a mieszkał na stancji jak student. – Zastanawiam się, ilu z naszych dorosłych czytelników spojrzy na to zdanie z pewnym brakiem zrozumienia :P.

Podczas czytania Wiktorowi nakładały się momentami fragmenty możliwych tłumaczeń na słowa oryginału; chwilami uderzało coś niepokojącego, zdecydowanie zbyt bliskiego temu, co znał z własnego życia; przede wszystkim jednak porywał ten realizm magiczny, ten klimat miasta, ten rytm języka. Praca nad przekładem była fascynująca, szczerze żałował momentu, gdy zapisywał ostatnie słowo. – Aha. Wiktor tłumaczy Aksjanowa, odnajdując w tekście kawałki przypominające mu własne życie – i nic. Wiktor tłumaczy Ku Stronom, odnajdując w tekście fragment dotyczący liceum, i spędza wieki na flashbackach. Węszę kłopoty z konsekwentnym prowadzeniem postaci.

Ja wam chciałem najpierw, Wiktorze Stiepanowiczu, dziękować za taki piękny polski... polską wersją mojej powieści. – Naprawdę mnie to frapuje, bo sugeruje, że pisarz ma w zwyczaju w pierwszych zdaniach pytać o imiona rodziców rozmówcy.

Wiktor nie lubił pociągów, nie znosił nimi jeździć, zawsze chwytała go jakaś dziwna panika, że ta sterta stali w najmniej oczekiwanym momencie wyskoczy z torów i sprasuje się gdzieś niczym harmonijka. – Ponawiam więc pytanie, dlaczego do Szczecina nie pojechał samochodem.

Trochę się zastanawiam nad prawdopodobieństwem tego publicznego okazywania sobie uczuć przez Irinę i Maszę, i to, że autora książki spotkały nieprzyjemności wyłącznie ze strony znajomych – zdaje się, że w Rosji klimat jest bardzo nieprzyjazny homoseksualistom.

Jej, dobrnęłam do końca. Brawo ja! Umęczył mnie ten tekst koszmarnie. Pomijając już boleśnie pełne powtórzeń opisy, okropna jest niekonsekwencja w prowadzeniu postaci Wiktora. Zachowuje się tak, by było wygodniej dla fabuły. Z osobą X pójdzie do kina z przyjemnością, bo trzeba zaznaczyć, że czasem lubi towarzystwo ludzkie, z osobą Y nie pójdzie i wykaże kompletny brak zrozumienia, jak można do kina chodzić inaczej niż pojedynczo – bo akurat trzeba podkreślić, że tu Wiktor wypiera się swojej tożsamości. Gdy to potrzebne, jest w stanie spędzić i cztery godziny na rozmowie, gdy nie, okazuje się, że z telefonu korzysta dwa razy w roku. Jego kolejne zachowania nie wynikają z poprzednich, rozwija się, jeśli w ogóle, to w szarpany, nierówny sposób. Do tego naprawdę nie rozumiem, co jest twoim zdaniem w tej historii na tyle fascynującego, by poświęcić jej aż trzy długie rozdziały.

Czwarte uderzenie

Dziwię się, że Andrzej z homofobią spotkał się dopiero w przedostatniej klasie liceum i to tylko ze strony jednej osoby.

Jednym z powodów – nie jedynym, lecz mającym swoje znaczenie – dla których rzucił go pod koniec pierwszego semestru trzeciej klasy, było właśnie to wrażenie, że Marcin trochę za dużo widział, trochę za dużo się domyślał i trochę za dużo wiedział na jego temat. Taka myśl wywoływała niezły dyskomfort i po zerwaniu Andrzej uznał, że to niesamowita ulga, pozbyć się kogoś, kim już się znudził, kto mu już działał na nerwy i kto już trochę za dobrze się orientował w jego różnych sprawach.  – Powtórka z Wiktora? Po co ci aż dwie postaci z lękami na tle odkrywania tożsamości?

Nie po to, darł się, płacił za te jego dżuda, boksy i inne głupoty, żeby teraz głupi gówniarz rozwalał pyski innym głupim gówniarzom. – Huh, nie wiem, czy przemocowiec nie czułby właśnie ponurej dumy z tego, że wychował „prawdziwego mężczyznę, a nie mięczaka jakiegoś”.

Scena bójki z ojcem jest bardzo ładnie opisana, ale... Andrzej musiał osuwać spodnie i gacie do kolan, gdy ojciec bił go po tyłku. Andrzej odwija się pomiędzy uderzeniami, wyprowadza cios, potem kolejne... ale te spodnie powinny mu jednak krępować mocno ruchy, a już na pewno uniemożliwić kopnięcia i przeskoczenie przez stół.

Ale teraz – teraz, gdy już wiedział, że może być zupełnie spokojny i pewny swego, gdy już wiedział, że wszystko mu się uda, gdy już wiedział, że to tylko kwestia śmiesznych kilkunastu miesięcy – teraz wiedział też, że wytrzyma, znajdzie w sobie dostatecznie dużo cierpliwości, siły i opanowania, by dotrwać do matury (...)  Teraz już wiedział, że wytrzyma. Teraz już wiedział, że starczy mu sił, chęci, energii, cierpliwości, zawziętości, zdolności. Dotrwa do matury, zda ją, zda egzamin na studia, wyjedzie i nigdy więcej nie wróci. – Nowa jakość, tylko raz w ciągu tekstu powtórzyłaś podane wcześniej informacje.

Nie wiem, czy to przez kontrast z tekstem o Wiktorze, czy brak męczących opisów mieszkania, wartką akcję i zwięzły tekst, ale to opowiadanie czytało mi się bardzo szybko i płynnie. Może gdybyś przycięła epopeję życia Wiktora do tych rozmiarów, to też stałaby się znośna?

Włóczykij polski — Rozdział I: Czas Wielkiej Ucieczki

Ciocia rozumiała, chociaż się martwiła — bo wracał późno, bo chodził nie wiadomo gdzie, bo raz go zgarnął tępy policjant i potem był cały cyrk z odbieraniem na posterunku. Po tamtym wypadku Michał nauczył się trzech rzeczy: nie rozmawiać z glinami, bo to ironii ani niczego wymagającego myślenia nie zrozumie – Mam dziwne wrażenie, że kibicowałabym raczej policjantowi, jak tak sobie pomyślę o tym, co nastolatki zazwyczaj uważają za ironię… To, jak Michał się wyraża o policjancie i to przenoszenie doświadczeń z jednostką na całą grupę nie świadczy o nim najlepiej.

Wyjazdy zaczęły się od pierwszego roku studiów — a ściślej od pierwszego roku po maturze (...) przygotowywał sobie teren: składał nowe artykuły w redakcjach, wypisywał urlop, uprzedzał, że go nie będzie, zgodnie z tym, co zostało wcześniej ustalone. W takich momentach szczególnie mocno doceniał swój tryb życia i swoją pracę — kawałki etatów, gazety internetowe i periodyki literackie, konieczność dostarczania tekstów z wyprzedzeniem, sporadyczne pisanie do paru zwykłych gazet oraz „Zachodniopomorską Fantastykę Współczesną”, w której zakładaniu brał dwa lata temu udział i gdzie miał trochę więcej do powiedzenia, więc kwestię marcowego znikania mógł załatwić bez problemu. – No dobrze, pracę sobie poustawiał, ale studia? Kto wybaczy studentowi dziennemu trzy tygodnie nieobecności?

Mikołaj z tą swoją pretensją, że ktoś ma nienormowany czas pracy zamiast układu od-do, że ktoś pracuje na różnych częściach etatu zamiast na jednym całym, że ktoś ma priorytety odmienne od jego. – Oho, widzę, że motyw sporu o etatowość jest u ciebie dość ważną kwestią, skoro pojawia się w kolejnym opowiadaniu.

Sprzątał dokładnie swoje mieszkanie: zbierał i segregował wszelkie notatki, dokumenty, książki i czasopisma; wykorzystane już materiały palił nad zlewem – Przeciętny student przerabia w ciągu roku tyle kserówek, notatek i innych papierzysk, że chyba trzeba by wezwać do tego straż pożarną. Nie łatwiej wynieść na makulaturę?

Znajdował tam drobiazgi, których w pierwszej chwili nie umiał lub nie chciał wyrzucić: notatkę, pocztówkę, program spektaklu teatralnego, jakiś prezent (...) Wyrzucał, wszystko wyrzucał, wyrzucał bez cienia żalu, z ogromną ulgą, że w końcu się od tych rzeczy uwalnia – A potem się słyszy, że ktoś znajduje w śmieciach fortunę. ;)

jedno opakowanie trzymetrowego plastra z opatrunkiem – Trzymetrowy plaster? Bandaż, okej, ale plaster...?

Po chwili odłożył też namiot — bez przesady, nie będzie wbijał palików w zmarzniętą ziemię, na pewno znajdzie jakiś nocleg, jak zawsze; od biedy prześpi się i na dworze, w końcu po coś bierze ten koc. Dwa lata temu nosił namiot jak głupi, a rozbił tylko raz, bo z reguły nie chciało mu się użerać z tym całym majdanem. Lubił spać na świeżym powietrzu — lubił niskie temperatury, chłód, nawet lekki mróz, zdecydowanie lepiej to znosił niż gorące lato — lubił też wędrować w nocy, a spać za dnia, więc wcale nie było powiedziane, że miał w nocy marznąć. Wiatr? Na wiatr wystarczy założyć koszulę i sweter oraz owinąć się porządnie kocem, natomiast nie trzeba będzie się martwić, czy silniejszy podmuch nie wyrwie któregoś śledzia. A deszcz? No strasznie zmoknie w kurtce z kapturem. I te deszcze będą lały non stop, rzeczywiście. Nie, jedzie bez namiotu, namiot jest dobry na lato (...) Jedna dodatkowa koszula wystarczy, skoro jest jeszcze sweter; skarpetek sobie nie żałował, bo w nocy zawsze najbardziej marzły mu stopy; przez moment zastanawiał się nad drugą parą butów, ale odpędził tę myśl — jego może i stare, ale mocne i podbijane metalem glany na pewno wytrzymają. – Jeśli ziemia jest zbyt zmarznięta, by wbić w nią śledzie, ale ktoś tu planuje spać na cienkim polarowym kocyku (który cienki być musi, by równocześnie być wielką płachtą i mniejszy objętościowo od śpiwora), to można mu już w zasadzie przyznać nagrodę Darwina. Taki koc wraz ze swetrem nie osłonią od wiatru. A podbijane metalem glany będą dodatkowo chłodzić.  Jeśli nie przeszkadza mu wiatr, deszcz ani zimno, to po kiego diabła mu namiot latem? Swoją drogą to spanie pod gołym niebem w mrozie mocno mi śmierdzi, a już „deszcz mi nie straszny, bo mam kurtkę” jest zwyczajnie głupie. No chyba że ta kurtka to tak naprawdę płaszcz, który go okrywa od stóp do głów i nic a nic nie wyziębia…

Plecak — stary, za czasów swej młodości szarozielony, a obecnie szarobury, z kilkoma naszytymi łatami i paskami, które Michał parę lat wcześniej własnoręcznie wzmocnił poprzez doszycie drugiej warstwy materiału – Po tym opisie wyobrażam sobie ten plecak, jako coś takiego 

Ma to swoje zalety, ale nie jest szczególnie wodoodporne, więc już widzę, jak Michał śpi na deszczu i wszystko, co ma w plecaku, mu kompletnie przemaka.

Jazda zatłoczoną do granic możliwości osiemdziesiątkąjedynką, wypełnioną studentami zbitymi ciasno niczym sardynki w puszce, przypomniała Michałowi kilkumiesięczny okres studiowania na Krakowskiej. Niecałe pięć lat temu też się tłoczył w tym autobusie — w tym albo w sześćdziesiąt jeden, a czasem w sześćdziesiąt jeden bis, które jeździło tylko z samego rana i trochę po południu, do tego zawsze było krótkie i z reguły podjeżdżało tuż po sześćdziesiątcejedynce, którą zdążyła już odjechać zgnieciona gromada zniecierpliwionych i podejrzewających, że bis nawali, studentów. Michał ogromnie lubił jeździć autobusami i tramwajami, ale nie z cudzymi rękami, nogami, głowami, plecakami, a niekiedy i notatkami wbijającymi się w różne części ciała; szybko więc zmienił trasę wstępną i zamiast w czasie tamtych studiów dojeżdżać jakimkolwiek tramwajem ze Sprzymierzonych do Narutowicza, cofać się kawałek do przystanku autobusowego i tam wsiadać w puszkę sardynek na kółkach, łapał najpierw jadącą w drugą stronę czwórkę, dojeżdżał do Bramy Portowej, przechodził kawałek i na placu Zwycięstwa wsiadał do jeszcze w miarę luźnego autobusu. Wcześniejszego wyjścia z domu, pewnego nadłożenia drogi i okrężnej wersji dojazdu gratulował sobie w duchu dwa przystanki później — gdy na placu Kościuszki gromada jego rówieśników próbowała za wszelką cenę rozpłaszczyć się na innych pasażerach, oknach i drzwiach, byle tylko zmieścić się w pojeździe. Wprawdzie Michałowi nie zawsze udawało się dojechać na uczelnię na siedząco, ale nawet jeśli musiał wstać, miał szczęście — był w środku, nie na zewnątrz, i nie znajdował się przy drzwiach, dzięki czemu nie groziła mu konieczność wysiadania, by przepuścić kogoś z tyłu, co mogło się skończyć pozostaniem na przystanku, gdy inni oczekujący tam ludzie rzucali się gwałtownie do wejścia, zanim „wcześniejsi” pasażerowie wsiedli z powrotem. – To fascynujące. Czy czytelnikom naprawdę jest potrzebny do szczęścia szczegółowy rozkład komunikacji miejskiej? To wygląda tak, jakbyś tak bardzo chciała się pochwalić znajomością sieci szczecińskich tramwajów i autobusów, że za wszelką cenę chciałaś to wcisnąć do opka, bez względu na okoliczności. To też dość typowe dla Musivum, że główny bohater jest jedyną osobą zdolną do sprawdzenia rozkładu celem uniknięcia tłumów w godzinach szczytu.

jechał jako jedna z sardynek, z łokciem jakiejś niewysokiej blondynki w okolicach żeber i woniejącym tuż przy nosie przedawkowaną wodą po goleniu karkiem krótko ściętego szatyna – Kark z własnym nosem, który jest obwąchiwany przez Michała.

Nie skomentował, lecz z pewnością przez kolejne dni oczekiwał następnych odwiedzin, ponieważ teraz powiedział spokojnie, z czymś pomiędzy irytacją a rezygnacją: // — Ty znowu. // Tylko tyle. Bo rozumiał, bo się pogodził, bo akceptował, bo szanował — nawet jeżeli wstał nieco ciężko, jakby musiał wykonać coś niemiłego, ale niezbędnego, jakby z oporami przystępował po raz kolejny do całego rytuału, od którego mimo wszystko nie zamierzał się wymigiwać. Umiał uszanować cudzą przestrzeń. Ba, sam w sobie był swoistą przestrzenią — przestrzenią wolności, bycia tym, kim się było, niezależności i zachowania osobistego terenu. – Ta irytacja, ciężkość i rezygnacja faktycznie świadczą o szacunku, że ho ho. Znowu przypomina mi się Gaba z Borejków.

I tylko z Sebastianem można było dalej wytrzymać. Dlatego w niektóre dni Michał przesiadywał u niego od rana do wieczora — bez słowa, bez spojrzenia, bez gestu, niewyrywany ze swojego zamyślenia, czytania lub pisania, zaopatrywany w herbatę i kanapki tak mimochodem, niezobowiązująco i nienamolnie, jak to tylko u Sebastiana było możliwe. Dlatego w inne dni zamykał się na cztery spusty we własnym mieszkaniu i ograniczał się do napisania krótkiego SMS-a, na który dostawał odpowiedź pozbawioną wymówek w rodzaju „Ale co ty się znowu nie odzywasz i chowasz?”, „dobrych rad” w stylu „Weź się ogarnij i nie wygłupiaj” czy ultimatum typu „Albo natychmiast oddzwonisz, albo nie dzwoń do mnie w ogóle”. SMS-y Sebastiana zawierały podstawowe wytyczne: „Jedz, co masz w lodówce, i nie wysiaduj dupskiem podłogi, bo się przeziębisz” oraz podstawowe zapewnienie, że Sebastian zawsze jest: „Jakby co, dzwoń, pora dowolna”. To wystarczało. Na jakiej zasadzie Sebastian wiedział, że to wystarczało, trudno powiedzieć — ale wiedział i to było najważniejsze. (...)   — To chyba ja jestem tą stroną, która marudzi — odparł Sebastian z lekkim rozbawieniem. — W porządku. A tak żeby przywrócić harmonię, to do ciężkiej cholery, telefon mógłbyś wziąć. Chyba masz go tam czasem gdzie doładować? // — Nie mam. — Michał wsadził ręce w kieszenie kurtki. — Zresztą jakbym wziął telefon, to przecież cały sens by pieprznął i równie dobrze mógłbym zostać w domu. // — Żebyś ty chociaż jechał w jakieś jedno stałe miejsce — podjął przyjaciel, odłożył teczkę na najmniejszy stos książek na półokrągłym stole i dorzucił: — Musisz się szwendać po jakichś zapadłych wsiach na drugim końcu kraju, żeby cię tam gdzieś szlag trafił? Albo mógłbyś chociaż czasem zadzwonić z automatu czy chociaż wysłać pocztówkę, głupie „Żyję, rudy świr” by wystarczyło. // — Co ty? — roześmiał się. — Nadrabiasz błyskawicznie tegoroczne zaległości w ciosaniu mi kołków na głowie? // — Bo mnie te twoje coroczne wędrówki wyprowadzają z równowagi — oświadczył Sebastian poważnie. — Jesteś jak jakiś marcowy kocur, tylko zamiast latać za dupami, ty latasz po najbardziej zapadłych dziurach w tym kraju, byle najdalej od ludzi. – Przeznacz jeden akapit na przekazanie czytelnikowi, że Sebastian jest super, bo nie robi wymówek. Przy pierwszym wprowadzeniu na scenę Sebastiana napisz mu dialog składający się z wymówek w większości.

— Laptop, dokumenty — wyliczył Michał, podawszy mu teczkę — moja komórka, wyłączona, więc nikt nie będzie zawracał ci dupy, między notatkami jest to upoważnienie, o które mi zawsze trujesz, klucze do mieszkania i malucha, i oczywiście przenośny dysk. W swoim pudełku. – Dlaczego Michał znosi swoje rzeczy, takie jak notatki, laptopa i twardy dysk do Sebastiana? Nie przetrwają trzech tygodni w pustym mieszkaniu? Tak się paranoicznie boi kradzieży?

W wagonie, do którego wsiadł, zajął pierwszy przedział z wolnym miejscem przy oknie — to był niezbędny element, możliwość wpatrywania się w krajobraz – Ciekawa jestem, co robił, gdy miejsca przy oknie były już zajęte.

Otworzył jedno z okien i przyglądał się ludziom na peronie; wiedział, że trochę zawadza kolejnym wsiadającym, którzy musieli przeciskać się koło niego z walizkami, ale nie zwracał na to uwagi – Pewnie, co się będzie jakimiś tam ludźmi przejmował.

Włóczykij polski — Rozdział II: Na lądzie, w wodzie i w powietrzu

To zawsze był impuls. Michał przyglądał się stacjom, na które wjeżdżał pociąg — im mniejsze, bardziej zapuszczone i bezludne, im zabawniejsza i nieznana ich nazwa, im skromniejsza liczba wysiadających i wsiadających osób, tym lepiej. Przy którymś postoju zjawiało się uczucie, że tak, tu, teraz — chwytał więc swoją kurtkę i plecak, rzucał krótkie „do widzenia” współpasażerom i szybko opuszczał pociąg. Żegnał go zaraz gwizd lokomotywy oraz stukot kół — im bardziej nieważna stacja, tym przecież krótszy postój. – Dlatego też normalnie ludzie ustawiają się przy wyjściu, zanim pociąg dojedzie do stacji – żeby zdążyć wysiąść.

To zawsze był impuls. Naraz — gdy już odetchnął pełną piersią — zaczynał biec, zupełnie znienacka, sam w pierwszej chwili zaskoczony faktem, że to właśnie ten moment. Biegł bez rozeznania, byle przed siebie (...) Chwilami zamykał oczy i pędził zupełnie na oślep, radośnie gubiąc wszelki kontakt z otoczeniem; jedynie uderzenia podeszew o podłoże były dobre, im szybsze, tym lepsze. – Wpadając pod samochód, spadając z klifu, nadziewając się na dzika albo choćby bezpańskiego psa czy wtykając sobie gałęzie prosto w oko.

W jakiejś chwili nogi same się zatrzymywały – gwałtowne, nieprzewidziane wyhamowanie, aż ścieżka wydawała z siebie żałosny pisk; Michał ciskał plecak na ziemię, po czym też na nią padał, na wznak, z szeroko rozłożonymi rękami i nogami, z głową zanurzoną w trawach. Za każdym razem — sam nie wiedział, na czym polegała ta regularność — kończył swój wyzwoleńczy pęd na jakiejś polanie albo łące – W ciepłym krowim placku na przykład.

Pomiędzy drzewami można odnaleźć głęboki spokój (...) Jest tylko tu i teraz: pnie, liście, mech, wiewiórka przebiegająca gdzieś między konarami, jej wielka, ruda kita migająca wśród zieleni i brązu; szaroniebieskie kawałki nieba przebijające pomiędzy drzewami, słabe promienie słońca; intensywny zapach żywicy, ściółki i kory, chrzęst kamieni, szelest liści i trzaski drobnych patyków deptanych glanami, twardość ścieżki, otoczenie troskliwymi konarami, które ukrywają wędrującego przed wszystkim, co nie należy do lasu. Chłodniejszy i mocniejszy powiew wiatru odświeża myśli – Wiatr w lesie? Niby się zdarza, ale wtedy musi naprawdę mocno wiać, i lepiej do lasu nie wchodzić, bo konary może łamać.

Michał lubił krążyć po lesie z zamkniętymi oczami; odnajdywał drzewa na oślep, z wyciągniętą dłonią – Krótki spacer po guglu i człowiek może się dowiedzieć, że gałąź w oku to jedna z najczęstszych form uszkodzeń narządu wzroku. Las to nie park.

Lubił spać na polanach, po uprzednim sprawdzeniu, czy nie kładzie koca na mrowisku, z unoszącym się dookoła zapachem drzew, z szumem gałęzi zmieszanym z muzyką z empetrójki, z trawami łaskoczącymi w twarz, ze smakiem rosy na ustach z samego rana, z widokiem na pobliskie pnie, sięgające ku rozjaśniającemu się niebu na powitanie nowego dnia. – Wyziębiony w chłodną, marcową noc, z przemokniętym od rosy ubraniem i kocem, bo ta łamaga nawet sobie prowizorycznego szałasu nie postawi. Jak również z bolącymi mięśniami, bo o usypywaniu legowiska choćby z igliwia też nie ma słowa. I z trzydziestoma kleszczami w zadku.

W chłodnych falach strumienia, jeziora czy rzeki kryje się wrażenie oczyszczenia z tego, co męczy. Zanurzenie głowy pozwala na opanowanie gonitwy myśli — zanurzenie rąk opłukuje z niepewności — zanurzenie całego ciała ofiarowuje nawrót wewnętrznej ciszy gdzieś w samym środku psychiki. (...) Lubił pływać w napotkanych strumieniach, jeziorach czy rzekach — spokojnymi, leniwymi ruchami rąk rozgarniać lub rozcinać wodę, odpychać ją głową, wzbijać stopami, nurkować i wynurzać się z jej amorficznych objęć, kłaść się na plecach i pozwalać się kołysać, unosić, łaskotać, odchylać głowę do tyłu i czuć łaskoczące zatapianie uszu, czoła, twarzy. – Marzec. Temperatura wody to pewnie coś między zerem a plus pięć. Morsy twierdzą, że kąpiel w zimnej wodzie powinna trwać od trzech do pięciu minut – nie dłużej. A w strumieniach to się napływa, że ho ho.

Jeśli jednak nie pływał, to chociaż zdejmował buty, podwijał nogawki spodni i część wędrówki odbywał w ten sposób; niekiedy biegł, wsłuchany w chlupnięcia rozcinanej nogami i stawiającej bierny opór masy; niekiedy pochylał się, zanurzał ręce, nabierał w złączone dłonie wody i ochlapywał nią sobie twarz. Wreszcie wychodził na brzeg, wycierał stopy chusteczkami, zakładał skarpetki oraz buty — po czym szedł dalej, odprężony i rozbawiony. – Ahaha, utrata czucia w kończynach i kurcze mięśni są takie zabawne! Do tego w wodzie zwykle leżą gałęzie, przygniecione liście, łatwo też wpakować się w muł i stracić równowagę – łażenie latem jest super przyjemne, ale trzeba się na tym skupiać – a mam wrażenie, że on lazł na ślepo...

Michał lubił biec pod wiatr — trochę szaleńca, trochę Don Kichota, trochę wiecznego buntownika, trzy cechy, trzy charaktery, trzy typy – Typ szaleńca różnił się od typu Don Kichota czym konkretnie?

Michał lubił biec pod wiatr (...) Lubił iść, gdy wiatr zrywał się gwałtownie (...) Iść przed siebie, na przekór upartemu wiatrowi — to wprawiało w szampański humor. (...) Lubił tę walkę z wiatrem – Ratunku.

W dzieciństwie Michał uwielbiał oglądać serial — pamiętał nadal, jak siadał, siedmio-, dziewięcio- czy jedenastoletni, przed telewizorem podczas „Dobranocki”, wyczekując niecierpliwie znanej melodii openingu – O, a skąd tu anglicyzm? Zazwyczaj ich nie używasz.

Chwilę później ropucha wdrapała się na gałąź i kilka razy zarechotała, zezując podejrzliwie na swego niedoszłego zabójcę. // — Nie wyglądasz na zaklętą księżniczkę — uświadomił jej ten ostatni uprzejmie. — Zresztą wolałbym księcia, jeśli już miałbym całować twoją ropuchowatą twarz. // Ropucha najwyraźniej się obraziła — i najwyraźniej nie była zbyt bystra, bo nieuprzejmość zawartą w tych słowach zrozumiała po dłuższym czasie, dopiero wówczas bowiem wskoczyła z powrotem do wody. – Gdy nie ma ludzi, bohaterzy Musivum wywyższają się nawet wobec płazów. ;)

Dalej trwał jakiś dzień — mijał na wędrówce przed siebie, dość wyczerpującej, bo plecak był ciężki, dwa kilogramy dźwiganych jabłek ważyły swoje; pociechą jednak był ich smak, gdy wieczorem Michał zatrzymał się pod lasem, usiadł na kocu i zaczął jeść jedno jabłko za drugim, przyglądając się granatowo-czarnemu niebu. – Gdy dwa kilo jabłek cięgiem zjesz, kłopoty żołądkowe mieć będziesz – Gayaruthiel, wróżby zebrane. Swoją drogą jabłka wzmagają apetyt, więc zaraz powinno mu zacząć burczeć w brzuchu. Jako że jabłonie raczej nie owocują w marcu, zgaduję, że nasz pasjonat przyrody robił zakupy w markecie, jak zwierzę, jak konsumpcjonista jakiś.

wyciągnął się zatem wygodnie na kocu, podłożył ręce pod głowę i zapadł w krótką drzemkę, z której wybudził się, gdy poczuł na twarzy pierwsze krople deszczu. // Spoglądał przez chwilę w niebo szeroko otwartymi oczami, nie dowierzając swemu pechowi – Deszcz w marcu jest raczej normą niż pechem.

A może po prostu Michał, na co dzień zawsze rozgadany, tam — w mieście, wśród znajomych i przyjaciół, w jakimkolwiek otoczeniu ludzi — mówiący, żartujący, zagadujący — również własny niepokój — wytrwale błaznujący, czujny niczym Stańczyk, który nie wypada ze swej roli, dopóki jest choć jeden widz – Ale że co? Przeczytałam już kilka tekstów o Michale i w żadnym nie błaznował. W jednym atakował Andrzeja, w drugim krytykował Lalkę, a w trzecim nie odzywał się zbyt wiele.

Włóczykij polski — Rozdział III: Obrazki wiejskie, szkice miejskie

Naraz wydało mu się, że dostrzega znajomą postać — i rzeczywiście, gdy się przyjrzał uważniej, rozpoznał tę osobą — i było już za późno, by uniknąć owego rozpoznania, by nie stanąć twarzą w twarz przed myślą: o jasna cholera, Weredecki. – Jestem pewna, że gdzieś w oddali przetoczył się grom.


Tak, wśród ludzi na torze czwartym stał Andrzej Weredecki — w długim, zapiętym pod szyję czarnym płaszczu, z niedużą, ciemnoszarą walizką przy nogach i sporą, czarną aktówką w prawej ręce — Weredecki, z tą swoją wiecznie odpychającą, zarozumiałą miną, z wyrazem twarzy mówiącym: „Pozjadałem wszystkie rozumy, ale i tak one razem nie umywają się do jednego mojego”, z pogardliwym wzrokiem, którym taksował peron, przyszłych współpasażerów i nawet Bogu ducha winne gołębie. // Może ci jakiś dzielny gołąb nasra na płaszczyk — pomyślał Michał złośliwie. – Podsumujmy, Andrzej stoi i patrzy, Michał życzy mu jak najgorzej. Pytanie, o kim źle świadczy ta scena?

mimo nawrotu wspomnień — zajęcia z Weredeckim w zimowym semestrze trzeciego roku, jego paskudny charakter, udowadnianie na każdym kroku wyższości pana magistra i żałosnych braków w wiedzy studenta, rzeź w czasie sesji zimowej, swoista psychoza w sesji poprawkowej, odwracany z niesmakiem wzrok, gdy spostrzegało się chama od teorii na korytarzu, na schodach czy przed budynkiem wydziału – No cóż, mnie to wygląda tak, jakby Michał nie mógł przeżyć, że ktoś wymaga od niego jakiegoś wysiłku na zajęciach.

Zabawna sprawa, przemknęło Michałowi przez głowę: czym tu się właściwie przejmować? Zarozumiałym, nadętym, chamskim, pewnie potężnie zakompleksionym i nieszczęśliwym facetem, który w styczniu i lutym zeszłego roku toczył pianę z pyska z sobie tylko wiadomych powodów? Dupkiem, którego za jego plecami nazywano „teoretycznym złamasem”? Żałosnym przykładem uderzenia wody sodowej do głowy, które funduje bycie wyżej w hierarchii, posiadanie władzy, znalezienie się w relacji wykładowca-student w pierwszej części tego członu? – Nie no, faktycznie, Michał nie przejmuje się nic a nic. :D

Michał wsadził ręce do kieszeni i pod palcami poczuł gładką powierzchnię skórzanych rękawiczek. Naraz uderzyła go zupełnie inna od poprzednich myśl: Weredecki wraca do Szczecina, ale czy ma gdzie wracać? Kto by chciał czekać na kogoś podobnego, kto by się szczerze ucieszył i powiedział: „Fajnie, że jesteś”, kto by o nim myślał podczas jego nieobecności? // O, kto by mu siłą wpychał własne rękawiczki, żeby facet sobie rąk nie odmroził? – Ależ skąd, wiadomo przecież, że brak sympatii ze strony studenta skutkuje anihilacją życia prywatnego.

Miasta, nawet te nieduże, w marcu miały w sobie coś demonicznego. Czasami aż człowieka dreszcz przechodził — czasami dopadało wrażenie klaustrofobii, duszenia się, swoistego paraliżu — czasami narastała wewnątrz jakaś panika i można się było jedynie rzucić biegiem przed siebie, nie zważając na otoczenie, okoliczności, okolicę. Nawet jeśli oznaczało to dość ryzykowne przecinanie torów tuż przed nosem jadącego tramwaju. – W takich chwilach życzę Michałowi jak najgorzej.

A nie, coś pamiętał: pamiętał, że napisał „żelastwo”. Dlaczego w tamtym momencie tkwiło mu w głowie żelazo zamiast stali, nie miał pojęcia — może to jakaś naleciałość po całym zestawie powieści dziewiętnastowiecznych, na które przez parę miesięcy przed marcem miał wyjątkowy nastrój? – A może dlatego, że nie ma takiego słowa, jak stalistwo.

— Wsiadasz pan czy nie? // Uniósł głowę, popatrzył z zaskoczeniem na odzianego w granatowy mundur człowieka — po czym gwałtownie pokręcił głową i cofnął się parę kroków. Konduktor spojrzał w niebo, jakby prosił o wytrzymałość, coś chyba mruknął pod nosem, wsiadł do wagonu, zamknął za sobą drzwi — i po chwili pociąg odjechał. // Michał odprowadził swój niedoszły środek transportu wzrokiem, aż stracił z oczu ostatnie koła. Potem — potem otrząsnął się lekko, podarł bilet na drobne kawałeczki i rzucił je wysoko w powietrze — chmurę skrawków papieru wiatr pchnął w bok, w kierunku szyn. – Pieniądze też rozdziera na małe kawałeczki? (Niewykorzystane bilety można zwrócić w dworcowej kasie). Michał przypomina mi tu inną fikcyjną postać, Carrie Bradshaw też z kilku artykułów potrafiła nie tylko utrzymać atrakcyjne mieszkanie w Nowym Jorku, ale jeszcze kupować sobie modne buty i ciuchy.

Włóczykij polski — Rozdział IV: Każdy kiedyś wraca do swojej Doliny

Zaczynał tęsknić za swoim mieszkaniem – pełnym porozrzucanych na podłodze papierów – Jaka szkoda wobec tego, że spalił je nad zlewem przed wyjazdem.

Zaczynał tęsknić za swoim miastem – za dziwacznym, nigdy nie do końca zrozumiałym Szczecinem, za jego rondami, za jego podniszczonymi kamienicami, za Zamkiem Książąt Pomorskich – wielką, ozdobną, biało-zieloną plamą wśród ciemnoczerwonych cegieł pobliskich budynków – za Książnicą Pomorską z jej ogromną czytelnią o potężnych, wychodzących na odrestaurowane kamienice oknach, za placem Grunwaldzkim, na którym znajdowały się stoliki do szachów, za Jasnymi Błoniami, po których można było godzinami spacerować, za Wałami Chrobrego i cumującymi przy nich statkami, za Staromłyńską oraz złączonymi z nią małymi uliczkami, gdzie można było się pogubić, zatracić, zapomnieć, za deptakiem Bogusława, niedużym odcinkiem odnowionych kamieniczek, z Teatrem Małym, Po Godzinach i Fanaberią, wielkim zegarem, staroświeckimi ławeczkami – mikrokosmos dawnego stylu wrzucony między banki, sklepy i parkingi. – Czyli, mam wrażenie, za tymi samymi punktami, które uwielbiał Wiktor – ciekawa jestem, jak często wpadali na siebie na Wałach albo w Fanaberii.  Jasne, to są takie najłatwiejsze do wymienienia punkty Szczecina, ale przydałoby się je jakoś zróżnicować, żeby każda z postaci miała własne, pasujące do charakteru miejsca. A nie – wszyscy kochają Wały. Wały mają ławeczkę i widać z nich statki. Klasa powtórzy: kochamy Wały.

Zaczynał tęsknić za Sebastianem – za prowadzonymi z nim wielogodzinnymi rozmowami przy piwie – Sebastian piwo, on sok – za wspólnymi wypadami do teatru, do Szafy – Dlaczego właściwie Szafa, czyli najpopularniejsze miejsce spotkań studentów uniwerku, a zwłaszcza humanistów, pojawia się w narracji dopiero teraz, a i to na fafnastym planie? Mogę jeszcze pojąć, czemu nikt nie chodzi do Pinokia (choć taki Julek by tam chyba pasował), ale co z Hormonem?

pojawiała się tęsknota za mostem Długim, za Wałami Chrobrego – Halo, napisałaś już o tym w poprzednim akapicie! Zaczynam podejrzewać u ciebie jakąś obsesję na punkcie Wałów. ;)

Najpierw mieszkanie – jego dom, jego twierdza, miejsce, do którego wpuszczał bardzo niewiele osób, miejsce, które traktował jako osobny mikrokosmos, miejsce, w którym był sam z sobą – O cześć, Wiktor.

Sebastian, do którego można było zadzwonić o każdej porze dnia i nocy – i który, nawet będąc z kimś w związku, gdy słyszał: „Możesz przyjechać?”, przyjeżdżał natychmiast, a gdy padało: „Mogę przyjechać?”, odpowiadał krótko: „Jasne, czekam”. (...) A jeszcze później było już całkowite milczenie, dwa równe oddechy, przymknięte powieki, zsuwające się ostrożnie na podłogę ciała, ręce odsuwające na oślep puszki i kartony, dwie poduszki, które Sebastian przyniósł, a może podłożone pod głowę swetry, bo nikomu nie chciało się wstać i przejść paru kroków po poduszki, a może koc zwinięty w rulon i podzielony między siebie – trudno powiedzieć, tyle tych wspólnych nocy było, tych nocy spędzonych na rozmowach, odsypianiu, dzieleniu się słowami, myślami, emocjami i rzeczami do spania – i szybkie zapadanie w sen. A pod koniec pobudka, niemal równoczesna, przeciąganie się, Sebastian przeczesujący dłońmi włosy, uważne spojrzenie ciemnozielonych oczu – już lepiej, Michał? – szczere i pełne wdzięczności zapewnienie, że tak, lepiej, dzięki – i za pierwszym razem jeszcze przeprosiny, że się władowało Sebastianowi do domu i wyciągnęło z łóżka o takiej porze, i całą noc się żaliło jak pensjonarka... – i tu Sebastian uciął te i wszelkie przyszłe przeprosiny naprawdę gniewnym: „Zamknij się i nie pieprz, jesteś moim przyjacielem, przeproś mnie jeszcze raz, a dostaniesz w mordę” – I jakoś się nie dziwię, że o związkach Sebastiana pisze się w czasie przeszłym. Gdybym rano znalazła swojego chłopaka śpiącego pod jednym kocem na podłodze w kuchni z jego najlepszą przyjaciółką „bo było jej smutno”, pewnie miałabym kilka pytań. Ale rozumiem, że Michała to nie obchodzi, bo gdy jest mu smutno, lekceważy życie prywatne swojej kamizelki do wypłakiwania się.

i jakieś ciepło w środku ciała, wywołane świadomością, że ma się przyjaciela – takiego prawdziwego przyjaciela, na dobre i na złe, który potrafi przesiedzieć z człowiekiem całą noc, wysłuchać bez jednego skrzywienia wszystkich rzeczy, jakie duszą i dręczą, a potem jeszcze poprawić humor opowieścią o tym, jak to Rzymianie mało w tuniki nie narobili z wrażenia, widząc szarżę Hannibala na słoniach. – Rozumiem, że Paweł, który historię starożytną ogarniał zapewne średnio, nie zasługiwał tym samym na miano prawdziwego przyjaciela.

Michał doskonale pamiętał z tych kilku miesięcy wspólnego mieszkania w poprzednim roku, z jakim nieszczęśliwym wyrazem twarzy, z nieprzytomnym wzrokiem i z czule przytrzymywanym kocem Sebastian snuł się rano po domu, przeczołgiwał się wręcz z pokoju do łazienki, a na „Cześć” odmrukiwał tylko: „Nienawidzę tak wcześnie wstawać”, czasem jeszcze dodawał: „Michał, zlituj się, zrób mi kawę, jak wyjdę”. // Gdy zatem wracało się w taki poranek, gdy Sebastian mógł się wyspać, miało się wyrzuty sumienia – bo przerywało się przyjacielowi ten sen. – Ale, będąc Michałem, który ma ludzi w głębokim poważaniu, nie czekało się kilku godzin więcej, tylko z pełną świadomością tego, jaką się jest świnią, wyciągało się tak zwanego przyjaciela z łóżka. Swoją drogą ciekawa jestem, co robił Michał nie zastawszy Sebastiana w domu. Co, gdyby akurat Sebastian musiał wyjechać na pogrzeb, wesele, konferencję, cokolwiek. Czy Michał nocowałby wtedy na wycieraczce u jego drzwi?

Tyle dobrego, jedno nieszczęście mniej. Daj mi jakąś godzinę, ogarnę się, wpadnę do apteki i sklepu, przywiozę ci trochę jedzenia i Gripex, bo aspiryna to już na bank za mało, termometr też, zobaczymy, ile sobie nabiłeś, nafaszeruję cię lekami, ugotuję ci coś, spiorę, a w poniedziałek zawiozę do lekarza. // – Nie mam podbitej książeczki – przyznał się Michał, z trudem powstrzymując uśmiech, jaki wywołała ta groźba lania. Jakby był małym dzieckiem, no naprawdę... (...) Teraz pozostawało już tylko czekać. Za jakąś godzinę przyjedzie Sebastian, zajmie się nim i będzie dobrze. Jak zawsze. – Zaczynam się zastanawiać, czy Michał nie przeziębia się celowo, żeby wymusić opiekę na Sebastianie. To by też tłumaczyło, dlaczego zostawia u Sebastiana swoje rzeczy, włącznie z kluczami do mieszkania – by tamten czuł się przykuty do miejsca i spędzał czas na grzecznym czekaniu.

Wiesz, sama mam napady tej potrzeby ruszenia w drogę – podczas lektury Włóczykija musiałam przerwać na moment, by obejrzeć sobie dostępne bilety i przypomnieć sobie, że teraz nie pora na urlopy – ale to wszystko jest opisane w taki naiwny, uromantyczniony sposób, że nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w prawdziwym życiu Michał dostawałby od przyrody okrutnie po tyłku.

Tylko na chwilę – Rozdział I: Złudzenia bez potwierdzenia

Jestem święcie przekonany, że nadając mi imię, rodzice ani przez chwilę nie pomyśleli, jak to będzie brzmiało, gdy będę się komuś przedstawiał podczas prób podrywu. Rękę zaś dam sobie uciąć, że nie pomyśleli, co to będzie, jeśli ich syn okaże się gejem i znajomość z interesującymi go facetami zmuszony zostanie rozpocząć od powalającego, tyle że mało pomocnie, oświadczenia: „Cześć, mam na imię Remigiusz”. Gdyby to mnie jakiś delikwent tak się przedstawił, pewnie również parsknąłbym mniej czy bardziej niekontrolowanym śmiechem, jak to się już paru moim niedoszłym podrywom przydarzyło. – A... ahaha? Może to w sumie i dobrze, bo osoby turlające się ze śmiechu na dźwięk imienia Remigiusz raczej nie rokują pozytywnie.

No, brzmienie tego mojego nieszczęsnego imienia zależało jeszcze od wersji – pełnej lub zdrobniałej – i wieku. W liceum fraza „Jestem Remek” była OK; gdy miałem dwadzieścia parę lat, „Remek” budziło sympatyczny uśmiech, a „Remigiusz” dodawało powagi; gdy miałem trzydziestkę, „Remek” minimalnie odmładzało, „Remigiusz” nadal dodawało powagi. Im dalej w las, tym gorzej – i do faceta niemal czterdziestoletniego „Remek” pasowało jak za ciasne portki, z których się wyrosło lub na które za bardzo się przytyło, „Remigiusz” natomiast krzyczało na pięć kilometrów w każdą stronę: „Facet ma cztery dychy na karku!”. – Problemy pierwszego świata tak bardzo.

Nie rozwodziłbym się nad tą kwestią tyle czasu, gdyby nie zajmowała mnie za każdym razem, gdy w branżowym klubie przypuszczałem szturm do jakiegoś faceta. Przyuważenie w tłumie, nawiązanie kontaktu, przedarcie się przez tłum innych osobników, krótkie krążenie wokół, pierwszy uśmiech, pierwsze wymienione słowa, wyciągnięta ręka do uścisku – i to rozkładające atmosferę „Jestem Remigiusz / Remek”. I, z drugiej strony, niedowierzające, rozbawione lub mało przyjemnie zaskoczone: „O, ale (kurwa) serio?”. – To jest tak wydumany problem, że aż nie wiem, co powiedzieć. Po pierwsze, mógł przedstawiać się drugim imieniem, jeśli go nie ma, zmienić urzędowo to pierwsze, albo używać jakiejś ksywki. Do tego naprawdę są dziwniejsze czy rzadziej występujące imiona, w Remigiuszu nie widzę nic odstającego od normy.

W każdym razie im jestem starszy, tym bardziej niechętnie chodzę do branżowych klubów, tym bardziej niechętnie podrywam i tym bardziej niechętnie się przedstawiam podrywanym facetom. – Może ma to jakiś związek z tym, że w dzisiejszych czasach nawiązywanie kontaktów znacznie ułatwia Internet?

– Spłoszyłeś mi podryw. // – Powinieneś mi podziękować – odwarknąłem z irytacją. – Jak nie umie znaleźć zapalniczki i jej używać, to w łóżku pewnie tak samo nie umie znaleźć własnego fiuta i go używać. – #Aha. Mam nadzieję, że nie miał być to przykład ciętej riposty.

Gdy tak sobie medytowałem nad różnicami między zdjęciem a oryginałem, usłyszałem wściekły syk: // – Co ty, kurwa, robisz z moimi rzeczami? // Pierwszy raz usłyszałem wtedy, jak przeklina. W ogóle rzadko przeklinał – później doszedłem do wniosku, że nie dlatego, by wcale nie przeklinał czy nie lubił używać takich słów, tylko dlatego, że miał jakąś swoją wizję siebie i do tej wizji nie pasowały przekleństwa, tak jak nie pasował plecak – więc nosił aktówkę – i nie pasowały wygniecione ciuchy – więc nawet zwykłą podkoszulkę z reguły prasował, dogryzałem mu niekiedy propozycją, by wyprasował sobie jeszcze skarpetki i gacie – i nie pasowało okazywanie emocji – więc wszystkie trzymał zazwyczaj za pysk. O, i nie pasowało bycie zwyczajnie miłym, więc był zwyczajnie niemiły. – Andrzej przyłapuje Remka na grzebaniu w portfelu – mogłabym tu może poczuć jakieś zaniepokojenie, gdyby nie to, że wstawkami o prasowaniu bielizny zabijasz wszelki suspens.

I jeszcze każdego wieczoru prasować sobie koszule i spodnie na następny dzień – bo na uczelnię szedł w dżinsach wprawdzie, lecz z kancikiem – Dżinsy prasowane na kant? Co?  o.O


Nie było jeszcze wtedy tego całego komputerowo-internetowego wszechdostępu do wszystkiego – w dwutysięcznym komputer w domu to miałem służbowy i korzystałem z niego na początku z duszą na ramieniu, a gdy już się oswoiłem, i tak w bardzo prostym i ograniczonym zakresie – więc trochę się naszukałem w atlasie, zanim ten Biały Bór znalazłem. – Yyy. Otwierasz atlas na ostatniej stronie, gdzie wszystkie miejscowości są spisane w alfabetycznym porządku. Znajdujesz literę B i interesującą cię miejscowość. Obok podany jest kod siatki, A2, G5 i strona. Otwierasz stronę, szukasz kwadratu, tadaaam! Znalezione. Nad czym tu się trudzić? Ludziom żyjącym przed internetem tego typu poszukiwania przychodziły dość naturalnie.

– Zapomnij – warknąłem, bo tym mnie rozdrażnił. – Mieszkasz u mnie, nie pieprzysz nic na bokach. Jasne? // Uniósł po swojemu jedną brew, jakby chciał powiedzieć „Tak ci się tylko wydaje”. Pochyliłem się nieco ku niemu. // – Andrzej, do cholery, jest jakieś minimum przyzwoitości... czy uprzejmości – powiedziałem stanowczo. – Jeśli przemieszkujesz u faceta, z którym sypiasz, to robisz mu tę grzeczność, że nie sypiasz z innymi. Możemy się tak umówić? Mieszkasz u mnie, sypiasz ze mną, nie ze mną i całym swoim powszednim haremem. Zresztą sam mówiłeś, masz sesję i ograniczasz zbędny wysiłek. Więc się teraz pobaw przez chwilę w monogamię, potem wrócisz do swoich zwyczajów ogiera-rozpłodowca, który musi przelecieć wszystko, co mu wpadnie  w oko. // Roześmiał się; gdy tak siedział, z kolejnym papierosem w dłoni, z łokciem podpartym na stole i śmiał się, śmiał się zwyczajnie, sympatycznie i szczerze, wywoływał we mnie ochotę na to, by go objąć, posadzić sobie na kolanach – wolę nie myśleć, jaką zrobiłby wtedy minę – i pocałować. W skroń. Zdecydowanie się starzałem. – Wyobrażanie sobie Andrzeja jako słodkiego ukesia robi mi krzywdę.

Był cholernie pracowity, tego mu nie mogłem odmówić. Uczył się zawzięcie, jakby się bał, że zawali, choć zagadnięty, oświadczył butnie: „Jeśli ja miałbym nie zdać, to nie wiem, kto by miał”. No tak. O skromności to może kiedyś czytał w słowniku wyrazów bardzo mu obcych, ale nic więcej. – Czy to mu się wykreowało w charakterze w przeciągu ostatniego roku, między maturą a pierwszym rokiem studiów? Bo w poprzedniej części, Czwartym Uderzeniu, o akurat tej cesze nie ma ani słowa.

Lubił czytać przy jedzeniu. Trochę się o to sprzeczaliśmy, bo mnie nauczono, że czytanie przy jedzeniu to brak dobrego wychowania, Andrzej natomiast uważał, że – poza seksem i łazienką – każda pora i każde miejsce na czytanie jest dobre. Moją uwagę o wychowaniu skwitował słowami: „Mam gdzieś takie wychowanie, w którym czytanie jest jego brakiem”. – Nie rozumiem wykluczenia łazienki.

Do utrudnień przy oglądaniu telewizji już się zdążyłem przyzwyczaić. Czasem tylko denerwowało mnie to jego odrzucanie wszystkiego, co w telewizji, dlatego że w telewizji. – To też nie gra z poprzednią częścią i Andrzejem, który bardzo lubił ekranizację Lalki.

Wielkie okna, jak wszędzie, nieco lepsze ławki, ustawione po dwie obok siebie w trzech długich rzędach, przy każdej ścianie drewniane regały z podręcznym zbiorem książek i gazet, a na środku całego pomieszczenia – dwie grube kolumny. Tak kompletnie z niczego, po prostu kolumny, pewnie jakiś element konstrukcji, ale wyglądało to, jakby całość projektował Bezdennie Głupi Johnson. – Nie umiem sobie tego wyobrazić. Co to znaczy „kolumny z niczego”?

Zakładam, że większość ludzi, która mnie zna, mnie nie lubi. // ­­– I nie martwi cię to? – spytałem z niedowierzaniem. // – Nie – oświadczył wyniośle. Znów zrobił tę nieprzyjemną minę człowieka, który wie lepiej. Najlepiej. – Nie lubią mnie ludzie, którzy mi zazdroszczą. Którzy są ode mnie gorsi. Których umysł jest na takim poziomie, że choćby wzięli drabinę, nie podciągną się nawet do moich pięt. Których ja nie lubię i nie szanuję. Ludzie z reguły nie lubią lepszych od siebie – dodał w ramach obraźliwie uprzejmego wyjaśnienia (...) Ja nie potrzebuję ludzi. Nie lubię ludzi. Bo z reguły są głupi, a jeśli nawet nie są głupi, to są pod jakimś względem denerwujący. I słabi. Nie znoszę słabości – dorzucił naraz dość ostro. – I nie chcę stada głupich, słabych ludzi wokół siebie. Ludzie są sobie potrzebni do konkretnych rzeczy, w porządku, ale poza tym spędzanie czasu w towarzystwie innych to w dziewięciu przypadkach na dziesięć strata czasu. Jasne – podjął po krótkim namyśle, patrząc gdzieś obok mojego ramienia – nie mówię o takich ludziach, jak moi wykładowcy. To są ludzie, którzy są coś warci, coś sobą reprezentują i których mogę szanować. Ale to są wyjątki. – Wykładowcy jako jedyni ludzie godni szacunku, oj bo umrę. To jest tak szczeniackie, tak niedojrzałe, że w sumie bardzo pasuje do młodego, pijanego wolnością po wyrwaniu się z domu byczka. 


W czasie tego wspólnego mieszkania próbowałem go wciągnąć w moje towarzystwo, ale bezskutecznie. Jakieś zaproszenia do bliższych znajomych, kilka spotkań na mieście z dalszymi kolegami, służbowe wyjście na targi drzwi, połączone z paroma atrakcjami – nic z tego, każdą propozycję towarzyszenia mi Andrzej odrzucał. Najpierw proponowałem mu to luźno i na zasadzie „a może w wolnej chwili chciałbyś?”, potem zacząłem przypuszczać mocniejsze ataki, aż w którymś momencie się zreflektował i zapytał podejrzliwie, co mi odbija. Nic mi nie odbija, wyjaśniłem wtedy, po prostu sypiam z nim, mieszkam z nim i mam ochotę gdzieś z nim wyjść. Andrzej wzruszył po swojemu ramionami i uciął rozmowę krótkim „Ale ja nie mam”. // Porządniej starliśmy się o moją siostrę, która pod koniec czerwca wpadła na parę dni do Szczecina, służbowo, i przy okazji chciała się znów spotkać. Ja przy okazji chciałem ją poznać z Andrzejem. Andrzej, usłyszawszy to, spojrzał na mnie z tak szczerym zdumieniem, że aż sam się zdziwiłem. // – Nie mam ochoty poznawać twojej siostry – odpowiedział na moje „No więc?”. // – Dlaczego? – drążyłem. // – A dlaczego miałbym? – I znowu kalka z Wiktora, znowu członek rodziny, znowu odmowa, znowu pytanie „po co”.

Chcę u niej pisać magisterkę. // – Z czego? // – Nie wiem – wzruszył jednym ramieniem i uśmiechnął się, rozbawiony. – Z czegokolwiek. Ze wszystkiego. Byleby z teorii literatury. To jest genialne. // Dalej tak leżał, a ja siedziałem, patrzyłem na niego, trzymałem popielniczkę i na zmianę podawałem albo zabierałem papierosa. // – A potem? // – Zrobię doktorat – odpowiedział. W jego głosie podchwyciłem coś, co brzmiało jak rozmarzenie. – Zostanę na uczelni. Będę czytał, pisał, zrobię habilitację, będę miał wielką własną bibliotekę i własny zakład. (...)  – A po co mi ludzie? – odciął się pyszałkowato swoim standardowym tekstem. Przesunąłem ręką po ciemnych włosach, tak zabawnie kontrastujących z jasnym kolorem poduszki. // – Boję się, że ty się któregoś dnia obudzisz z kompletną pustką wokół siebie – powiedziałem pod wpływem jakiegoś impulsu. – I nie będziesz już umiał nawiązać jakiegokolwiek ludzkiego kontaktu z ludźmi. // Andrzej się skrzywił. // – A potem pokryję się cały łuskami, wyrośnie mi druga głowa i zacznę ziać ogniem – wyliczył ze zniecierpliwieniem. – Daj mi spokój. Jeżeli miałbym wybierać, to z dwojga złego wolę łuski niż towarzystwo głupich ludzi. – Zastanawiam się, czy to te łuski będą mu pisać literaturę.

Tylko na chwilę – Rozdział II: Potwierdzenia bez złudzenia

nie chciałem zostawiać samochodu na pastwę diabli wiedzą czego, w końcu po tym lesie mogły łazić jakieś dziki czy inne, nie mówiąc o nastoletnich bachorach, które lubią urywać cudze lusterka, wybijać cudze szyby i przebijać cudze opony – Jakieś dziki czy inne co?

I tak jednego dnia dojechaliśmy wprawdzie do jakiegoś leśnego zakątka, ale zaraz po dojechaniu samochód zaczął rzęzić, po czym umilkł. Na dobre. (...) W końcu zaczęliśmy pchać ten nieszczęsny samochód przez ten nieszczęsny las do tej nieszczęsnej ulicy. (...) pchaliśmy go, robiliśmy przerwę na papierosa albo coś do jedzenia czy picia, i pchaliśmy dalej. Wolno szło. Było gorąco, już wyszliśmy z tego najbardziej zacienionego kawałka i słońce prażyło nam prosto w plecy. Andrzej robił się coraz bardziej zły, domyślałem się tego po jego minie, po sposobie, w jaki ciskał na ziemię niedopalonego papierosa i po zniecierpliwionym, gniewnym westchnieniu, jakie z siebie wydawał, gdy zaczynaliśmy znów pchać. (...) Przez jakiś czas jakoś szło, a potem się zrobiło naprawdę źle. Papierosy się skończyły. – Zaczynam sądzić, że samochód im wysiadł gdzieś w puszczy amazońskiej, że po takiej ilości pchania wciąż jeszcze są w lesie.

– Kurwa... Teraz to już naprawdę szlag mnie trafi. // Widziałem, że te papierosy mocno go ruszyły, więc wsiadłem do samochodu, wygrzebałem zapasową paczkę, taką na naprawdę czarną czarną godzinę, przezornie schowaną pod fotelem kierowcy, i wróciłem do Andrzeja. // – Trzymaj – powiedziałem, wcisnąłem mu te pety w rękę i przymierzyłem się znów do pchania. – Staraj się palić w miarę oszczędnie, to zapas awaryjny, zostało zaledwie parę sztuk, więcej nie mam. // Chwycił paczkę chciwie, niczym wędrujący po pustyni ostatnią butelkę wody. – Jak to się ma do osoby nienawidzącej słabości?

Miałem ochotę go zabić. I miałem ochotę krzyczeć ze zniecierpliwienia. I z zachwytu. Zresztą, chyba krzyczałem. Nie miałem pojęcia, kompletnie mi się wtedy wyłączyło myślenie, więc to, że wreszcie jednak skończyliśmy, że miałem niesamowity orgazm i że w gardle kompletnie mi zaschło, uświadomiłem sobie dopiero po dłuższym czasie. – Sąsiedzi czepiają się Wagnera, ale już okrzyków erotycznych nie? Wszyscy w klatce są tacy tolerancyjni wobec pary głośnych gejów?

Lubiłem tę ciemną linię włosów, która ciągnęła się przez jego brzuch i podbrzusze. W ogóle podobało mi się to, że miał porządnie, choć jednocześnie bez przesady, zarośniętą klatkę piersiową, brzuch, krocze i nogi. Nie podobali mi się faceci nadmiernie owłosieni – kiedyś trafiłem na takiego, który miał nawet włochate plecy i za każdym razie, gdy lądowaliśmy w łóżku, miałem wrażenie, że obejmuję małpę; ale jeszcze bardziej nie podobali mi się chłopacy nadmiernie gładcy, golący sobie nogi, pachy, klatki, a nawet genitalia. Taka chodząca i mówiąca gumowa lalka, dopadało mnie zawsze nieżyczliwe porównanie. Mężczyzna to ma być jednak mężczyzna, chciałem widzieć i czuć pod ręką, że mam do czynienia z ciałem męskim, a nie kobiecym lub takim... pośrednim. – Uroczy człowiek. Albo coś trafia w jego gusta, albo jest odrażającą małpą/plastikiem. Każdy powód, by pogardzić innymi, dobry?

Pytałem cię kiedyś, jak mogę się do ciebie zwracać mniej oficjalnie, ale nie zaproponowałeś niczego – roześmiałem się. – Więc teraz już za późno na marudzenie, przegapiłeś moment, gdy jeszcze mogłeś wpłynąć na wybór formy. Mnie się „Andrzejek” podoba. „Remek i Andrzejek”, to nawet nieźle brzmi. Przedstawię nas tak chłopakowi mojej siostry. // Rzucił mi mało życzliwe spojrzenie, co wprawiło mnie w jeszcze lepszy humor. // – A pod choinkę dostaniesz największą czekoladę, jaką zdołam znaleźć – obiecałem. – I będziesz ją na mnie spalał przez całe święta, Andrzejku. – Biorąc pod uwagę dwudziestoletnią różnicę wieku, próby sadzania sobie Andrzeja na kolanach, to upupianie przez zdrobnionka jest, um, niekomfortowe.

Jego tekst został przyjęty, pochwalony przez tę ulubioną profesor i jeszcze ze dwóch wykładowców – To uwielbienie dla nauczycieli i wykładowców, zwłaszcza tych płci żeńskiej, też jest mocno Wiktorowe.

Cenili go. Bardzo go cenili. Profesor od poetyki pożyczyła mu parę książek i zaproponowała napisanie jakiejś recenzji do szczecińskiego czasopisma literackiego, paru prowadzących podczas zajęć zwracało się głównie do niego, co nie dziwi, skoro on jako jeden z niewielu albo i jedyny wiedział, o czym mowa i miał coś sensownego do powiedzenia na temat książki czy tekstu. Wszyscy wykładowcy, których lubił i na których opinii mu zależała, doskonale go pamiętali z nazwiska, z imienia, z ocen, z dyskusji na ćwiczeniach, z pytań na wykładach. A jednego magistra, takiego, co to ledwo się obronił i prowadził swój pierwszy w życiu przedmiot, Andrzej na ćwiczeniach dosłownie zgniatał na miazgę. Co tydzień. Biedny chłopaczek skręcał się, ledwo wszedł do sali, i nie zwracał uwagi na resztę grupy, tylko wpatrywał się w Andrzeja niczym zając w węża.
 

– No co ty, jest fajny – powiedział Łukasz beztrosko, sięgnął po chleb i zastrzelił mnie oświadczeniem: – Głosowałem na niego. // Słodziłem właśnie kawę i z wrażenia rozsypałem cukier na obrus. // – Przepraszam, co zrobiłeś? – zapytałem z niedowierzaniem. – Zagłosowałeś na niego? (...)  – Już mi lepiej – powiedziałem spokojnie. – A teraz bądź tak uprzejmy, spakuj te rzeczy, które ze sobą wczoraj przywiozłeś, wyjdź z mojego mieszkania i nie pokazuj mi się więcej na oczy. // Wbił we mnie tak niebotycznie zdumione spojrzenie, że przez moment aż miałem ochotę się roześmiać. Wyglądał naprawdę głupkowato. // – Zrywasz ze mną? – zapytał z niedowierzaniem. – Za co, za to, jak głosowałem? // – Tak – odpowiedziałem stanowczo. – Ale że co. Jeszcze żebyś wcześniej dała sygnał, że Remka polityka w jakikolwiek sposób obchodzi, ale nie. Facet przez całe, długie, dwie części opka ma wywalone na politykę, a potem, gdy się dowiaduje, że facet, z którym ma wspólne pasje, upodobania muzyczne, z którym jest mu dobrze w łóżku i poza nim, głosował na PiS, bezpardonowo wywala go z domu. To mocno odczapne.

– Tak – odpowiedziałem stanowczo. – Zrywam z tobą za to, jak głosowałeś. Zrywam z tobą za to, jak chcesz głosować. Widzisz, ja naprawdę chciałbym mieć kogoś na stałe i na poważnie, ale mam pewne minimalne wymagania, na przykład oczekuję, że mój potencjalny stały facet będzie używał mózgu. A u ciebie spełnienia tego minimum nie widzę. – Zresztą naprawdę, WTF, z góry uznać kogoś za debila, bo głosował inaczej, nie podjąć żadnej próby porozmawiania z nim o tym, przekonania do własnych racji, tylko od razu „głosowałeś inaczej niż ja – nie chcę cię znać”? Po raz kolejny wypływa tu z twoich postaci poczucie własnej lepszości, ich sposób na życie jest lepszy, ich poglądy polityczne są lepsze, książki, które czytają, są ciekawsze, a jeśli ktoś ma śmiałość iść pod prąd jedynej słusznej linii, jest wyszydzany, pogardzany, wyrzucany z życia albo chociaż obdarzany nieprzychylnym spojrzeniem.

poza tym w ogóle lubiłem Wały – No przecież. Nie można być bohaterem Musivum i nie lubić Wałów.

To spotkanie dość mocno mnie ruszyło – po części po prostu dlatego, że nagle stanąłem twarzą w twarz z jakimś ważnym elementem mojej przeszłości, a po części dlatego, że spotkania ze znanymi i bliskimi kiedyś ludźmi wybijają mnie obecnie z pewnego rytmu i trochę burzą spokój, prowokują do robienia przeglądu minionych wspomnień, podjętych niegdyś decyzji, dawnych doświadczeń. Mam chwilami wrażenie, że to taka potrzeba robienia sobie „rachunku sumienia”, choć nie lubię wszelkich kościelnych, a zwłaszcza katolickich skojarzeń, więc wolę raczej mówić o „przeglądzie życiowym”, to też trochę inaczej ustawia sprawę, sugeruje nie tyle jakieś kajanie się czy podobne, ile uważne, szczere i krytyczne przyjrzenie się temu, co, jak i po co się kiedyś zrobiło. Więc spacerowałem po Wałach i robiłem wstępny przegląd życiowy związany z Andrzejem. – Czyli Remek robi dokładnie to samo co Paweł, spotyka na mieście dawnego znajomego, zastyga w bezruchu i wyświetla sobie w głowie historię swojego życia.

Bo trochę mnie to i wzruszyło. Głównie przez uświadomienie sobie (nie pierwszy zresztą raz), że jakieś elementy własnej przeszłości nadal potrafię tak mocno odczuwać, nadal potrafię przypomnieć sobie różne dawne uczucia, nadal jestem w stanie zrozumieć, co i dlaczego było dla mnie kiedyś tak ważne. W takich chwilach dochodziłem do wniosku, że nie jestem jeszcze wcale taki stary i że jest we mnie jeszcze sporo młodego, emocjonalnego, nawet momentami nieco egzaltowanego faceta, jakim kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu byłem. I to działało pocieszająco – uspokajająco – i odmładzająco. // Umiałem się wzruszyć i przejąć na widok dawnego kochanka, naprawdę jeszcze się tak mocno nie postarzałem psychicznie. To była wspaniała świadomość. – Przecież ta postać się co pięć minut wzrusza. I co, za każdym razem tak się jara tym wzruszeniem? Zobaczyłem pieska, pomyślałem o Wikingu, wzrusz, o jak fajnie, jeszcze to potrafię! Spotkałem znajomego, pomyślałem o przeszłości, wzrusz, jeszcze to potrafię! Otworzyłem internet, zobaczyłem zdjęcie na fejsie, zadzwoniłem do siostry, by wypłakać jej się w słuchawkę, wzrusz wzrusz wzrusz!

Czytając o związku Andrzeja i Remka, nie widzę dwojga ludzi. Widzę człowieka i kota. Takiego zblazowanego, neurotycznego kocurka, który sobie wytresował człowieka, jak chciał, wszystko kręci się wokół futrzaka, a ten czasami okazuje swoją łaskę poddanym. O, takie coś widzę http://forum.gazeta.pl/forum/w,567,158293210,158293210,Rodzice_rozpuscili_kota_a_ja_mam_z_nim_zostac.html Nawet niektóre szczegóły się zgadzają, kot też nie lubił obcych i doprowadził do ograniczeń w korzystaniu z telewizji.

Lekcja poglądowa o tworzeniu życia. Wydanie bibliopatyczne ulepszone

po czym położyła dłonie na książkach zajmujących półkę na wysokości jej ramion i przesunęła powoli po grzbietach woluminów. // Podniecające uczucie — żadne ciało, żadna skóra, żadna bliskość nie mogły się z tym równać; ocierające się o wierzch dłoni twarde i miękkie okładki, zaokrąglone, naderwane, sztywne i kanciaste — co za wrażenie, co za przyciąganie, co za zmysłowość! // Dotykanie książek było fizyczne, intymne, namiętne. Dotykanie książek było kontaktem, jakiego nic nie mogłoby zastąpić.


Olga wiedziała o tym doskonale już od długiego czasu; dotykała swoich książek, gdy było jej dobrze i źle, wesoło i smutno, pewnie i niepewnie. Dotykała ich, by poczuć, jak bardzo są jej; dotykała ich, by czuły, jak bardzo je kocha; dotykała ich, by odczuć ten zawrót głowy i podniecające muśnięcia okładek. – Zawrót głowy? Serio?

Często wyjmowała którąś książkę, otwierała i przesuwała palcami po stronach — głębszy kontakt. // Często unosiła tom i wdychała zapach papieru — perfumy wywołujące zawrót głowy. // Często przytulała policzek do okładki lub do kartki — czułość obustronna. – To w sumie pięknie pokazuje ten przerost formy nad treścią, Oldze zwisa i powiewa treść, bardziej się jara formą.


 darowała sobie wypad do bibliotek, by oddać książki. A tam, najwyżej trochę więcej kary zapłaci, nie pierwszy, nie ostatni raz. – I nawet jej nie przyjdzie do głowy, że być może ktoś na te książki czeka.

Wśród tych genderowych pozycji znajdował się też wydany jakieś półtora roku temu doktorat Andrzeja. Musiała przyznać, że Andrzej miał świetny styl i wyjątkowo przenikliwe spojrzenie — chociaż nawet w jego pracach nie brakowało nuty typowej dlań złośliwości i uszczypliwości. Bardzo elegancko, bardzo interesująco i bardzo jadowicie wytykał różnorodne błędy, potknięcia czy przeoczenia swoich poprzedników. // Dobrze, że nie zajmował się staropolem. Pewnie coś tak fundamentalnego, jak „Literaturę europejską i łacińskie średniowiecze” Curtiusa skwitowałby czymś wyjątkowo wyprowadzającym z równowagi. // W każdym razie ten doktorat Olga dostała od samego autora, gdy Andrzej z początkowego stosunku „pogardzam, pokpiwam, pytam, co za idiota cię tu przyjął” przeszedł do wersji „po swojemu i dziwacznie, ale nawet cię lubię”. Gest był miły — a książka świetna, tu należało oddać Weredeckiemu honor. – I znowu, o czym właściwie był ten doktorat, Olga nie raczy wspomnieć. Coś związanego z gender? Tylko dlaczego Andrzej miałby o tym pisać, skoro nie obchodzą go inni ludzie i skoro zajmował się teorią literatury?

prezent od Anety, która pewnego dnia, gdy Olga wpadła na moment do Zakładu Literatury XIX wieku, wyciągnęła tę pozycję z torebki i powiedziała, że miała w domu dwa egzemplarze, więc może Oldze jeden podarować, bo nienawidzi oddawania książek w niepewne ręce – Bo te ludzie, to pani kochana, w lesie taką książkę uwiążą do drzewa i odjadą bez słowa!

Rzecz jasna, książki Julka były podpisane przez autora — ostatnie dwie miały autograf już w chwili wręczania, do wcześniejszych Julian sam się rzucił, gdy pierwszy raz Olgę odwiedził, z pełnym kurtuazji i przekonania o swojej racji stwierdzeniem: „Pewnie byś chciała, żeby je podpisać”. Nieładnie było odpowiadać, że Olga na dobrą sprawę nie cierpi autografów — no, chyba że dostałaby w ręce starodruk z podpisem jakiegoś szesnasto-, siedemnastowiecznego humanisty, wtedy by się przed tym i ukłoniła, ale co jej z autografu Julka, którego często widuje, który ją często irytuje i którego często ma ochotę kopnąć w tę mniej artystyczną część ciała? – Znaczy, o wartości autora świadczy li i jedynie to, ile czasu minęło o złożeniu podpisu? Co ja mówiłam o snobowaniu?

O, album z wystawy Hanki. Więc to tu go tak bezsensownie położyła, na literaturze amerykańskiej i tylną okładką do góry, a potem przez pół środy szukała, aż wreszcie uznała, że widocznie został w domu. Dobrze, że się znalazł, obrazy Hanki wyglądają genialnie nawet w zwykłej broszurze. – Jest to więc album czy broszura?

Kryśka zaraz po opublikowaniu pierwszego tomu znalazła się pod obstrzałem podejrzliwych spojrzeń co poniektórych kolegów i koleżanek z pracy; ta niesprecyzowana płeć odbiorcy i pisanie raz o ciele męskim, raz o damskim, raz o czymś jakby pomiędzy, postawiło u paru osób pod znakiem zapytania jej małżeństwo: bo może ona tak skrycie, bo może ona też tak pomiędzy, bo może coś w jej związku nie tak… // — Ludzie są żałośni — skwitowała Kryśka któregoś dnia, gdy piły wspólnie herbatę u niej w domu i rozmowa zeszła na ten temat; sama zresztą najpierw zrelacjonowała Oldze wszystkie plotki, jakie dotąd dotarły do zakładu dwudziestolatki. — Ludzie są żałośni, zawsze sobie znajdą jakiś punkt, żeby się przyczepić do człowieka. Albo nie umieją oddzielić autora od tekstu. Znaczy ja wiem, że to coraz trudniej i wcale tak bardzo mnie od moich wierszy oddzielić nie można, w porządku, ale żeby strasznie poważni filolodzy, z doktoratami, habilitacjami i innymi takimi, nie umieli dostrzec gier językowych czy zabawy konwencjami? – Totalnie widzę tych profesorów i doktorów pochylających się z taką uwagą i takim niezrozumieniem nad genialną poezją jakieś dwudziestolatki.


Agnieszka nie dawała się zbyć. Agnieszka wyciągała z teczki jakiś papier i pytała słodko: „A czy to przypadkiem nie pan, jak twierdzi ten dokument, najbardziej zawzięcie krzyczał, że niemoralnego Gombrowicza trzeba wyrzucić / genialnego Gombrowicza trzeba przywrócić? Oczywiście pytam pana o to, bo jestem wstrętną feministką”. – Oczywiście parzę herbatę, bo jestem wstrętną feministką. Oczywiście znam angielski, bo jestem wstrętną feministką. Agnieszka naprawdę ma jakąś obsesję na tym punkcie.

Agata była świetną koleżanką, tylko miała zwyczaj przetrzymywać książki. – Przyganiał kocioł garnkowi.

Agata pracowała w kilku miejscach na kawałku etatu i bywała tak skołowana, że sama niekiedy nie wiedziała, gdzie ma w danym momencie jechać. Potrafiła w środku dnia zadzwonić do swojego chłopaka i zażądać sprawdzenia na wielkiej rozpisce nad biurkiem, co ma w planie za kwadrans, bo kalendarza-notatnika nie uzupełniła; Maciek, który pracował w agencji reklamowej, przyzwyczajony już do tego typu sytuacji, woził kopię tygodniowego rozkładu swojej dziewczyny w kieszeni i co pięć minut kontrolował telefon. // — Faceta trzeba sobie porządnie wychować — oświadczyła kiedyś Agata po takiej „akcji Maciek-rozpiska”, przeprowadzonej przy Oldze. – Łał, Agata włącza się do konkursu o najbardziej niesympatyczną postać z Musivum.

więc nie należało wątpić, że coś takiego jak wepchnięcie w stereotypową rolę tej dziewczynie akurat nie grozi. – Trochę za dużo tu tych przeczeń.

Maciek zresztą nie wyglądał wcale na wielce cierpiącego z powodu „wychowania do życia w partnerstwie”, jak to określała Agata, przeciwnie — najwyraźniej dobrze się odnajdywał w takim związku. – Biedny człowiek.

Okazuje się jednak, że za każdą książką kryje się człowiek — i nie chodzi tu o autora. Z wieloma tytułami wiązały się wspomnienia, od których przywołania, przeżycia na nowo i odczucia zupełnie tak jak kiedyś nie można się było uchylić. Na szczęście w przeważającej mierze były to wspomnienia przyjemne. // Zabawne, jak każda opowieść o książkach przemienia się w opowieść o ludziach. – Jeżeli każda książka kojarzy się Oldze z ludźmi, i jeśli nie jest w stanie jej wziąć do ręki bez odtworzenia sobie wspomnień w głowie, to nie wiem, jak też ona na co dzień funkcjonuje.

No i Olek gotował. I nie trzeba go było do tego specjalnie wychowywać. – Promocyjny egzemplarz, niewolnik 2.0.

Zgadzam się z osobą komentującą tekst, ten kawałek mógłby, zamiast Priamela, robić za wstęp do Musivum. Uniknęłabyś wtedy tego męczącego natłoku nierozróżnialnych postaci, każdy jest prowadzony po kawałku z jakąś cechą, wspomnieniem, pozwalającym na skojarzenie postaci. Luzem zaś ten kawałek jest dość zbędny, bo po pierwsze nie dowiadujemy się z niego niczego, czego byśmy nie wiedzieli z głównych tekstów, jest raczej takim streszczeniem-przypomnieniem, kogo Olga zna i jacy oni są, oraz wzbudzającym pewne zażenowanie szkicem Olgi niemal masturbującej się książkami.
Do tego każde przywołane nazwisko autora było raczej znane. Jeśli gust człowieka ogranicza się do listy lektur i pozycji „obowiązkowych dla każdego oczytanego człowieka”, to to człowiek, który chyba w ogóle nie czyta dla przyjemności.

Ku stronom

Moja biblioteka powstawała początkowo z dźwięków: rozpoczęły ją te bajki, baśnie, mity, legendy i podania, które opowiadała mi babcia. Poszczególne słowa unoszące się w powietrzu między mną, dwu-, trzy-, czterolatką a nią, siwą, pomarszczoną, przygarbioną sześćdziesięciolatką (...) Pamiętam, że główne role w moich opowieściach odgrywały dziewczynki takie jak ja, kobiety takie jak mama i staruszki takie jak babcia.(...) Wrogowie? Wrogowie byli podobni do nielubianych kuzynów i nielubianych wujów. Zawsze mężczyźni, bo choć kochałam tatę i świetnie się z nim bawiłam klockami, to jednak już wtedy musiałam podświadomie wyczuwać, że w dorosłym życiu ta właśnie płeć będzie miała czelność sugerować mi konieczność zamienienia moich bibliotek na garnki, moich książek na kosmetyki, moich własnych snów o fantastycznym życiu na kulturowe sny o rycerzu na białym koniu, którego do końca życia podziwiałabym bezgranicznie, zamiast zająć się podziwianiem swoich szans na spełnienie. – OCZYWIŚCIE. Serio, myśl, że trzylatka przeczuwa gender i by ustawić się w opozycji do niego, obsadza mężczyzn w rolach czarnych charakterów, jest kuriozalna.

kobiety niosły w sobie godną podziwu siłę, zdecydowanie i stanowczość. Każda z tych, z którymi był w jakiś sposób blisko — Magda, Anita, kilkanaście koleżanek z lingwistyki i filologii rosyjskiej — ich imiona zatarły mu się teraz w pamięci, choć twarze nadal umiałby rozpoznać — Dorota, Irina Jurjewna, Olga, (nawet matka) – Wiktor był blisko z kilkunastoma koleżankami? Co proszę?

Tak, zdecydowanie lubił Tovip — nie przeszkadzały mu nawet pewne rysy snobizmu, jakie wyłaniały się z „Ku stronom”; a może i przeciwnie, może ten snobizm właśnie dodawał zarówno książce, jak też autorce swoistego uroku, bo był to snobizm, jaki Wiktor rozumiał i cenił, dyskretny, sympatyczny i chwilami zabawny snobizm humanistek oraz humanistów, którzy poruszali się po tych wszystkich stronach.  Olga miała w sobie rys takiego snobizmu. // I Sebastian. // I Maria. // I Poldek. // I Agnieszka. // I nawet Michał, chociaż pewnie sam by się przed sobą do tego nie przyznał. // (I Olek.) – Kiedy opko samo się analizuje… Nie no, serio, nie wiem, co powiedzieć. Myślałam, że ten snobizm był przypadkowy, a tu jednak okazuje się, że wprowadziłaś go celowo. Niestety, nie jest on ani sympatyczny, ani zabawny.  

Trochę się bałam tego pierwszego kontaktu ze słowem pisanym, nauki czytania i nauki pisania; bałam się, że zatracę tę wspaniałą możliwość opowiadania wszystkiego po swojemu i dowolnego zmieniania tworzonej wypowiadanymi słowami rzeczywistości; bałam się, że historie ujęte w formę zapisu będą ubogą wersją tego, co się opowiada — bo zostaną dane raz na zawsze, bez możliwości zmian, bo przecież nie da się czytać liter inaczej, niż należy. – Musiała zatem być szalenie samoświadomym dzieciakiem.

Moja ciotka zgromadziła swój księgozbiór, pożyczając od znajomych, przyjaciół i rodziny ciekawe pozycje — i nigdy ich nie oddając. Mama, która jeszcze przed moim urodzeniem straciła w ten sposób kilka ulubionych powieści, podczas odwiedzin ciotki zamykała na klucz swoją bibliotekę — do której na czas wizyty przenoszono książki z reszty domu — i z zimną krwią powtarzała, że tak, właśnie robimy remont / odmalowujemy pokoje / mamy plagę mrówek i wszędzie rozpylamy paskudne środki owadobójcze. // Zastanawiałam się zawsze, czy ciotka w to wierzyła. W każdym razie na nas już nie zdołała powiększyć swej biblioteki. – A nie mogły pójść do ciotki z wizytą i odebrać swoich książek, bo?

Ciekawe, jaką zrobią okładkę. Angielski oryginał przedstawiał personifikację tej Biblioteki-Kobiety, o której Tovip pisała na początku: istotę o ciele kobiety połączonym z elementami książek. Rzeczywiście miała półki zamiast bioder i pasma włosów przechodzące w kartki książek. – Inspiracja?


 Zapach papieru powracał do mnie w najprzeróżniejszych, najdziwniejszych i najbardziej niespodziewanych momentach; był niczym ta Proustowska magdalenka, uruchamiająca całą epopeję wspomnień, niczym wyblakłe zdjęcie, które ukazywało znane niegdyś miejsca, niczym stare zapiski, przynoszące cień istotnych kiedyś spraw, niczym słaby dźwięk melodii, przy jakiej przeżyło się coś niebanalnego. – Flashbacki jako motyw przewodni Musivum.

Przymknął oczy, wciągając głęboko powietrze; poczuł woń kwiatów, które sąsiedzi z lewej hodowali na swoim balkonie, chyba pelargonii i chryzantem. Z tego, co pamiętał z kilku krótkich rozmów przy jakichś przypadkowych okazjach, oboje zajmowali się tymi kwiatami zawodowo — ona pracowała na Akademii Rolniczej, on w jakiejś firmie ogrodniczej. Nawet kiedyś zaproponowali Wiktorowi sprezentowanie „paru pięknych okazów, pan ma taki smutny balkon, a zobaczy pan, jak one na balkonie wspaniale się rozrastają i pachną”; podziękował, starając się zachować uprzejmość, chociaż to było denerwujące, co kogo obchodzi, że on ma pusty balkon? Którego to balkonu zresztą nie lubi. Kwiatów też nie lubi. Balkonu z kwiatami w ogóle by nie ścierpiał. – Ale jak to się stało, że Wiktor w ogóle porozmawiał z sąsiadami? Przecież on z nikim nie rozmawia, jeśli naprawdę nie musi.

Na samą myśl o tłumach ludzi dookoła Wiktorowi robiło się niedobrze. Jakby nie dość ludzi trzeba znosić na co dzień, to jeszcze dobrowolnie się pchać w ten tłok tylko po to, by kupić kilka rzeczy? Chyba jednak zostanie przy osiedlowej tandecie. – Okej, to teraz powiedz mi, co Wiktor, tak bardzo nienawidzący tłumów, że unikający robienia podstawowych zakupów w sklepie, robił podczas pełnej ludzi akcji ustawiania książek Olgi.

Herbata jednak, najlepiej mocna, czarna, najlepiej Lipton, parzona długo, najlepiej bez cytryny — i bez cukru, słodzona wydawała się Wiktorowi czymś obrzydliwym, tak samo kawa — herbata stanowiła fizyczną odmianę odprężenia, doskonale łączącą się z odprężeniem psychicznym przy książce. – Oczywiście każdy ma prawo do swojego gustu, mam tylko nadzieję, że jako autorka nie użyłaś tu akurat Liptona jako przykładu herbaty wyjątkowo smacznej czy dobrej gatunkowo?

Zapach świeżych owoców pobudzał u mnie pragnienie nie tylko tych owoców, ale i książki — kiedyś »Dzieci z Bullerbyn« oraz »Pippi Langstrumpf«, później powieści Jane Austen, dziś — kryminałów Marthy Grimes oraz Lilian Jackson Braun. Eleganckie kryminały i świeże owoce łączy jakaś łagodność i niewinność, bez której życie byłoby znacznie bardziej ponure, szare i smutne. – Życie bez morderstw jest takie ponure! Kryminały takie łagodne!

Uwielbiam jeść czekoladę z orzechami i bakaliami podczas czytania dziewiętnastowiecznych pisarzy angielskich; przy pizzy zawsze mam ochotę na kryminał lub powieść grozy, a czytając Balzaca, muszę mieć w pobliżu trochę pleśniowego sera i pół kieliszka czerwonego wina, inaczej przyjemność jest niepełna. Zupy to dobre towarzystwo dla współczesnej poezji, natomiast siostry Brontë wymagają zakąski w postaci wędzonych ryb. Przy »Dekameronie« Boccaccia zawsze opycham się jabłecznikiem i sernikiem. // [...] Zapach świeżych owoców pobudzał u mnie pragnienie nie tylko tych owoców, ale i książki — kiedyś »Dzieci z Bullerbyn« oraz »Pippi Langstrumpf«, później powieści Jane Austen, dziś — kryminałów Marthy Grimes oraz Lilian Jackson Braun. Eleganckie kryminały i świeże owoce łączy jakaś łagodność i niewinność, bez której życie byłoby znacznie bardziej ponure, szare i smutne. // Moja kuzynka namiętnie jadła brokuły podczas czytania Steinbecka; nie umiała wyjaśnić, z czym to się wiązało, po prostu musiała mieć brokuły do Steinbecka, a Steinbecka do brokułów, inaczej jedzenie i książki traciły część smaku. Moja mama przy czytaniu swojej naukowej literatury pogryzała solone ciasteczka, a przy czytanej dla odprężenia Jansson — piła gorącą czekoladę. Mówiła, że zapach gorącej czekolady doskonale jej pasuje do klimatu Doliny Muminków. Babcia do powtarzanych wielokrotnie powieści Dickensa przygotowywała sobie owocowe sałatki, a przy Szekspirze lubiła się raczyć białym winem. – O ile mogę zrozumieć, że jedna osoba ma taki a nie inny zwyczaj, hobby, zachowanie kompulsywne czy jak to nazwać, o tyle dziwnym mi się wydaje myśl, by cała rodzina miała kultywować takie same zwyczaje.

Może powinienem zrobić jakąś listę — pomyślał, gdy zupa się grzała na kuchence. — Żeby nie chodzić po tym cholernym sklepie w tę i z powrotem, zastanawiając się, czego potrzebuję. // Problem w tym, że robienie listy też było męczące i irytujące, mocno przy tym wyprowadzało z równowagi; lepiej więc spisać ją na ostatnią chwilę, tuż przed wyjściem do sklepu, wtedy męka będzie krótsza i wszystko się przecierpi za jednym zamachem. // Wpatrywał się ponuro w zawartość czarnego, aluminiowego garnka. Znów stracił kontrolę nad swoim życiem, pozwalając, by te sprawy z zawartością lodówki wyglądały, tak jak wyglądały; rany boskie, jak tego nienawidził, tego wymykania się własnego życia z własnych rąk, tej utraty panowania nad sobą i swoim otoczeniem, tego pozwalania, by sytuacja brała nad nim górę; nienawidził wtedy i tego, co dookoła, i siebie samego, za tę słabość, utratę kontroli, jakieś dziwne, obezwładniające uczucie niemocy i ugrzęźnięcia w czymś, czego nawet nie potrafił zdefiniować. – Myślę, ze Wiktor jest już na takim etapie problemów psychicznych, że powinien odwiedzić lekarza.

Ale on tłumaczył, a w tłumaczeniu chodziło o to, by zawrzeć jak najwięcej z przekładanego autora, a jak najmniej z przekładającego translatora. – Tak, pamiętamy.

Tydzień z życia studentki filologii klasycznej. UAM 2004

— Czyżbym wyczuwała subtelną aluzję? — prychnęła Danka, opierając się o prawe ramię Olgi, która w ekspresowym tempie pisała to, co jej dyktowała stojąca po lewej stronie niedużego biurka Brygida. – Czy to znaczy, że Olga jest leworęczna?

Nie, skąd — odparła ta ostatnia, przysiadając na brzegu blatu. — Wcale się nie drzesz na dzień dobry, że „aaa, moje notatki z komedii nowoattyckiej, aaa, tym razem je wpakowałaś pomiędzy swoje gacie!”. – Kto trzyma notatki w bieliźnie i po co?

— Ale wykasuj te kurwy i pojeby — zażądała Brygida z niesmakiem, gdy Olga wystukiwała uczuciową ekspresję autobusową. — To ma być parodia, a nie jakaś kolejna tandeta w rodzaju „Wojny polsko-ruskiej”. – Jako że już drugi raz odnosisz się do tej pozycji z niesmakiem ustami kolejnego bohatera, domyślam się prywatnej urazy.

Danka podyktowała przy tym bardzo naturalistyczny opis kierowcy autobusu, zatrzaskującego wrednie drzwi tuż przed nosem wycieńczonej biegiem studentki, oraz wiązankę zdecydowanie nieodpowiednich w ustach filologów słów skierowanych pod adresem odjeżdżającego pojazdu. // — Ale wykasuj te kurwy i pojeby (...) — Zostawiam tylko ten opis wściekłej ropuchy za kierownicą, bo to jest zabawne. – Gardzenie światem, odsłona fafnasta.

Ja mu u niej załatwiłam kubek z autorskim rozwinięciem skrótu LPR. // — Jakim? — zainteresowała się Brygida, sięgając po kawałek czekolady leżącej na głębokim, pomarańczowym talerzu na prześcieradle między nimi. // — „LPR: Lubię Porządnie Rżnąć” — wyrecytowała. — Powiedział, że do takiej partii to nawet mógłby się zapisać, pod warunkiem, że dodałabym na końcu „K”: „Konrada”. // — Prostackie — jęknęła Brygida, wyraźnie z trudem starając się zachować powagę, podczas gdy Danka głośno się zaśmiewała. // — Lubię być czasem prostacka — odparła Olga z zadowoleniem. — Życie od razu robi się ciekawsze. – Aha, bo uwierzę. Olga jest takim hipsterem, że nawet prostactwo uprawia ironicznie.

— O, wiem! — wykrzyknęła naraz radośnie Danka. — Zostaw już te chipsy i pisz, mam genialny pomysł na opis tych pierwszych chwil w nowym tygodniu na uczelni. // Kilkanaście minut później bohaterka została przeprowadzona przez pierwszy wykład, na którym trochę spała, trochę jadła, trochę wyglądała przez okno, trochę esemesowała, trochę przeglądała tłumaczenie na translatorium z Owidiusza i trochę chciała siusiu, wszystko na tle monotonnego głosu starego profesora, który z zacięciem godnym lepszej sprawy czytał trzeciemu rokowi filologii klasycznej, semestr zimowy dwa tysiące cztery, któryś rozdział ze swojej książki, wydanej w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym i od lat stanowiącej podstawową lekturę do zaliczenia przedmiotu. Ponieważ bohaterka zaopatrzyła się w ksero tej książki już na początku października, a pod koniec października ją przeczytała, darowała sobie słuchanie oczywistości i po wpisaniu się na listę obecności zajęła się ciekawszymi sprawami, szczególnie tą nadchodzącą w nieodpowiedniej chwili potrzebą fizjologiczną. Po wykładzie poszła do ubikacji, co konkretnie oznaczało konieczność odwiedzenia trzech toalet: na parterze był papier toaletowy, na pierwszym piętrze było mydło, a na drugim piętrze były papierowe ręczniki do rąk. Aby przejrzeć się w lustrze i poprawić włosy, trzeba było wrócić na sam dół do szatni. – Łał, to faktycznie genialne i takie fascynujące.

— Nie i nie chcę — dorzuciła Olga. — Olek mnie w pierwszym czy drugim tygodniu tych ćwiczeń dobił, bo ledwo Pindelek wszedł, Olek wymruczał mi w ucho: „Jeśli tak obowiązkowo wygląda gej po magisterce, to zmieniam orientację i rzucam studia”, potem całe półtorej godziny nie mogliśmy na siebie patrzeć, żeby ataku głupawki nie dostać. // — A ty wiesz, że w zasadzie popadamy w stereotypowe żarty i śmiechy z Pindelka, dlatego że nie wpisuje on nam się w kulturowy wizerunek „normalnego” faceta? — spytała po chwili poważnie Brygida. (...) — No wiem — przyznała, odwracając głowę ku Brygidzie. — No wiem, wiem, i pewnie gdzieś publicznie bym zjechała ludzi za obrażanie go i pogardzanie nim dlatego, że jest taki, jaki jest, ale co ja poradzę, że ledwo wchodzi na zajęcia, muszę się kłuć paznokciem w kolano, żeby się nie śmiać? Sama też się śmiejesz, widziałam ostatnio tę twoją minę, „panie, spuść na mnie szesnaście ton z Monty Pythona, bo inaczej zaraz spadnę z krzesła i będę się zwijać ze śmiechu na podłodze”. // — Nie twierdzę, że jestem idealna — odparła Brygida spokojnie. — Ale czasami jest mi głupio przed samą sobą. // — Mnie też, ale nie umiem się z niego nie śmiać, nawet kiedy nie chcę. – Nie wierzę ci, Olga. Myślę, że twierdzisz, że ci głupio tylko dlatego, że Brygida słucha. Myślę, że jesteś hipokrytką i że – po raz kolejny – nie przepuścisz żadnej okazji, by wyśmiać drugiego człowieka.

Czwartek bohaterka rozpoczęła pobudką o piątej, by o szóstej zająć sobie kolejkę na konsultacje do strasznego doktora WC, postrachu całego wydziału. Doktor WC przyjmował od jedenastej trzydzieści, a ponieważ wysyłał na konsultacje nie jednostki, lecz całe grupy, z tygodnia na tydzień i z konsultacji na konsultacje, co czwartek od samego rana przed jego gabinetem koczowały tłumy. – Masochista.

Jakbym się nazywała Wiesław Cerecki, to bym używała drugiego imienia, żeby nie mieć inicjałów WC – Mam dziwne przeczucie, że znowu się znęcasz nad Andrzejem, przez podobnie brzmiące nazwisko i niechęć odczuwaną przez studentów.

— W gruncie rzeczy — odezwała się wreszcie Brygida — jakoś teraz, jak to zebrałyśmy do kupy, to wcale mnie ten tekst już nie śmieszy. Może poza Pindelkiem, który się przewijał epizodycznie przez korytarze, ale to też mnie dręczy prywatnie. // — Mnie też nie śmieszy — zgodziła się Danka, bezskutecznie próbując usiąść na kołdrze w pozycji kwiatu lotosu. — Miejscami jest cholernie gorzkie, miejscami cholernie niesprawiedliwie, a miejscami po prostu dobijające, bo ja w weekend naprawdę mam zamiar kuć na poprawę wejściówki z analizy, a ten weekend bohaterki wcale mi nie dodaje sił i wsparcia. – Gorzkie i dobijające? Ej, czy naprawdę tylko dla mnie to jest po prostu cholernie nudne? :P A Pindelka przecież wycięły, opisując w zamian Pepeszę.

A wiecie, ja go jakoś na początku tego roku, jeszcze w październiku, spotkałam gdzieś na korytarzu, jak stałam przy którejś tablicy i coś czytałam, on podszedł, więc mu burknęłam „dzień dobry”, a ten na mnie tak spojrzał, jakby mu się zdechły ślimak napatoczył pod nogi, i powiedział: „O, to jednak nadal pani tu jest?”, aż mną zatrzęsło. – Nie no, bo po takim wyburczanym powitaniu powinien się rozpromienić jak słoneczko.

W pierwszej chwili to chciałam powiedzieć: „Wal się, debilu”, ale etos uczelniany nie pozwalał. — Roześmiały się, po czym Olga podjęła z wrednym uśmiechem: — Ale powiedziałam mu: „Tak, panie doktorze, jestem ja i cały mój rok, który uświadamia teraz każdej osobie z roczników poniżej, w jakich sytuacjach pan dziekan przychodzi na nadzór cudzych wykładów i egzaminów, do widzenia” i zmyłam się, zanim zdołał dojść do siebie, bo go wyraźnie przytkało. – A to z kolei wygląda jak jedna z tych ciętych ripost, które przychodzą do głowy kilka godzin po fakcie. Łącznie z wyobrażaniem sobie zdruzgotanej miny adwersarza. Sytuacja, która aż prosi się o klaszczącego kierowcę autobusu w tle.

— Ciotka mnie pocieszyła — odparła Danka. — Jak w któryś weekend wróciłam do domu i do niej wpadłam, opowiedziałam jej wszystko i się wyżaliłam, że nawet nie opłaca mi się zjechać w twarz Drysztyńskiego, bo tylko ja na tym stracę, a ona mnie klepie po ramieniu i z taką pełną powagą mówi: „Dania, co ty się przejmujesz takim złamasem, pamiętaj: chuj mu w plecy, bo w oko za wysoko, a w dupę za przyjemnie, i idziesz przez życie dalej!”. Normalnie wyłam z zachwytu, jak to usłyszałam, wyobraź sobie – Nie wiem, czy znasz taki termin jak second hand embarrassment, ale właśnie coś takiego teraz odczuwam.

— Nastaw się psychicznie, Bryśka, bo to są naprawdę fajne rzeczy, myśmy ostatnio przez gadu tak wyły ze śmiechu, jak sobie podrzucałyśmy fragmenty, że Olek przez kwadrans stał w drzwiach mojego pokoju i tylko na mnie patrzył, bo powiedział, że boi się podejść, bo ten mój atak może być zaraźliwy. (...)  — Czytam dalej — zapowiedziała Danka. — „Wsadziłem mu palec w dziurkę. Jęknął. Potem wsadziłem drugi. Znów jęknął. Wsadziłem trzeci. Jęczał głośno”. // — Zauważ, że bohater dominujący ma tylko trzy palce, bo czwartego i piątego już nie wsadzał — zwróciła uwagę Olga. Brygida zakrztusiła się chipsami. // — „Jego dziurka była tak ciasna, że się podnieciłem jeszcze mocniej”. // — Ucz się, Bryśka, nowa wersja gry wstępnej: ładujesz partnerowi palce w dziurkę w nosie lub w uchu, w zależności od indywidualnych preferencji. Ciekawa jestem, jak twój chłopak na to zareaguje. // — „Był tak dziewiczo ciasny, coś niesamowitego, chociaż robiliśmy to tyle razy”. // — Tak mi się przypomniało, że Afrodyta co jakiś czas odnawiała swoje dziewictwo w źródle, może to jakaś inspiracja mitologią? // — „W końcu wyjąłem palce”. // — Te trzy, jakbyś się pytała. Te tylko trzy. – Sigh, możliwe, że jestem nieskończenie zblazowana, bo ani trochę mnie to nie bawi. Możliwe, że odzywa się tu moje własne spaczenie – po przeczytaniu miliardów złych opek i złych seksów mało co jest w stanie unieść mi brew. A może po prostu bardzo trudno jest opisać chwilowy napad głupawki tak, żeby ubawił też czytelnika.

— Nie martw się, obejrzą — obiecała Olga z przebiegłym uśmiechem. — Zostaniesz jedną z głównych bohaterek i cały czas będziesz ględzić o serialach, nawet podczas rad. Mam taką wizję: rada wydziału zatwierdza nowego dziekana, a ty tłumaczysz wszystkim, jak dziekana wybrałaby Buffy na spółkę z tym tam, który posuwa tego blondyna. // — A ja? Ja też chcę! — upomniała się Danka. — Mnie też musisz opisać, przecież to ze mną komentujesz na gadu tę blogaskową grafomanię. // — Też cię upchnę — obiecała uprzejmie. — Wszystkich upchnę, a Drysztyńskiemu tak dupę obrobię, że może mnie potem pozywać do sądu, szmata. – Jeśli traktować to jak metatekst, w którym Olga planująca pisanie reprezentuje autorkę Musivum, to zdaje się, że moje podejrzenia o odgrywaniu się na realnych postaciach się sprawdzają.

Przy drzwiach w brązowej okleinie wisiał czarny zegar – Co było w okleinie, drzwi czy zegar?

Trzy dni, noc i poranek

Opiera podbródek na rękach i spogląda na Olkę, ubraną w sukienkę ze sporym dekoltem, jasnozieloną w ciemnozielone kwiaty, trochę spraną, sięgającą przed kolana i na cienkich ramiączkach — Olka pewnie najchętniej owinęłaby się tylko morką płachtą i Konrad wcale się temu nie dziwi; na Olkę, która siedzi przy swoim łóżku – Czy na pewno przywołanie jej imienia tyle razy jest konieczne?

z dwoma regałami w brązowej okleinie, zapchanymi książkami od góry do dołu, ze stosami książek, notatek i kser na podłodze, na biurku i wokół dużej szafy, z której ta brązowa okleina trochę schodzi. – Czy jest jakaś wielka potrzeba podkreślania, ile obiektów znajduje się w okleinie, koniecznie brązowej?

z pokoju Olki zresztą też dobiega muzyka, chyba Queen – Ciekawe, czy to znaczy, że Olka ma taki sam gust muzyczny jak Andrzej i Remigiusz.

— Gdzie masz prezerwatywy? // I przez krótką chwilę Konrada nachodzi przerażająca wizja: Olek odpowiada, że nie ma. Po zerwaniu wyrzucił, chociaż teoretycznie nie ma powodu, by wyrzucał, ale to jest Olek i nie byłoby wcale takie dziwne, gdyby wyrzucił, w każdym razie nie ma ich i perspektywę wspaniałej nocy jasny szlag trafia, słowo honoru, jak nie ma, to Konrad z miejsca idzie szukać całodobowej apteki... – Nie łatwiej iść na stację benzynową?

Ten tekst czytało się całkiem przyjemnie, zwłaszcza w zestawieniu z poprzednim.

Dialogi historyczno-kulturoznawcze

Jestem gdzieś w połowie tekstu i przysypiam. Tym razem kilometry tekstu zużytego na gruchanie do siebie dwóch zakochanych gołąbków. Ileż można? Ja rozumiem, że oni się bardzo kochają, naprawdę. Ale nie znam pary w świecie rzeczywistym, która by tak sobie bezustannie słodziła i spijała z dziubków, od takiego nadmiaru słodyczy naprawdę robi się niedobrze. No i nie wiem, co ma ten tekst na celu? Jeśli ukazanie ich uczucia w codziennych sytuacjach, to mogłaś go obciąć tak o dwie trzecie, bo to jest w swoim wydźwięku w kółko to samo. Ich relacja się nie zmienia, tylko po prostu słodzą sobie w różnych okolicznościach przyrody, ale fabularnie i emocjonalnie nic się nie dzieje, nic się nie zmienia.

ta belferska pecąca cholera zainstalowała nam gdzieś w domu pluskwę – Pecąca?

daj mi raz pograć w warcaby. // — Dobrze, dobrze... ale to profanacja szachów. (...) Naprawdę, Michał, granie w prostackie warcaby intelektualnymi szachami to profanacja. – Chyba dla kogoś, kto do tej pory żył pod bardzo arystokratycznym kamieniem.

Tym razem już nie jako para najlepszych przyjaciół, tylko para najlepszych przyjaciół i para, i będziemy siać zgorszenie wśród innych uczestników. – Para i para. Para w ruch.

— Nie mogę zrozumieć, dlaczego wziąłeś się akurat za tę tematykę. // — Bo się czuję sprofanowany! To moja zemsta na tych wszystkich autorkach przez „ł”, które piszą yaoice, w których robią z gejów jakieś piskliwe, płaczliwe i niedorobione ćwierćmózgi. Ta tutaj trafiła mi się wcześniej w dyskusji w komentarzach, straszna jest, patrzy na świat przez sztywny, czarno-biały i nienaruszalny schemat uke-seme. W którymś momencie tak się zapaliła, że zaczęła mi tłumaczyć, że jeśli mam faceta starszego i wyższego od siebie, to muszę, rozumiesz, muszę być w łóżku zawsze na dole, a skoro jestem na dole, to muszę, po prostu muszę... czekaj, zacytuję ci to, tylko znajdę, wejdę w archiwum. // — Chyba nie chcę tego cytowania. // — Nie bądź taki, pocierp ze mną. O, mam, słuchaj: „A skoro ty przegadujesz swojego faceta i jesteś dla niego złośliwy, to wy macie jakiś dziwny związek. Przecież ty jesteś tym uległym! Więc jasne, że twoją rolą jest bycie tym cichszym, słabszym i tym, o którego trzeba dbać”. Śmiej się spokojnie, ja poczekam. // — Jasna cholera... nie, nie wierzę, że można coś takiego wymyślić. // — Co ty na to, że moją rolą jest bycie tym cichszym, słabszym i tym, o którego trzeba dbać? I nie powinienem się zbyt często odzywać, i nie powinienem robić jeszcze wielu innych rzeczy. Tu był taki kawałek na temat bohatera... o, jest: „Słuszne jest właśnie, jak uke słucha się seme, bo to seme jest tym dominującym i to on ma decydować o ważnych sprawach w związku. Równouprawnienie, no OK, ale uke dominujący? To jakaś kpina i paranoja, a nie uke, to wybryk natury. Uke nie powinien się obnosić z tym, że chce seksu od seme. On powinien być milczący i się rumienić!”. Co ty na to? Czemu tak patrzysz? // — Przyznaj się, zmyśliłeś ten cytat. // — To podejdź tu i sobie zobacz. O tutaj. // — Nie wierzę, że to widzę. – Ale przecież seme/uke to sztywne zasady gatunku, a nie coś, co odnosi się do prawdziwych ludzi. Więc tak, w literaturze yaoi, uke powinien być uległy, a seme dominujący, tak jak, nie wiem, w gotyckich romansach heroina powinna być piękna i omdlewać w wygodnych momentach. No i szczerze mówiąc, w twoim własnym tekście ten schemat, z którym próbujesz chyba walczyć, jest dość mocno zarysowany, czyli mamy intensywnie nadopiekuńczego i dominującego w łóżku Sebastiana oraz dziecinnego, poddającego się tej opiece, nadstawiającego głowę do głaskania Michała. W takich chwilach odnoszę wrażenie, że ta scena jest tu tylko po to byś miała pretekst do podzielenia się z czytelnikami swoim światopoglądem. Język, którego używają bohaterowie jest zbyt literacki, mało naturalny.

Nienawidzę robienia zakupów na weekend i nowy tydzień, tego tłoczenia się w hipermarketach, tych kolejek do kasy, tego ładowania do wózka, z wózka na taśmę, z taśmy do wózka, z wózka do toreb i do samochodu, z samochodu do mieszkania, w mieszkaniu z toreb do lodówki... – A nie robi małych zakupów w osiedlowym sklepie, bo?

— Rzucamy? Nie wzdychaj tak, wiem, że ty byś nigdy nie rzucił. Ale zobacz, dwie już wypakowane. // — A cztery jeszcze czekają, aleś mnie pocieszył – Tygodniowe zakupy dla dwóch mężczyzn to sześć toreb jedzenia? To chyba trochę dużo, co? Swoją drogą, mogli zamówić sobie jedzenie przez internet, jeśli wychodzenie z domu to taka męka.

— Akurat, żal by ci było kostek. Słuchaj, jeśli ty zrobisz bułki, to ja zrobię herbatę, jak już wypakujemy. // — Wybrałeś łatwiejszą część. // — To jeszcze posmaruję bułki masłem. // — Beznadziejnie smarujesz, tak cienko, jakbyś oszczędzał na maśle. // — Twoje posmaruję grubo, słowo. Ten cukier nie pękł?... Kurde, trochę pękł i wysypuje, daj woreczek. // — Zobacz mąkę, też mogła się rozerwać. Czy ty przypadkiem nie siedzisz na jogurtach? // — Nie, na proszkach do prania. Nawet wygodne. Weź jeszcze makaron. O, cynamonu nie wzięliśmy. Cholera. // — Uciekło mi przy spisywaniu listy, przepraszam. // — Dobra, przeżyję, przy okazji gdzieś kupię. Patrz, dwie trzecie toreb za nami, możemy już wyjąć książki z twojej teczki? – Powiedz, co mnie obchodzi lista zakupów fikcyjnych postaci? Czemu mam się przejąć brakiem cynamonu i rozdartym cukrem?

— Wiesz, co mnie najbardziej zachwyca w byciu z tobą? // — To, że gotuję, piorę i przechowuję u siebie twoje książki? // — To też. Ale, już tak poważnie, najbardziej zachwyca mnie zawsze to, że kocham cię tak, że mógłbym stanąć dla ciebie na głowie, a jednocześnie wiem, że przez ciebie mój świat nie musi stawać na głowie. Rozumiesz? Nie próbujesz mnie zmienić i dopasować do jakiejś swojej wizji ani ja nie czuję presji czy twojego oczekiwania, że przemebluję całe swoje życie pod jakieś twoje dyktando. // — Czego byś i tak nie zrobił. // — Nie, bo nigdy tego nie robiłem i nigdy nie chciałem. I zawsze mnie to mierziło w ludziach, to wzajemne stłamszanie się w ramach tak zwanego związku. Gdybyś był taki jak inni, czyli w którymś momencie zaczął mnie urabiać po swojemu, a raczej zaczął próbować, to zwiałbym od ciebie jak najdalej, tak jak od innych. Ale ty nigdy nie wyskakiwałeś z takimi ciągotami — i właśnie dlatego cały czas zachwyca mnie to, że z twojego powodu mój świat nie musi stawać na głowie. – Taa. A teraz sobie zestaw ten kawałek z tym:
— Masz się natychmiast ubrać. // — Wolę, gdy tym samym tonem mówisz: „Masz się natychmiast rozebrać”. // — Możesz sobie pomarzyć, gdy się będziesz ubierał. Załóż tę piżamę, bo się zdenerwuję. // — Dobra, dobra... nie patrz takim morderczym wzrokiem. Już zakładam. Nieważne, że ta piżama jest dobra na zimowe noce poniżej zera stopni. // — Nieważne, zwłaszcza że ty masz trzydzieści dziewięć stopni. // — Trzydzieści osiem i osiem! Już nie przesadzaj. Za gorąco mi. // — Masz się… // — Wiem, ale nie cierpię tego wypacania się pod kołdrą, ciepłą piżamą, może jeszcze trzy swetry mi założysz? // — Jeden sweter by się przydał. Jeśli nie będziesz się rozkopywał, to ci go daruję, przynajmniej przy tej piżamie. A teraz siadaj, wysuszę ci włosy, skoro sam masz taką awersję do używania suszarki. // — A nie możemy sobie tego odpuścić? // — Nie wkurzaj mnie, Michał. Bo możesz oberwać tą suszarką w ten paskudnie przeziębiony i paskudnie bezmyślny, mokry łeb. Wysuszę ci włosy, dam antybiotyk i zrobię obiad. Pochyl trochę głowę. I dopóki cię nie zawołam do kuchni, lepiej, żebyś nawet nie myślał o wyjściu z łóżka czy skopaniu z siebie kołdry, bo ci za gorąco. Przechyl tak trochę. Bo nie będziesz już więcej miał czym skopywać. Jasne? // — Yhym... Odsuń trochę, ucho mi przypalisz. Nie jestem głodny, nie mam apetytu. // — Przy takiej gorączce nigdy nie masz. Czekaj, zaplątałem się w kabel. Już. Pochyl. Ale musisz zjeść, gdzie łeb podnosisz, nie masz co dyskutować. Wepchnę w ciebie tę zupę, jeśli sam jej nie zjesz. Wiesz, że wepchnę, prawda? // — Prawda, prawda. Parzy. Chcesz mi pół głowy przepalić? // — Przecież trzymam z daleka! // — Ale i tak parzy. Cholera, nienawidzę suszarek. Wiesz co, przeginasz, postawiłeś mi w pokoju grzejnik, władowałeś mnie w zimowe szmaty i jeszcze mi dmuchasz w łeb gorącym powietrzem. Parzy. I jeszcze chcesz we mnie wlać gorącą zupę, żebym się już zupełnie ugotował na twardo, i na zewnątrz, i wewnątrz. I pewnie potem znowu mi wlejesz tę obrzydliwą herbatę malinową. Parzy. Głowa mnie boli i gardło, nie będę go sobie jeszcze przepalał wrzątkiem. Parzy, cholera. I szlag mnie trafia od tego kataru, musiałeś mnie tak obłożyć paczkami chusteczek, żebym się czuł jak w szpitalu? No parzy!

— Lubię tak rozmawiać z tobą środku w nocy, przy zgaszonym świetle, kiedy nic nie widzę, tylko czuję twoje ręce i słyszę twój głos. // — Też masz wrażenie niesamowitej intymności? // — Yhym. I swobody. Jakoś po ciemku łatwiej powiedzieć niektóre rzeczy. Nie wiem, dlaczego, może to się wydaje bardziej nierealne i mniej konkretne, mniej wystawione na widok, gdy nie ma żadnego obrazu? Nie ma takiej... jakby to powiedzieć, kontekstu wokół słów, „narracji widzenia”, tła dialogu. Czemu śmiejesz mi się w kark? // — Bo od razu można poznać, że się jest w łóżku z filologiem i pisarzem. // — No proszę cię… // — Autorem, autorem! Przepraszam, autorem, nie powiedziałem tego słowa na „p”. // — Załóżmy. I kulturoznawcą, nie filologiem. // — Sam mówiłeś, że to wasze kulturoznawstwo to taka kulturoznawcza filologia polska. // — W sumie tak. I w sumie najbardziej mnie zawsze interesowały te zagadnienia, które dotyczyły pogranicza kulturoznawstwa i filologii. Więc na filologa mogę się zgodzić, ale to drugie… // — Wiem, wiem, już się pilnuję. W każdym razie od razu poznać, że się dzieli poduszkę z filologiem, zdradza cię terminologia. – Ale proszę cię, kto rozmawia tak budując zdania i używając takiego słownictwa. Strasznie to sztywne.

To, co się nie może wydarzyć

Zwłaszcza że gdyby chciał, to mógłby go poczuć naprawdę. Gdyby chciał. // Gdyby. (chciał) – Czy to ostatnie chciał w nawiasie ma sugerować, że Wiktor faktycznie chciałby przeprosić Krzyśka? Trudno mi w to uwierzyć. A poza tym miniaturka zgrabna, widać, że krótsze formy wychodzą ci na zdrowie.

Pusty prostokąt zbielałej trawy

Piszesz, że w pokoju Michała nie ma mebli, jeno materac, półka na książki i dwa kartony. Gdzie też on trzyma na przykład ciuchy, dokumenty, rzeczy codziennego użytku?

Michał miał do tej lodówki sporą sympatię – Sympatię się raczej czuje niż ma.

rok temu Zuzia była jeszcze w drodze, w tym roku jest już w łóżeczku, z pluszowym króliczkiem, drobna, pulchna, miękka, ciepła, delikatna, z ciemnymi, kręcącymi się włosami, z mikroskopijnymi palcami, z różową, pucołowatą buzią, z wielkimi, ciemnoniebieskimi oczami, zabawna i zachwycająca swoimi niemowlęcymi cechami. Rok temu, w tym roku, w przyszłym roku — jak to pędzi... – Skoro Sebastian tak lubi dzieci, ciekawa jestem, czemu nie zastanawia się nad posiadaniem własnych. Nie tyle może w formie konkretnych planów, co jakiejś tęsknoty.

Mężowskiej relacji o marcowych wędrówkach Ina wysłuchała ze spokojem, tym swoim charakterystycznym spokojem, którym potrafiła niesamowicie ująć; chwilami tylko spoglądała na Sebastiana i uśmiechała się lekko znad pitej herbaty. // — Dobrze się dobraliście — powiedziała wreszcie – Dowiadujesz się, że co roku chłopak szwagra znika na łazędze, by radzić sobie z czymś na kształt nie leczonej nerwicy/depresji? „Dobrze się dobraliście” jest istotnie najtrafniejszym komentarzem.

Poczucie humoru, które we dwóch prawie ich nie opuszczało. – Poczucie humoru to jest coś stałego, opuścić ich mógł dobry nastrój. No i coś mi nie gra w tym zdaniu.

Pełne zaufanie i pewność, że na kogo jak na kogo, ale na Michała zawsze można liczyć. – Póki co, we wszystkich opisywanych scenach to Michał musiał polegać na Sebastianie, nie odwrotnie.

Poezja prostego filozofa

Poezji z zasady nie dotykam. Tak jest lepiej dla wszystkich.

„Niepotrzebne, zbędne, bezsensowne”. Postscriptum

To był jeden z powodów, dla których Agata zakochała się w tych zajęciach: to niesamowite coś, co taniec brzucha robił z kobietami. Odzyskiwał je dla siebie; dawał im poczucie seksowności i zmysłowości, oparte nie na zewnętrznych wymogach estetycznych, tylko na tej zabawie z ciałem; pozwalał poczuć się pewnie z własnymi udami, biodrami, brzuchami, piersiami, ramionami. Agata, jak większość normalnych kobiet niemieszcząca się pod jakimś względem w „modelowych wymiarach z Cosmo” – na tańcu brzucha czuła się w swoim ciele fenomenalnie. Co najlepsze – po zajęciach przez długi czas też. – Agata jest dziennikarką, prawda? Nie zdaje sobie sprawy z tego, że projektuje własne doświadczenia na wszystkie inne osoby w grupie?

No właśnie, pornosy. Najlepszy sposób, żeby się odprężyć, bo po całym tygodniu użerania się z głupimi nastolatkami, które nie odróżniają „ils ont” od „ils sont”, oraz z ich głupimi rodzicami, którzy nie odróżniają ocen za wiedzę – a raczej za jej brak – od ocen za zachowanie – a raczej też za jego brak – swoich bachorów, oraz z głupim dyrektorem, który już w ogóle niczego nie odróżnia, człowiekowi naprawdę należało się coś od życia. (...) A najlepszą literaturę mógł znaleźć u siebie. No, dla ścisłości, u Prousta, u Balzaca, u Colette i u siebie. // Pierwsze minuty pornosa już mu poprawiły humor, nawet perspektywa sobotniego posiedzenia ze sprawdzianami trzech klas przestała tak ciążyć. Ładnego faceta wzięli na głównego bohatera. // – Tylko czemu oni im tak wszystko golą? – mruknął Julek z papierosem w ustach. – Jak jakieś pierdzielone lalki albo nielaty. Jakbym chciał faceta gładkiego jak lalka – poinformował ekran laptopa nieżyczliwym tonem – to bym sobie kupił właśnie taką gumową lalkę, kurwa. No tak, tak – syknął po chwili wściekle pod adresem kolejnych postaci – jeszcze go sobie poobracaj tak w kółko parę razy, to go sobie razem z własnym fiutem odkręcisz! – Yyy... aha. Julek jest chyba najbardziej niesympatyczną postacią całego Musivum, część pozostałych bohaterów w ogóle go świadomie unika, a ten malutki dodatek stawia go jeszcze w żałośniejszym świetle, jako frustrata, któremu w życiu nie wyszło. Praca ssie, więc po pracy ogląda porno, które też go nie kręci, do tego ta megalomania i po raz kolejny stawianie kanonu lektur jako niedoścignionego wzoru… Nawiasem mówiąc, znalezienie gejowskiego porno z włochatymi aktorami nie nastręcza wielkich trudności.

Metodyczna Zołza // To to moja propozycja do kolejnego kawałka: // (kawałek) „Wsadziłem w Naruto jeden palec. Wsadziłem w Naruto drugi palec. Wsadziłem w Naruto trzeci palec”. // (moje) I w ten sposób dowiedzieliśmy się, ile palców ma Sasuke: trzy! – Okej, czy ten kawałek o palcach jest na tyle istotny, by powtarzać go w kolejnym opowiadaniu?

Wszedł na stronę „Spectrum Nexus”, wybrał kategorię „yaoi” i w osobnych zakładkach otworzył kilka ciekawych graficznie tytułów. – Ciekawych graficznie? Każdy odnośnik miał własny obrazek?

Seweryn powoli wsunął do szyjki butelki szczypce i delikatnie dotknął pierwszy z trzech masztów, czyli ostatni, tylny – Ostatni będą pierwszymi?

Realfiki były swoistą zemstą nad wredną codziennością. Ich bohaterami zostawali ludzie z otoczenia Dominika – ci, którzy w danym momencie akurat wyjątkowo mu podpadli, szczególnie zdenerwowali lub od zawsze należeli do nielubianej grupy znajomych. Treść realfików była z reguły prosta, wręcz banalna i powtarzalna – ale nie to się liczyło. Liczyła się możliwość wzięcia odwetu, odpłacenia pięknym za nadobne i bezkarnego wyżycia się na durniach, których musiało się wokół siebie znosić. Potem, gdy potrzebował znów odprężenia albo lekkiej rozrywki, czytał z przyjemnością swoje twory. Nigdy mu się nie nudziły, za to zawsze poprawiały nastrój. – Hm. Hm. Hm. Ile z tego jest w Musivum?

To teraz, pomyślał z zadowoleniem, popijając piwem garść bekonowych chrupek – teraz napisze sobie realfika o paru kretynach, którzy nie doceniają jego twórczości. O autorach kilku złych recenzji jego niedawno wydanego tomu opowiadań. – Mam się bać? :P

– Jesteś moim ulubionym szwagrem – powiedział później Michałowi, gdy podczas jakiegoś spotkania rodzinnego akurat stali pod oknem i nikt ich nie słyszał. – Ta kolejka, którą sprezentowałeś Zuzce, jest genialna, uwielbiam ją. // – W sumie to wybrałem ją, żeby dziecko nie tkwiło w zabawkowych stereotypach płciowych i żeby zdobywało genderową świadomość – mruknął zagadnięty z uśmiechem. – Ale jeśli przy okazji i ty masz z niej radochę... – Obejrzał się szybko za siebie, przysunął się i dorzucił ściszonym głosem: – To kiedy mogę do was wpaść, żebyśmy jeszcze raz zrobili wielkie zderzenie ekspresów pod wiaduktem? – Taa, gender-szmender, to tylko wymówki ;)

Wieczorem Poldek siedział w swoim pokoju ze szklanką piwa i resztką tabliczki Wedla z orzechami – Kolejny drobiazg, ale wszyscy u ciebie, jeśli już jedzą czekoladę, to jest to Wedel z orzechami, Olka, Agnieszka, Poldek.

„Podręcznik sanskrytu. Gramatyka – wypisy – objaśnienia – słownik – Andrzej Gawroński”, zapisała w pliku „Książki zdobyte w 2011”. Następnie piórem – bo do tego używała wyłącznie pióra – podpisała się na stronie tytułowej swojej zdobyczy, w dolnym prawym rogu, a w lewym górnym dodała: „5 II 2011, Allegro”. Od pewnego czasu odpowiadał jej taki bardziej szczegółowy sposób oznaczania własnych zbiorów. – No faktycznie, opisanie czegoś „Allegro” jest szczegółowe jak diabli, zwłaszcza że sprzedają tam zarówno osoby prywatne, jak i regularne sklepy, a książka może być nowiutka, jak i z drugiej ręki.

Uwielbiała też w takich chwilach Martę za zrozumienie i umiejętność zajęcia się sobą bez pretensji do drugiej strony „nie poświęcasz mi czasu”. – Czyli właściwie mamy tu taką samą relację jak ta Michała i Sebastiana.

W dniach, w których tracił wszelką wiarę w przyszłość literatury, Andrzej zazwyczaj sięgał po prawdziwą, dawną literaturę, najczęściej po któregoś z ulubionych pisarzy iberoamerykańskich albo po „Moby Dicka” Melville’a. Potrzebował psychicznego i intelektualnego wytchnienia. – Mam rozumieć, ze od czasów Moby Dicka nie napisano już niczego wartościowego? To świadczy o tym, że Andrzej tak naprawdę nie ma wiedzy o literaturze – nie potrafi dostrzec wartościowej współczesnej, chyba też nie wie, że dawne klasyki w swoich czasach również były nieraz uznawane za gnioty. No i teraz przepadło, po cytowanym opisie widzę Andrzeja zaczytującego się książkami Coelho.

W takich momentach robił coś, do czego nikomu by się nie przyznał, do czego nawet niechętnie przyznawał się sam przed sobą: przeglądał strony czy blogi z opowiadaniami, wybierał te, których autorzy zdradzali jakieś nieuzasadnione przekonanie, jakoby ich teksty miały jakąkolwiek wartość, czytał wybrane wypociny uważnie – po czym drobiazgowo, nie oszczędzając najmniejszego szczegółu i błędu, komentował tekst. Obnażał wszystkie słabe strony takich grafomańskich poczynań, wskazywał autorce czy autorowi, gdzie jej/jego miejsce, nie pozostawiał suchej nitki na tym, co nie zasługiwało na ani jedno dobre słowo – i przez kilka chwil czuł satysfakcję. Kolejny grafoman otrzymał sygnał: jesteś tylko grafomanem, dla dobra literatury trzymaj się od pisania z daleka. – Um, sęk w tym, że drobiazgowe wypisanie błędów potrafi zająć kilka dni, a nikt nie wie o tym lepiej niż ja. ;)

Ta blogerka tutaj nie była wyjątkiem. Opis pretensjonalny i pełen takiego „chciałabym, ale nie mogę”. Absolwentka polonistyki, doprawdy? Autorka jakichś artykułów „naukowych”, proszę, proszę. Po doktoracie, dobre sobie. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać: jeżeli to wszystko kłamstwa, to próba dopisania się do środowiska akademickiego jest po prostu żałosna. Jeśli to wszystko prawda, to obecność kogoś takiego w środowisku akademickim jest chyba jeszcze bardziej żałosna. Tak czy inaczej, przykro w ogóle na to patrzeć. – Czy to jest taki autoironiczny fragment?

Ten dodatek jest naprawdę fajny i w stu procentach wypełnia swoją rolę. Dajesz nam drobne informacje o każdej z postaci, o tym, co jest dla nich przyjemne i ważne, co jednak niekoniecznie musi pojawiać się w tekście głównym. Równocześnie rozbudowujesz tym bogactwo swoich postaci, nabierają pełniejszych barw. No i trzymasz się krótkich form, co zdecydowanie wychodzi ci na dobre.

Na boisku o piątej

Musiałem zahaczyć o bibliotekę. A mama jeszcze w ostatniej chwili pogoniła mnie do sklepu po jakieś bzdury – powiedział z niechęcią. – Zawsze jej się coś przypomina, jak mam już wychodzić, i oczywiście ja muszę po to iść. Strasznie mnie tym wkurza. // – Fajnie masz – mruknął Marcin bardzo cicho. – Też bym chciał, żeby mnie mama gdzieś wysyłała do sklepu. – Kurczę, nie pasuje mi ta trauma na wierzchu do nastolatka, ani świeżo po tragedii, ani dawno po.

Skończyli w ciągu kilku chwil, naprawdę niewiele już potrzebowali. Potem przez dłuższy moment stali obok siebie, Andrzej z głową na ramieniu Marcina, Marcin z czołem opartym o klatkę piersiową Andrzeja – No i patrz, jeśli Andrzej potrafił Marcinowi okazać pewną czułość, dlaczego te umiejętności mu się cofnęły przy Remku?

A gdy siedziała w domu, to dostawała jakiegoś kręćka na widok gości Marcina i tak jak zwykle nie odrywała się od telewizora albo pasjansa, tak wtedy łaziła po całym domu w tę i nazad, i ciągle coś przynosiła, czymś częstowała, czegoś się chciała dowiedzieć. W takich momentach Marcin z trudem nad sobą panował, przed powiedzeniem babci czegoś niemiłego powstrzymywała go tylko myśl, że to jest mama mamy, więc wobec mamy byłoby to nie fair. – Hm, ten tryb myślenia wydaje mi się mało naturalny.

Stali blisko siebie, tak blisko, że wystarczyło jeszcze odrobinę się przysunąć i już by można dotknąć ust Andrzeja. Albo wtulić się w niego, tak po prostu. Tylko że Andrzej nie lubił tych różnych przytulanek, po seksie zawsze się odsuwał i marudził: „Nie klej się” albo: „Przestań mnie obściskiwać, jakbyś nie miał nic lepszego do roboty”. A w innych wypadkach: „Po co się do mnie kleisz, jak i tak się nie możemy pieprzyć?”. Nie lubił, a szkoda, bo czasami człowiek miał ochotę tak zwyczajnie i bez niczego się przytulić. Ale on tego chyba nie rozumiał. – No nie wiem, niby Andrzej ma nie rozumieć, po co ludzie się do siebie przytulają, nie czuć takiej potrzeby, ale jednak do matki się tulił.

To, jak opisujesz reakcję Andrzeja na bicie i reakcję Marcina na nagłe olśnienie, też mi zgrzyta. Bo Andrzej zachowuje się raczej jak ofiara regularnej przemocy domowej, a nie ktoś, kto dostaje po tyłku raz na rok i nie bez powodu. Dziwi mnie to zdziwienie i współczucie Marcina, bo zachowuje się jak współczesne dziecko, dla którego pas jest bajką o żelaznym wilku, a nie ktoś, za kogo czasów był to powszechnie stosowany system karcenia dzieci.

Poza samym Andrzejem był jeszcze jeden powód, dla którego Marcin tak regularnie i chętnie przychodził: mama Andrzeja. To była taka miła, dobra, ciepła kobieta – No i masz, nie można powiedzieć, że Andrzej został socjopatą, bo nie miał pozytywnych wzorców w domu. Większość czasu spędzał jak normalne dziecko w normalnym otoczeniu.

trochę się kiedyś znała z jego, Marcina, mamą, i czasem nawet rzucała jakieś uwagi, od których jednocześnie chciało się uśmiechnąć i rozpłakać, jak choćby to, że „jak byłeś mały i miałeś świnkę, to twoja mama uszyła ci wtedy taką pluszową świnkę, żebyś razem z nią brał lekarstwa, pamiętasz? Pamiętasz tę świnkę, Marcinku?”.(...) Świnką leżącą teraz wraz z innymi drobiazgami w pudle, wyjmowaną rzadko, przywołującą wspomnienia, z którymi Marcin nie umiał sobie poradzić. – Ile minęło czasu, że z jednej strony mamy stare zdjęcia z niemodną fryzurą i przytulanki, a z drugiej nieprzepracowaną wciąż świeżą traumę na wierzchu?

Nawet teraz czuł się głupio, gdy przypominał sobie tę całą akcję. Był tak szczery, tak wprost mówił o swoich uczuciach, a ten bydlak wzruszył tylko ramionami i mruknął: „A ja nie potrzebuję tego twojego kochania i całej tej sentymentalnej scenerii. Nie, nie kocham cię, daj mi spokój. Weź się do mnie nie klej, bo mnie to wkurza, idę do domu. – Andrzej, Człowiek, Który Nie Potrafił Kochać.

 Wysoki i ciemna czupryna, to by się zgadzało…

ryczał, zupełnie jak małe dziecko, i sam już nie wiedział, czy bardziej ryczy z powodu Andrzeja, czy z powodu tej kuli, którą mama dala mu raz na Gwiazdkę, gdy miał cztery czy pięć lat, i którą zwykle trzymał na półce nad łóżkiem, a potrząsał nią tylko w święta, żeby było tak bardziej świątecznie. A teraz już nią nie będzie mógł potrząsać. I nie będzie sobie mógł przypominać, jak mama mu pokazywała za pierwszym razem, jak bałwanek sobie stoi, czeka na śnieg, i nagle, puf-puf-puf, trzęsiemy, widzisz, Marcinku, i zaczyna padać śnieg, i bałwanek się cieszy, i jest cały w śniegu, widzisz? Już nie będzie mógł sobie tego przypominać, tak naprawdę i całkowicie, z kulą w ręku. I nie będzie się więcej kochał z Andrzejem. I nie będzie więcej trzymał mamy za rękę. I nie będzie więcej zerkał na Andrzeja w szkole z taką przyjemną myślą „To jest mój chłopak!” – Yyy, to złożenie wygląda tak, jakby Marcin sobie Andrzejem tę matkę zastępował. To zestawienie pamięci o matce z seksem wyszło dość niezręcznie, chyba że świadomie chciałaś pójść w sugestię patologii, tylko nie wiem, po co.

kanapki z czosnkiem też jakoś przeżył – Kolejny powracający element świata przedstawionego, babcia Marcina i Sebastian robią takie same kanapki chorym podopiecznym.

Test w pierwszej grupie wypadł bardzo średnio. Anglistka się przejęła. I Andrzej też. Był na piątym czy szóstym miejscu od końca w punktacji (...) Ich grupa miała test w środę, wyniki dostali w czwartek. W poniedziałek test miała mieć druga grupa. I nagle Andrzej oświadczył, że on się chce przenieść do tej drugiej grupy (...) ale on po prostu musi napisać jeszcze raz. No to dostał jakiś inny test. I napisał. I na sto punktów dostał dziewięćdziesiąt trzy. // – Jak ty to zrobiłeś? – spytał wtedy Marcin ze zdumieniem. (...) – Uczyłem się przez weekend – odpowiedział wtedy Andrzej obojętnie, tak jakby to było takie nic. Dwa lata anglika wryte w dwa dni? – E no nie. Nie nadrobisz dwóch lat w weekend. Nie ma bata.

na pytanie, czy dlatego nie przyszedł na boisko, chociaż się umawiali, stwierdził, że nie, po prostu zapomniał. (...) po cholerę był ten cyrk z zamianą grup i z pisaniem od nowa testu? Marcin trochę go o to piłował – Zaraz, Andrzej zerwał, Marcin przesiadł się do innej ławki i tylko czasem mu się przyglądał, dlatego też dostrzegł, że z Andrzejem coś się dzieje, a tu nagle jakieś piłowanie i umawianie się na boisku?

Chyba ci się nudzi w domu – mruknął Marcin. Zawziętość Andrzeja budziła zdziwienie i rozbawienie, ale też trochę podziwu. Bo jednak po dwóch dniach przejść z siedemnastu punktów na dziewięćdziesiąt trzy... Naprawdę musiał ostro ryć. – Nie takie rzeczy załatwiał imperatyw.

Chociaż to trochę śmieszne wyjaśnienie, jeśli się widziało, jak Andrzej patrzył na swojego ojca i jeśli się słyszało, jak Andrzej mówił o swoim ojcu. Ale tylko on, Marcin, widział, jak Andrzej patrzył i tylko on, Marcin, słyszał, jak Andrzej mówił. – A reszta była ślepa i głucha?

A potem znów obok strachu pojawił się podziw. I taka jakby duma. I zazdrość. Bo Andrzej miał odwagę zrobić coś, o czym inni ludzie tylko marzyli. I miał pomysł, jak to zrobić tak, żeby ukryć prawdziwy powód, żeby nie można było zaszkodzić jemu samemu – przynajmniej pod pewnym względem. I miał cierpliwość, by wyczekać na odpowiedni moment. Zrobił na żywo, naprawdę, własnymi rękami to, co Marcin robił tylko w fantazjach, na niby, przez pośrednictwo wyobraźni. Zrobił to, miał odwagę zrobić to, co chciał zrobić, na czym mu zależało, co było dla niego istotne. I nieważne, czy samo pobicie debila z maturalnej było dobre, czy złe, czy rozwiązywało problem, czy nie, czy zmieniło coś w całej sytuacji, czy nie. Ważne, że Andrzej mu wpierdolił, tak jak najwyraźniej chciał i jak Marcin też by chciał, i że nie nosił się z tą ochotą na zasadzie „wyobrażę sobie, jak ci dowalam, i pójdę grzecznie do domu”, tylko przerobił te ochotę na coś konkretnego. – Ech, chciałam napisać w podsumowaniu tego kawałka, że Marcin jest bodaj pierwszą postacią z Musivum, którą da się lubić, ale nieee, taki fajny chłopak, a zazdrości komuś skatowania innego człowieka, dżizas.

I dlatego, przy całym strachu o Andrzeja, Marcin czuł zazdrość. I dumę. To był przecież cały Andrzej, jego Andrzej – nawet jeśli już nie jego, bo nie są razem, to dalej jego, bo Marcin go zna. I kocha. I rozumie. I naprawdę, naprawdę podziwia. Dobra, może i to, co Andrzej zrobił, jest głupie, bezsensowne i ryzykowne. Ale jest też... takie prawdziwe. I dlatego jednak budzi zazdrość – A nie jest przerażające i psychopatyczne, bo jednak ten ukochany na zimno, po tygodniach ewidentnego planowania skrzywdził fizycznie drugiego człowieka, który uraził go rzuconym w przestrzeń słowem? Heloł?

zaczęły go niedawno wciągać kryminały Agathy Christie – Kurczę, naprawdę normalnie bym na to nie zwróciła uwagi, ale teraz już jestem wyczulona na recycling tła u ciebie i Marcin czyta te same kryminały, co Olga i Lalka.

Da się tak znienawidzić kogoś, tak znienawidzić własnego ojca? Marcinowi trudno było w to uwierzyć. – Nie no, czy Marcin żyje pod kloszem, że temat patologii jest mu tak całkowicie obcy?

kobieta, która spacerowała tam rano z psem i znalazła Filipa, zadzwoniła po wszystkich po kolei, zadzwoniła z pierwszego domu, w którym jej otworzyli, a potem usiadła w kącie, przytuliła do siebie psa i nie odezwała się do ludzi, którzy ją wpuścili, ani słowem. Karetka zabrała ją w drodze powrotnej, bo lekarz uznał, że doznała szoku i wolałby ją mieć na oku przez parę godzin. Więc pojechała do szpitala, w tej samej kartce, w której wieźli Filipa do kostnicy, i tak to podobno wyglądało: Filip, w worku, po jeden stronie, ona, z psem na kolanach, po drugiej, a pośrodku dwaj ratownicy medyczni i lekarz, i wszyscy milczą, tylko pies popiskuje, a jeden z ratowników, ten starszy, klnie pod nosem, że to jest jakiś popierdolony świat, żeby musiał zdejmować z drzewa powieszonego nastolatka, chociaż to nie on zdejmował Filipa, tylko straż pożarna. – Wiesz, aż zapytałam medyków, bo ten opis jest taki... nastawiony na wywoływanie emocji jak z życia wzięte historie prasowe. Eksperci mówią tak:
– Nie. Zwłoki wozi karawan, nie karoca. A już sam pomysł, żeby jakąś osobę postronną wozić karocą O.o Tam mało miejsca jest. Mnie na praktykach nie chcieli brać na wyjazdy za bardzo, bo nie ma się czym przypiąć, w razie jakiegoś hamowania/stłuczki (a często to jest) leci się przez tył i wali o wszystko po drodze, a z ubezpieczeniem nie wiadomo jak.
– Przepraszam bardzo, a tym wesołym ambulansem to ktoś kieruje?
– o ile pamiętam, karetka nie może wziąć do środka zwłok, bo to jest niezgodne z zasadami sanepidu. więc nawet jakby się uparli, to nie i już.
– Osoby w szoku nie wozi się z obiektem wywołującym szok, no chyba że jest nim lekarz albo sama karetka.

Jestem paskudny – stwierdził Marcin któregoś wieczoru. – Ale nie chcę już o tym myśleć, Boże, tak strasznie nie chcę. Co ja poradzę, to nie moja sprawa i nie moja wina, nie chcę o tym myśleć ani o tym słuchać. Chcę mieć spokój, chcę zdać na studia i chcę, żeby babcia nie miała jaskry, i żeby u taty w pracy się uspokoiło, i żeby się udało wynająć mieszkanie od tej kuzynki taty, żebym nie musiał mieszkać w akademiku. Ja mam swoje życie i o tym chcę myśleć, a nie o tym, jak Filip zeskakuje z drzewa ze sznurem na szyi i jak mu pęka coś w kręgosłupie... – Szczerze mówiąc, to nie rozumiem, czemu on aż tyle o tym myśli. Jasne, szokująca sprawa, małe miasteczko, chłopak znany z widzenia, gdzieś w przelocie zamienionych kilka słów, ale nie był to nikt Marcinowi bliski.

Wyobrażam sobie, wyobraź sobie – odparował Marcin z rozbawieniem. Nagle poczuł, że humor mu się poprawia. Jaki by Andrzej nie był, przynajmniej nie był nudny. Ani przewidywalny. Żadnego „A słyszałeś o Filipie, a wiesz, że Filip...”, chociaż pewnie Andrzej mógł usłyszeć na ten temat więcej niż wielu ludzi. Chyba. Ciekawe, czy jego ojciec cokolwiek powiedział w domu. I jak się w ogóle zachował. Zwłaszcza wobec Andrzeja. – Na litość, o ile się orientuję, minęło kilka miesięcy, czemu Andrzej miałby poruszać akurat ten temat?

– A czego tu można nie rozumieć? – mruknął Andrzej. – Czego ty niby nie ogarniasz? // – Wszystkiego – przyznał Marcin. – Tego, że w ogóle można... wziąć się zabić. Wziąć sznur, zarzucić na gałąź i się powiesić. Ty to ogarniasz? – Nie no, ale naprawdę? Maturzysta, który nie ogarnia koncepcji samobójstwa?

Andrzej dostał się na tę swoją tak skrzętnie trzymaną w sekrecie filologię polską. To nawet nie było zaskakujące, w sumie człowiek powinien się domyślić, kierunek w sam raz dla Andrzeja. Dostał się na uniwerek w Szczecinie. Czemu nie gdzie indziej, czemu nie startował do Krakowa czy Warszawy, tego Marcin nie pojmował. – A no właśnie, czemu taki ambitny chłopak nie szedł od razu na najlepsze uczelnie, tylko wybrał jakiś niszowy Szczecin?

I będę przyjeżdżał, uzupełnił Marcin tę obietnicę, żeby trochę rozweselić babcię. Będę ją zabierał na spacer, na cmentarz, do mamy i do dziadka – Prowadzanie babci na cmentarz jest wesołe, owszem, ale tylko jeśli babcia lubi czarny humor. :P

Nie bardzo rozumiem, czemu ten tekst jest w dodatkach. Nie chodzi o długość, bo niektóre z głównych tekstów są chyba krótsze, nie chodzi o postać, bo już opisywałaś wydarzenia z punktu widzenia postaci pobocznych (Paweł, Remek), nie chodzi też o tematykę, bo opisywanie tego samego zdarzenia z punktu widzenia innej osoby to dla ciebie norma.

Weekend z filologiem

rozdrabniał się na różne drobiazgi. – Masło maślane.

Odpowiedni leśny zakątek wreszcie się znalazł. Gdy zaparkowali, Andrzej odpiął pas, szybko przesiadł się ze swojego fotela na drugi fotel tak, że usiadł Remigiuszowi na kolanach, chwycił go za poły kurtki i mocno pocałował. – E no nie. Przy fotelu kierowcy zwyczajnie nie ma tyle miejsca.

Z drugiej strony – powiedział Remek i przesunął dłonią po jego plecach. – Czekaj, zdejmij najpierw tę kurtkę. A w ogóle zostaw to pokrętło, przeniesiemy się potem do tyłu. // Andrzej popatrzył na niego krytycznie. // – Ten twój opel to nie limuzyna – uświadomił mu uprzejmie. – Z tyłu nie ma dość miejsca dla dwóch wysokich facetów. – Nie to, co na siedzeniu kierowcy, tak?

– To pan napisał tę recenzję do „Pograniczy”? – Zanim Andrzej zdążył wyraźnie potwierdzić, Świeńdo potwierdził sobie sam: – Tak, to pan. Pan Weredecki, tak? Pani profesor Zielewska przed wakacjami mi wspominała, że chce panu dać książkę do recenzji. Nie byłem zbyt przekonany. – Poprawił jasną marynarkę, którą nosił na ciemnym golfie, pokręcił jajowatą, łysą głową i wyjaśnił, dalej świdrując małymi, zielonkawymi oczami: – Na pierwszym roku student się dopiero uwalnia od tych wszystkich bzdur, których mu nakładziono do głowy w liceum, zasada trzech jedności w antyku i takie tam. Ale to był dobry tekst. Taaak... (...) – O, to – powiedział wreszcie profesor z zadowoleniem i podał Andrzejowi „Dyskursy niechciane w powieści końca XX wieku”. (...) Niech się pan z tym zapozna. I niech się pan zastanowi, czy podołałby pan napisaniu recenzji tej książki. W podobnym duchu do tamtej. Pan ma dobrze rozeznane konteksty, więc może coś z tego wyjdzie. – Taaaaaaaak, student pierwszego roku ma wiedzę imponującą wykładowcom, tak. Z dziedziny, którą zajmuje się od maksymalnie roku, tak.


Andrzej przeciągnął się, zjadł kawałek Milki z orzechami i wrócił do czytania – O, nie Wedel? Ale jednak orzechowa.

Nie bardzo wiem, co ten tekst wnosi nowego do znanej już nam historii.

Rocznica

Dwie-trzy rzeczy, osoby lub sprawy, które cię denerwują? (...) Olek: Ludzie traktujący innych ludzi przedmiotowo, szczególnie w związkach. Jestem przeczulony. – Ahahaha. Rozumiem więc, że leci na Wiktora wbrew sobie?

Czesanie kota. Boże, jak mnie to uspokaja! Godzinami mogę Kitkę czesać – Współczuję kotu.

Agata: Siedzenie z laptopem w Fanaberii, bo uwielbiam tę herbaciarnię na deptaku Bogusława. – O, czyli dokładnie tak, jak Michał i Wiktor. Kolejny fragment tła w wiecznym recyklingu.

Przy okazji — nie mogłabyś trochę odsunąć Julka na drugi albo trzeci plan? Naprawdę bywa koszmarnie upierdliwy. – Jeszcze bardziej? Zdaje się, że chłopię nie ma żadnego własnego tekstu, a w lwiej części w ogóle się nie pojawia. Nie żebym tęskniła.

Jak ci tak zależy, to zapraszaj go na swoje maratony filmowe, a nie na moją parapetówkę. – Jakie maratony filmowe? Pierwsze słyszę, żeby Olga coś takiego urządzała, a przeczytałam już wszystkie dostępne teksty.

Agnieszka: Wytrwałości oraz lepiej chodzącego Internetu. Plus czasu i sił. Plus więcej feministycznego betonu w każdym tekście. – Boże, nie...

Trzecia rocznica

Konkretnie było mi żal bohaterów – bo tę gromadę naprawdę czułam (w przeciwieństwie do grupy z „Drobiazgów”), co jakiś czas powracali jakoś do mnie (szczególnie A.) – Dlaczego akurat Andrzej? Bo socjopata, a o nich się ciekawie pisze?

To zresztą się łączy z najśmieszniejszą częścią całej sprawy – teraz, gdy mam naprawdę odpowiadający mi sposób pisania scen erotycznych, to wcale nie mam potrzeby i/lub ochoty ich pisać. – Co nie zmienia faktu, że większość czasu bohaterowie albo uprawiają seks, albo marzą o uprawianiu seksu.

gdy czytam w opisie oceniającej o lubieniu/nielubieniu yaoi/blogów erotycznych, w pierwszej chwili biorę to do siebie, po czym myślę z niepokojem i zdziwieniem: ale przecież „Musivum” to nie jest yaoi/blog erotyczny. Po czym zachodzę w głowę, czy oceniająca, pisząc „yaoi”, oddziela, jak ja, yaoi od tematyki LGBT i/lub wątków homoseksualnych, czy wrzuca wszystko do jednego worka i jak jej się „W poszukiwaniu straconego czasu” pojawi baron de Charlus, Jupin lub Robert de Saint-Loup, też myśli: „O, Proust napisał yaoi!”? – Mogę mówić tylko za siebie, ale dla mnie yaoice to konkretna forma internetowych opowiadań, a nie każda forma literacka z homoseksualnym wątkiem.

co prawda kierowanie się wiekiem jako jednym z istotnych kryteriów wyboru oceniającej bywa krzywdzące, ale jednak z reguły wolę pokrzywdzić i się pokierować; – Znaczy, zaszczyt mnie kopnął, bo jestem odpowiednio zgrzybiała? :D

moje komentarze bywają niekiedy niewiele krótsze od oceny, a czasem mogą konkurować z oceną na długość – i to nie dlatego, że ocena jest krótka; – Akurat, przy dwóch ostatnich okazjach napisałaś tylko „przeczytałam, obiecuję, że wrócę z długim komciem!” i tyle cię widzieli. ;)

Andrzej z reguły cieszy się sympatią oceniających. Paskudne bydlę; – Huehuehuehue. Działa tu zasada przeciwności, im bardziej kogoś oczerniasz, tym trudniej to przyjąć.

Musivum, czyli mozaika

Są to zatem historie o humanistach na uczelni i poza uczelnią; opowieści o grupce ludzi z tego środowiska, ich relacjach, życiu uczelnianym i pozauczelnianym; o życiu uniwersytetu, od strony zarówno studenckiej, jak i wykładowczej; o literaturze, kulturze, sztuce, czytaniu i pisaniu; o mieście, w którym naprawdę można się zakochać; wreszcie – o poszukiwaniu i realizowaniu siebie jako humanisty. – No nie do końca, bo historie te dotyczą jedynie przedstawicieli LGBT, więc to nie jest tak, że opisujesz całe humanistyczne środowisko ogółem. Mnie osobiście orientacja twoich bohaterów zwisa kalafiorem, ale widać, że dla ciebie jest bardzo ważna, więc czemu nie chcesz o tym wspomnieć i w opisie?

Pierwsze, drugie, trzecie. I trzecie

Kurczę, czy to wyjaśnienie rzeczy trzecich nie pojawiało się już we wcześniejszych tekstach? A jeśli tak, to czy jest sens to powtarzać?

Najpierw, owszem, trochę się wydarzyło. Skończyła liceum – To faktycznie wydarzenie, ze ho ho. ;)

Tadeusz namawiał, by wyjechali razem do Jeleniej Góry i tam sobie układali razem życie, z pomocą jego rodziców. Agnieszka trochę się wahała, jednak chęć wyrwania się ze Szczecina – tego biedamiasta, jak je przez pewien czas oceniała – i spróbowania czegoś zupełnie innego przeważyła. – Rozumiałabym, gdyby miała się wyrwać do jakiejś metropolii, ale Jelenia Góra jest przecież mniejsza od Szczecina…

Tadeusz miał już zaklepaną pracę, dzięki ojcu, więc zaraz po przeprowadzce zaczął uczyć matematyki w podobno najlepszym liceum w mieście. (...) zobaczyła, jak silnie i wręcz upupiająco Tadeusz był uzależniony od ojca. Teść Agnieszki był prawnikiem, dobrze znanym i cenionym w mieście, kolegującym się z niektórymi osobami ze świata polityki i kultury. Przy pierwszym kontakcie wydawał się interesujący, czarujący, prawdziwa dusza towarzystwa i wielki dżentelmen. Przy dłuższym i bliższym oglądzie widziało się coraz wyraźniej wielkie ego, przekonanie o własnej nieomylności, takie „pozjadałem wszystkie rozumy”, apodyktyczność i autorytarny stosunek do ludzi. – Zaraz, czy tatusiowi nie robiłoby lepiej na ego, gdyby syn raczej został na uczelni i zdobywał kolejne tytuły naukowe? Oczywiście, wtedy nie byłoby konfliktu w opowiadaniu, ale pachnie mi to trochę imperatywem narracyjnym.

Wspominane wcześniej określenie »higiena umysłu« w odniesieniu do rzeczy trzecich nie pojawiło się przypadkiem. Jesteśmy obecnie społeczeństwem pracującym dużo i niemal bez przerwy, wręcz harującym, ludźmi ścigającymi się z czasem i nawałem obowiązków, specjalistami od multitaskingu, podłączonymi do komórek, Internetu, poczty elektronicznej i wszystkiego, co się da. – Że co, że kiedyś to ludzie nic tylko całymi dniami leżeli i wąchali fiołki? Powiedz to chłopom pańszczyźnianym albo dzieciom z brytyjskich kopalni.


To nie jest złe – jesteśmy mobilni, elastyczni, kreatywni, pracowici, funkcjonujemy w sposób, który rzuciłby na kolana naszych przodków sprzed stu czy dwustu lat. To jest złe – jesteśmy zagonieni, nastawieni na kolejne punkty z czeklisty, skupieni wyłącznie na tym, co »potrzebne, niezbędne, sensowne«, funkcjonujemy w sposób, który nasi przodkowie sprzed stu czy dwustu lat uznaliby za chorobę psychiczną, dowód opętania przez szatana... albo zwyczajnie za głupotę. – #Aha.


był taki moment, gdy ktoś mówi czy myśli: „czym jest śmierć cudzej matki, gdy twoja córka idzie do szkoły muzycznej”. Niby nie ma porównania, śmierć i pójście do szkoły, nie? Ale dla mnie też ważniejsze byłoby, że moje dziecko idzie do szkoły, niż że czyjaś matka umiera, bo to moje dziecko jest moje, a nie czyjaś matka. – Wzruszyła ramionami. – To niby brzmi paskudnie, nieczuło i prostacko, ale mam to gdzieś. Trzymam się tej zasady i moje sprawy są dla mnie najważniejsze, bo są moje, a nie dlatego, że są ważne z czyjegoś punktu widzenia. Też się tego trzymaj przy swoim rozwodzie i reszcie – Mam wrażenie, że to właśnie ludzie o takiej mentalności parkują na miejscach dla niepełnosprawnych czy ładują się pierwsi do łodzi ratunkowych, gdy tonie statek; ludzie, którzy uważają, że ich problemy są najważniejsze, a świat może iść się ryćkać w krzaki.

Parę znajomych w pracy próbowało okazać jej współczucie z powodu rozstania z mężem. Agnieszka przyjmowała te oznaki ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem. Po wywołaniu raz czy dwa konsternacji stwierdzeniem „To najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała od ukończenia studiów” darowała sobie komentarze i tylko zbywała ręką kolejne „słowa pocieszenia”. Ludzie albo nie wierzyli, albo nie rozumieli. – Gdyż albowiem żyli w fikcyjnym świecie samych szczęśliwych małżeństw lub serc złamanych po grób.

No tak, skoro od dziecka karmi się nas przekazami, w których tylko związek może dać kobiecie szczęście, a rozstanie to tragedia, dowód na życiowe niepowodzenie i powód do rozpaczy – mówiła sobie Agnieszka – to co się dziwić, że tak wiele osób nie może ogarnąć, że ktoś może się z tego zwyczajnie cieszyć? Że czasem lepiej jest się rozstać niż być ze sobą na siłę i z krzywdą dla obu stron? Że nie mieć faceta w ogóle jest lepsze niż mieć faceta tylko po to, by go mieć, choćby cholera wie jak unieszczęśliwiał? – Taki z ciebie specjalny płatek śniegu, który jako jedyny w społeczeństwie przeżył związkowe oświecenie, tak. Zwyczajnie nie wierzę w to, ze tyle ludzi reagowało na informację o rozwodzie w identyczny sposób, z identycznym nastawieniem. Nie w dzisiejszych czasach.

Ale, kurde, to jest tak szowinistycznie nie fair – stwierdzała – że facetowi z jej wydziału po rozwodzie koledzy gratulowali „odzyskanej wolności”, a dziewczyny zaczynały patrzeć na niego jak na wolny kąsek, do którego można startować, a na nią jedni i drudzy spoglądali ze współczującym „biedna porzucona baba, której ktoś nie chciał”. Chociaż to ona wystąpiła o rozwód. – Serio, trudno mi w to uwierzyć.

Do tego pieniądze były kiepskie, pensja z rzędu „po zapłaceniu za rachunki zostaje na waciki”. (...) Ja nie chcę tkwić w tym do końca życia, nie chcę przez resztę swojego życia, przez osiem godzin dziennie, robić czegoś, co mnie już gówno obchodzi, daje gówniane pieniądze (...) Jeszcze kilka miesięcy męczyła się w tym przeklętym urzędzie, ale jednocześnie zaczęła składać CV w różnych miejscach, przede wszystkim w Szczecinie i przede wszystkim w szkołach – A to se wybrała miejsce do zarabiania pieniędzy... No i czemu w Szczecinie akurat, skoro wyraźnie tęskno jej było do metropolii?

Łowienie ryb, grzebanie w jakimś starym sprzęcie (z mniej lub bardziej uzasadnionym zamiarem naprawy), siedzenie przy radiostacji, przerzucanie kanałów w telewizorze – te czynności, kojarzone (mniejsza, na ile stereotypowo) z mężczyznami, nie budzą ani protekcjonalnych uśmiechów, ani zdziwienia, ani oburzenia. Zbieranie znaczków, kapsli, popisy na deskorolce. To są wszystko uzasadnione sposoby odprężenia się po ciężkiej, odpowiedzialnej pracy. To takie męskie przecież, prawda. // Z jakiegoś powodu wydaje się to nawet brzmieć poważniej. Bo czymże jest oglądanie »Seksu w wielkim mieście« przy oglądaniu meczu piłkarskiego? Albo »babskie ploty« przy »męskich rozmowach”? Albo polowanie w antykwariatach na zabytkowe cukiernice przy sklejaniu modeli papierowych samolocików? Przecież widać, że te babskie to takie miałko-nijakie, a te męskie to takie fajno-poważne. Dlaczego? Bo babskie albo męskie, wiadomo. A dlaczego? A dlatego, i już. – Myśl może i słuszna, ale te przykłady jakieś takie... Naprawdę nie widzę różnicy między zbieraniem znaczków a cukiernic, sklejaniem modeli a układaniem ikebany. Ale może dlatego, że mam mózg przeżarty genderem, nie wiem. Może niech się ktoś w komentarzach wypowie, czy oglądanie meczy jest bardziej lub mniej wartościowe od oglądania seriali.

Co więcej, na kobiecych rzeczach trzecich spoczywa nie tylko etykietka »mniej poważne / niepoważne«, lecz również swego rodzaju odium społeczne, wypływające z jakiegoś, wciąż tkwiącego w naszej kulturze, przekonania czy oczekiwania, że kobieta powinna poświęcać wszelki swój wolny czas partnerowi, dzieciom, rodzinie. W takiej sytuacji każda rzecz robiona nie dla innych, lecz dla siebie, i nie niezbędna do przeżycia, lecz wykonywana »tak sobie, bo lubię«, i jeszcze nie z partnerem i/lub z dziećmi, lecz tylko z samą sobą (ewentualnie z jakąś przyjaciółką) – każda taka (trzecia) rzecz staje się dowodem egoizmu, spychania rodziny na drugie miejsce i »wojującego feminizmu« (kto uwielbia to określenie tak samo jak ja, ręka w górę). – Naprawdę nie wiem, w jakich kręgach i w sumie cieszę się, że się w nich nie obracam.

To trochę jak z samym feminizmem – na pierwszy rzut oka: o co tu walczyć i się awanturować, przecież równouprawnienie, dwudziesty pierwszy wiek i żadnych ograniczeń. Dopiero po uważniejszym rozejrzeniu się: ups, szklany sufit. Ups, różnica wynagrodzeń. Ups, bardzo subtelne (o ile coś takiego może być »subtelne«) formy dyskryminacji: chce pani pracować w naszej firmie? Fajnie. A czy planuje pani w najbliższym dziesięcioleciu dziecko? Niefajnie. Nie, pani kolegi o to nie zapytamy, przecież jemu to w pracy nie zaszkodzi. // I, między dalszymi innymi – ups, damskie rzeczy trzecie sprawiają problem. – Nie jestem pewna, czy jest w istocie połączenie między dyskryminacją w pracy a sarkaniem na hobby.

Kobieta, która nie daje sobie prawa do robienia rzeczy trzecich, odziera samą siebie z prawa do własnej przestrzeni, własnego czasu i własnej niezależności. Kobieta, która robi rzeczy trzecie po cichu, w ukryciu i w napięciu, że zaraz ją ktoś przyłapie (a gdyby przyłapał, ma już gotową wymówkę wpisującą całe wydarzenie w rzeczy pierwsze lub drugie) – taka kobieta zachowuje się niczym paląca po kryjomu nastolatka. – A mężczyzn już to nie dotyczy? To sobie pomyśl chociaż o Michale i jego szwagrze, którzy musieli wyręczać się dzieckiem, żeby pobawić się kolejką.

Stałam się kolekcjonerką rzeczy trzecich, własnych i cudzych. Kupiłam sobie niedawno piękny notatnik A4, z kolorowymi kartkami, ładne pióro na naboje (przypomnienie pierwszych klas podstawówki, gdy na pisaniu długopisem ciążyło odium »psuje ładny charakter pisma«) i zaczęłam zapisywać rzeczy trzecie – na początku tylko te, które sama robię, potem także te, które robi moja rodzina, moje przyjaciółki i przyjaciele, znajome i znajomi, ostatnio również ludzie zupełnie obcy, z którymi gdzieś przypadkiem pogadam w autobusie, w kolejce w sklepie albo na ulicy. Rzeczy trzecie mnie otaczają – to wspaniałe uczucie. Rozważam założenie na Facebooku społeczności rzeczy trzecich. – To w końcu rzeczy trzecie wszędzie ją otaczają, czy też musi pisywać artykuły zachęcające ludzi do znajdywania na nie czasu?

Wśród moich rzeczy trzecich znajdują się między innymi: czytanie po raz enty Agathy Christie – Kolejny recykling.

prowadzenie blogu – Bloga.

czytanie blogów z ocenami; czytanie blogów z analizami – Recykling, jak Michał, Olga, jej poznańska kumpela, Wiktor…

Na marginesie: mieć psa to rzecz druga, troszczyć się o wyprowadzanie i szczepienie psa – rzecz pierwsza. Ale bezsensowna zabawa w »kto pierwszy nakryje ręką / łapą ciasteczko« to tylko i wyłącznie rzecz trzecia. Dla obu stron (...) w ramach rzeczy trzecich zjadła kilka kanapek z kremem czekoladowym, doczytała „Tajemniczego przeciwnika” Christie, pobawiła się z Finką szarpaczem – Śmiem twierdzić, ze dla zwierząt zabawa nie jest czymś, bez czego można się obyć, psy, koty, a chyba nawet papugi, które się wyłącznie karmi, szczepi, ale nie dostarcza rozrywek intelektualnych, rozsypują się psychicznie. To nie jest coś, z czego można zrezygnować.

W tym tekście Agnieszka wygląda o wiele sympatyczniej niż w tym poprzednim, stała się bardziej ludzka, mniej fanatyczna.

Przykłady potknięć językowych:
Nie umiałam na nich chodzi, no i były za duże
w sumie często pisaliśmy po prostu fanfiki, teraz dopiero to widzę, jak wiem, że coś takiego jest i czy to jest
przeczytałam trzy fajne fiki do „Satr Treka”.
Bo ja na przykład prowadzę ten blog:D – Spacja przed emotką, emotki nie zwalniają ze stawiania kropek na końcu zdania.
Szkoda, że nie masz grejpfrutowego — mruczy. Nie pamiętasz, w którym momencie on zaczął mieć taką obsesję na punkcie soku grejpfrutowego – Powtórzenie
pożyczającą lusterko Goście
kilka szyldów oraz niebieskie futryny i okien Telekomunikacji Polskiej trochę ożywiały szarość pawilonu – Coś się wykrzaczyło.
Co prawda stanowisko bibliotekarek umieszczono tak, by mogły one uważnie obserwować większość tego, co się działo w bibliotece, ale Michał nigdy nie miał poczucia, że jest obserwowany – Powtórzenie.
a Paweł to superorganizator i ma w małym palcu takie różne organizacyjne rzeczy i świetne pomysły. Poza tym Lala ma w Niemczech ciotkę, która prowadzi taką niedużą kawiarnię – Powtórzenia.
Ale w momencie gdy zaczynasz ze mną rozmawiać bez patrzenia, jak by mi tu przypiąć wygodne etykietki, tylko rozmawiasz i próbujesz poznać, i wyjść jakoś poza swoje etykietki – Powtórzenie.
Olek był jak słoń w składzie porcelany — a co gorsza, za każdym razem, gdy wykonywał ruch rozbijający porcelanę – Powtórzenie
Trochę pulchna, w ostatnich latach jeszcze trochę przybrała na wadze – Powtórzenie
Matka po urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, więc małe wylądowało żłobku – W żłobku.
Uroczysty nastrój nadrabiało zielone sukno – Nadawało?
ale muszę iść na ten uroczysty obiad — jęknęła, obejmując go mocno. — Gorzej nawet — dodała po chwili ciszej, odsunęłą się i odgarnęła parę kosmyków włosów sprzed oczu — jeszcze muszę za niego zapłacić. // Jej rodzice oraz Olek roześmiali się. Wiktor mimowolnie spojrzał na tego ostatniego; Olek był wyraźnie pod wpływem nastroju obrony, ale gdy napotkał wzrok Wiktora, uśmiechnął się do niego lekko, trochę jak wtedy na konferencji. // — Trzeba iść — oświadczyła po chwili Olga, przeczesała palcami włosy i poprawiła marynarkę. — Odbębnić ten uroczysty obiad. (...) nie może jednocześnie zaprosić na uroczysty obiad po obronie – Powtórzenie
Jedyne, co wspominał jako koszmar, to ponadtrzydziestogodzinna jazda pociągami – Odmieniamy rzeczowniki, trzydziestogodzinną jazdę.
Olek spytał mnie z taką biednie zagubioną miną: „Ola, ale on próbował wyrwać ciebie czy mnie?”, a gdy mu wyjaśniłam, że i ciebie, i mnie, to się oburzył. – Wyjaśniłam, że i jego, i mnie.
reportaż do radia // obiety Szczecina
że nie ma się aż takiej kontroli nad własną niezależnością i brakiem cudzej kontroli. – Powtórzenie.
Chwilę pchałem sam, potem Andrzej się dołączyć, już bez słowa
Poszłam z R. na herbatę; R. może i drze się o notatki, ale to kochana dziewczyna, do tego chciałam wyciągnąć od niej kolejne notatki. – Powtórzenie
To moja sprawa, to moja sprawa, to moja spraw”, to była jego stała odpowiedź.
w tej samej kartce, w której wieźli Filipa
Chyba z czwórki, gdzie miał ćwiczenia, na wykład w trójce. Tak, szedł do trójki. Naprzeciwko trójki był kiosk – Powtórzenie

Szablon ci się w pewnym miejscu sypie: 



Generalnie to byłby całkiem przyzwoity tekst, jeśli jego zamierzeniem byłoby ironiczne wyśmianie zadufanego w sobie środowiska przeintelektualizowanych studenciaków, którzy uważają, że indeks w kieszeni wynosi ich ponad plebs. Twoje notatki odautorskie przeczą jednak takiej interpretacji.

Nie lubię twoich bohaterów. Oczywiście, nie ma przepisu, że trzeba pisać wyłącznie o sympatycznych ludziach czy wręcz o ludziach pozbawionych wad. Wady są tym, co uwiarygadnia postacie, ale u ciebie ta równowaga jest chyba trochę zachwiana, bo trudno mi sobie przypomnieć jakieś ich zalety. Najlepiej wypadają chyba te osoby, o których nie napisałaś zbyt wiele, jak choćby Monika, która przewija się gdzieś w tle, by potem w ogóle zniknąć. Zdaje mi się, że ty dobrze wiesz, że oni są snobami i hipokrytami, ale z jakichś niepojętych przeze mnie przyczyn uważasz to za zaletę. Teoretycznie wszyscy są bardzo tolerancyjni, feministyczni, postępowi, ale to, co myślą i jak zachowują się w codziennych sytuacjach, całkowicie temu przeczy. Najbardziej wyraźne jest to przy Michale i Lalce, a podstępne chyba przy opisie znajomości Olgi i Olka – drobne wzmianki rozsypane między wszystkimi tekstami, które, pozbierane, składają się na całkiem paskudny obrazek.


Bohaterowie mówią zbyt jednakowo, a na dodatek nienaturalnie literackim językiem (nieraz trafiają się sformułowania potoczne, ale wciąż jest to język na takim poziomie wyszukania i skomplikowania, jakiego ludzie nie używają na co dzień). Nawet jak się weźmie pod uwagę, że mają podobne, wyższe wykształcenie, jest to mało prawdopodobne. Nawet przebywanie w takim gronie znajomych ich nie usprawiedliwia, bo poruszają się też wśród zwykłych ludzi, słuchają radia, telewizji (albo chociaż oglądają seriale) – więc o ile taki manieryzm byłby do przełknięcia przy jednej czy dwóch postaciach i nie rzucał się w oczy, tak przy całości sprawia wrażenie, eee, jakiejś oderwanej od rzeczywistości sekty bibliofilii. ;)

Zresztą ich jednakowość widać też w bliźniaczych charakterach, upodobaniach i zdarzeniach życiowych. Powtarza się u ciebie ciągle temat autonomii w związku, niechęci do ludzi, traktowania mieszkania jako twierdzy, do której wpuszcza się nielicznych albo zgoła nikogo.
Wszyscy czytają te same książki (Balzac, jeśli ma być snobistycznie, jeśli kryminały, to tylko Christie, jeśli o książkach, to Tovip), słuchają tej samej muzyki (głównie Queen, czasem Bee Gees), chodzą do tej samej herbaciarni (Fanaberia), kochają Wały Chrobrego, uważają, ze wygoleni mężczyźni wyglądają jak lalki, robią zakupy w Galaxy raz w tygodniu, choć tego nie znoszą… tak, jakby Szczecin sprowadzał się do trzech miejsc na krzyż, a przy konstrukcji postaci rzucałabyś kością z sześcioma bazowymi cechami. Historia Andrzeja jest bliźniaczo podobna do tego, co spotkało Wiktora, czyli wielka niechęć do poznania krewnej, przymus, zerwanie. Jeden z nich nawiązuje relacje oparte wyłącznie na seksie, drugi takie, które są oparte na wszystkim, oprócz seksu. Wszystkie dziewczyny są feministkami, żadna, no, może poza postaciami z tła, czyli Lalką i… um… Krystyną? w każdym razie jedyną, która ma męża – żadna nie czuje sympatii do tradycyjnej rodziny czy podziału ról. Wszystkie właściwie mówią jednym głosem, myślą o tym samym w ten sam sposób. Armia klonów. Żadna nie zdecydowała się na dziecko, mimo że przecież tych osób przytaczasz roje – jak bardzo jest to nieprawdopodobne? Dość często poruszasz temat feminizmu, ale wychodzi ci jakaś karykaturalna jego wersja, żeński szowinizm. Artykuły Agnieszki, postępowanie Olgi i Agaty, to wszystko z feminizmem ma niewiele wspólnego.

Czemu wszyscy maja własne osobne mieszkania, co im tak bogato? Doktoranci i pracownicy naukowi niższego szczebla nie zarabiają kokosów, delikatnie mówiąc, często wychodzi siedemset złotych do półtora tysiąca na rękę, bez ustawionej życiowo rodziny o własnym kredycie można zapomnieć, szczególnie że banki wymagają takich drobnostek jak wkład własny czy umowa o pracę. U ciebie jednak każdy ma swój kąt, którego nie musi z nikim dzielić, temat problemów finansowych się w ogóle nie pojawia, nikt się nie martwi tym, czy będzie mieć co do lodówki włożyć pierwszego – to bardzo mało wiarygodne. Tak samo, jak to, że chociaż opisujesz głównie gejów, lesbijki i ze dwie osoby biseksualne, nie ma niemal wzmianek o dyskryminacji, o homofobii takiej doświadczanej codziennie – jeden nastolatek z młodości Andrzeja jaskółki nie robi. Bohaterowie żyją w bąblu, przez który nie przebijają się takie zwykłe, codzienne problemy, jeśli cierpią, to z powodu mąk intelektualnych.

Dość silne jest wrażenie, że nie piszesz po to, by opowiedzieć historię jakiejś osoby, a po to, by mieć pole do sprzedania swojego światopoglądu, ponieważ jest to momentami dość nachalne, odstaje od reszty tekstu.

Widzę, że lubisz postmodernizm i zabawę z formą, to jest dobre i ciekawe. Niestety, sama ciekawa forma nie wystarczy, żeby zdobyć czytelnika, trzeba mieć jeszcze silną fabułę, postaci, coś więcej od ładnego opakowania. Przykładowo, chciałaś napisać wzorem postmodernistów tekst składający się z samych dialogów, to napisałaś. Ale żeby jeszcze treść była ciekawa, świeża, coś wnosiła... no, z tym już gorzej.

Masz sporą językową sprawność; czysto językowo, technicznie, piszesz dobrze, poprawnie, masz bogate słownictwo, widać, że jesteś po prostu wykształcona, i to ma spory potencjał. Od strony samych słów, niekoniecznie treści, rzuciło mi się w oczy trochę fajnych fragmentów – kiedy niekoniecznie zwraca się uwagę na treść, a na flow, słowa są płynne, jak muzyka, na tym poziomie wciągające. Niestety, kompletnie nienaturalnych, nudnych, przegadanych, sztywnych  i dziwnych fragmentów jest też mnóstwo. Często teksty są przegadane – lepiej wychodzą ci krótkie formy, gdy jesteś zwięzła, umiesz zapanować nad orgią powtórzeń i przydługich opisów. W długich zaczynasz się gubić.

Najgorzej wychodzą ci chyba opisy. Powiem to wprost: ględzisz. Tak jakbyś czuła, że coś tu powinno być, ale równocześnie nudziło cię to śmiertelnie. Więc wyrywasz z siebie te opisy tępą żyletką, nie chcesz o nich w ogóle myśleć, więc w rezultacie piszesz po kilka razy to samo, zapominając o tym, co już podałaś do wiadomości czytelnika. A kilka akapitów dalej apiać piszesz to samo od nowa, tylko nieco innymi słowami, tak, by zapchać dziurę, ale oszukać program do sprawdzania plagiatów. Jeśli mam rację, to wiedz, że czytelnikowi brnie się przez to z równie wielką męką, jaką ty odczuwałaś przy pisaniu. Nikogo nie obchodzą te zbędne szczególiki, a czytanie po kilka razy tego samego nuży i zniechęca.

Mimo tego całego zrzędzenia, uważam, że Musivum zasługuje na czwórkę. Jeśli zastanowisz się nad wydźwiękiem swoich tekstów, opanujesz napady ględzenia, zróżnicujesz postacie, twoja proza naprawdę sporo na tym zyska. Jest w tym spory potencjał i naprawdę podoba mi się sama koncepcja, te powiązane luźno, wzajemnie dopełniające się kawałki, to jest bardzo dobra baza. Po prostu musisz się zastanowić, co w tych opowieściach jest naprawdę ważne? Czy czytelnik musi koniecznie wiedzieć, jakiego koloru lampka miga na dysku zewnętrznym trzymanym pod biurkiem Wiktora? Czy kolejny opis masturbacji coś wniesie? Jaki jest cel danego odcinka? Jeśli chcesz opisać związek Andrzeja i Remka, dlaczego raczysz nas historiami o psie? Spróbuj lepiej wyważyć narrację, a nie zapisywać absolutnie wszystko, co ci przyjdzie do głowy. Nie wszystko jest ważne, nie wszystko jest interesujące.

Większość użytych ilustracji pochodzi z tego fanpejdża.

128 komentarzy:

  1. Co do tyrać to spotkałam się z nim kiedyś jako "rozporządzać innymi", aczkolwiek nie wiem czy to nie był grupowy idiolekt. Jak coś "Martynka" też nie jest polska. I nie rozumiem zachwytu Tatarkiewiczem, abstrahując już od pisanie po książkach, to albo to było jakieś unikatowe wydanie, albo bohaterowie zachwycają się książką, którą można kupić za 10 złotych w Matrasie.
    Co do dwustu książek - dałoby się - znam jedną kobietę, która miesięcznie kupuje około 20 pozycji na wyprzedażach allegro - książki historyczne potrzebne do swoich badań, dostaje za 50gr/złotówkę. ;) Bardziej mnie jednak ciekawi gdzie taką ilość trzymać wynajmując mieszkanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, Martynka nie jest polska, przyszła mi jako pierwsze skojarzenie na żeńskiego Mkołajka, nie tyle pod względem, treści (bo ani jednego, ani drugiego nie czytałam), co po prostu bycia książką dla dzieci, z imieniem bohaterka/rki w tytule. Mogłam to jakoś lepiej rozgraniczyć w tekście :)

      Usuń
    2. Mikołajek jest super, poczytaj. Ja czytałam jako późna nastolatka i wciąż jestem tak samo zachwycona. I w sumie waham się, czy sklasyfikowałabym go jednoznacznie jako książkę dla dzieci - mnóstwa humoru i podtekstów dziecko nie wyłapie.

      Usuń
    3. Również polecam Mikołajka, bardzo sympatyczna lektura. I bardzo dziękuję za ocenę, niezwykle pomocna przy sprawdzaniu czy czytelnik odbierze nas tak jak byśmy chcieli, przy konstrukcjach, które stosujemy. :)

      Leleth, tak w ogóle to masz cudownego avka. :)

      Usuń
    4. Nawet mi nic nie mów, i tak mam wielki ból istnienia, że muszę sypiać, i to po minimum osiem godzin dziennie, bo tyle rzeczy mogłabym zrobić w tym czasie, tyle przeczytać, obejrzeć, namalować :P Jest strasznie dużo rzeczy, z którymi chciałabym/czuję, że powinnam się zapoznać, ale tak bardzo nie mam czasu. :(

      Usuń
    5. Ach, Maną, teraz mnie tak jeszcze co do tego trzymania książek uderzyło - kurczę, czemu żaden z bohaterów nie kupi sobie kindla czy innego onyxa?
      Tzn. domyślam się, najwyraźniej to nie dość tró. Może to tylko ja jestem dziwna, że kocham i swój czytnik, i papierowe książki, każde za co innego.

      Gayu, mam dokładnie odwrotnie, mam poczucie, że przeczytałam i obejrzałam już wszystkie znane i dostępne mi rzeczy, które mnie interesowały, i teraz nie mam co dalej, a bym chciała :P.

      Usuń
  2. Bardzo Ci dziękuję za ocenę. Ponieważ jest trzecia nad ranem, a ja odpisałam dopiero na połowę uwag (tak, to będzie długi komentarz), na razie tylko daję znać, że przeczytałam i możliwie jak najszybciej odpowiem (postaram się jutro, to znaczy dziś, tylko o bardziej ludzkiej porze, skończyć to odpisywanie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ome, jak idzie? Mozesz wrzucic chocby i te polowe, bo jak tak patrze na twoje komcie pod innymi ocenkami, to mi optymizm paruje:P

      Talking About, ocena z 24. marca 2014, "czy możemy się umówić, że komentarz (taki prawdziwy) napiszę w okolicach majówki?"

      Krytyka dla odwaznych, ocena z 10.09.2013, "możemy się umówić tak, że porządny komentarz napiszę w weekend?"

      Magia Zozali, ocena z 23 kwietnia 2015, "Konkretnie odpowiem na poszczególne uwagi w ciągu najbliższych dni, zgoda?"

      Szczere i Sprawiedliwe, ocena z 08.08.2012 ... coz, tu w ogole nie ma odzewu :P Ale skoro jest podlinkowana na twojej stronie, musialas ja widziec.

      Zastanawiam sie, jakie ja mam szanse na "możliwie jak najszybciej odpowiem (postaram się jutro", skoro tamte blogi nie doczekaly sie obiecane odpowiedzi przez kilka lat :P

      Usuń
  3. Jestem dopiero przy wyliczance o lesbijstwie i mam pytanie: czy tego bloga prowadzi Natalia Julia Nowak?

    OdpowiedzUsuń
  4. Idę spać i mam nadzieję, że jak po południu wstanę, to znajdę tu mnóstwo porywających komci, które urozmaicą mi szare dni trzaskania idiotycznych zaliczeń!
    Btw niech się ktoś zgłosi do Gayi z jakimś ciekawym opkiem o fajnej tematyce (i nieprzesadnie długim :P), bo bym coś z nią oceniła, a nic mi w kolejce nie pasuje i ograniczam się do betowania i dopisywania kilkunastu-kilkudziesięciu własnych zdań :(.

    OdpowiedzUsuń
  5. O borze, kolejna ałtoreczka, która pisze beznadziejne jaojce i myśli, że taka jest wyzwolona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, gdyby było beznadziejne nie dostałoby czterech pomiotów. Ma swoje wady, ale beznadziejne nie jest.

      Usuń
    2. Self insertowe kukły, które mają innych za podludzi, i które, jeśli nie masturbują się własną zajebiozą, to masturbują się przy pomocy siebie lub innych. A wszystko to nudne w chuj.
      Jak podobne rzeczy piszą dziewczynki z gimbazy albo licbazy, to przynajmniej jest się z czego pośmiać i wyrazić nadzieję, że jeszcze dojrzeją. Tutaj już tej nadziei nie ma, a śmiać się nie ma z czego, bo nuda.

      PS Żeby nie było, nie mówię tego tylko na podstawie oceny, ale też na podstawie kilku akapitów tekstu, przez które z trudem udało mi się przebrnąć.

      Usuń
  6. "A potem się słyszy, że ktoś znajduje w śmiechach fortunę. ;)"
    Sądząc po kontekście, chodziło pewnie o "w śmieciach", choć prawdą jest, że wielkie bogactwa duchowe znajdują się w poczuciu humoru ;)

    "Nie rozumiem ,jeśli Wiktor ma bardzo (...) - jak widać, przecinek w złym towarzystwie.

    Biedne postacie, nadludzie wanna be :( Jako człowiek po polonistyce pragnę zapewnić, że nie wszyscy jesteśmy takie zamknięte w bańce hipstery z kijami w zadach i duszach. Pisaliśmy po książkach, dopisywaliśmy w tych bibliotecznych komentarze dla przyszłych roczników, część bujała się z czytnikami, książki żeśmy czytali, a nie wąchali i generalnie 3/4 roku po maratonach lektur nie marzyła o niczym innym, jak nie ruszaniu żadnego tomiszcza przez co najmniej miesiąc. To taki wtręt prywatny, bo to, że ktoś pisze o grupce jaśniepaństwa urządzającego emigrację wewnętrzną w państwie popu w ogóle mi nie przeszkadza i czytać mogę jak najbardziej - gorzej będzie, jeżeli faktycznie autorce zależało na stworzeniu pozytywnych postaci i przyklaskiwaniu ich poglądom...

    "Może niech się ktoś w komentarzach wypowie, czy oglądanie meczy jest bardziej lub mniej wartościowe od oglądania seriali."
    Bo oglądanie meczu jest zdrowym odreagowaniem, a oglądanie "Seksu w wielkim mieście" tępą, ogłupiającą rozrywką dla bab!! Faktycznie, zestawienie meczu z serialem rozrywkowym średnio fortunne.

    Scena odczytywania rozmowy z koleżanką-yaoistką jest niemożebnie sztuczna i nieprawdopodobna. Ludzie - tak - nie - mówią. Ludzie - tak - nie - piszą. Tak się wyrażają nasze wyobrażenia typów, których nie lubimy i chcemy im/ich jaskrawym poglądom wkopać w wyobraźni, skoro tak pięknie się podkładają.

    "Taaaaaaaak, student pierwszego roku ma wiedzę imponującą wykładowcom, tak. Z dziedziny, którą zajmuje się od maksymalnie roku, tak."
    Pani profesor dająca książkę do recenzji studencikowi pierwszego roku, ŚMIEJĘ. Mieliśmy na naszym roczniku złote dziecko, które to konteksty zjadało na śniadanie, zgarniało maksymalną liczbę punktów, dyskutowało na wiele tematów z niedostępnej nam półki z obowiązkowym wplataniem łaciny, a na trzecim roku robiło karierę naukową na całego - takiego można otoczyć opieką i mieć na niego oko, wysłać jego pracę na konkurs, zachęcić do wzięcia udziału w konferencji, ale nawet tego prymusa nie wyobrażam sobie wystawiającego recenzję książki profesorstwa. (PS Nie znosiliśmy tego zadufanego bubka.)

    Pomysł z wzbogacaniem doświadczeń z lektury różnymi przekąskami bardzo mi się podoba, tylko na bogów, nie w takiej ilości, nie przez taką wyliczankę!... Tak o połowę ciachnąć ten fragment!

    (CDN)

    OdpowiedzUsuń
  7. (Ciąg Dalszy Nastąpił)

    Wielcy koneserzy literatury patrzący z nieukrywaną zazdrością na Tatarkiewicza i dokonujący społecznego wykluczenia, bo ktoś po jego książkach pisze, LOL. Jak zauważyła Maną, to żaden biały kruk, tylko egzemplusz pospolitus, którego można nabyć za taką cenę, że można mieć i jeden egzemplarz do wąchania, drugi do kolorowania, trzeci do czytania w autobusie i czwarty do czytania przy kotlecie.

    W sumie ciekawe jest obserwowanie, jak Ci wyzwoleni intelektualnie, społecznie, seksualnie i genderowo bohaterowie tak naprawdę dalej są zamknięci w kolejnych seksistowskich schematach, intelektualizmie dla ładnego wyglądania i uprzedzeniach. Czytałabym, gdyby to było pisane z takim właśnie zamysłem, ale... Cóż, jeżeli pomysł był właśnie taki, to niestety intencji twórcy nie czuć.

    "(...) to bardzo mało wiarygodne. Tak samo, jak to, że chociaż opisujesz głównie gejów, lesbijki i ze dwie osoby biseksualne, nie ma niemal wzmianek o dyskryminacji, o homofobii takiej doświadczanej codziennie – jeden nastolatek z młodości Andrzeja jaskółki nie robi." - a ja się cieszę, że ten wątek jest nierozwinięty. Po pierwsze, mniej powodów do zrzędzenia, postacie miałkolą na niedobry świat wystarczająco często. Po drugie, wprowadzenie postaci LGBT nie musi iść w pakiecie ze szczegółowym opisywaniem dyskryminacji, tym bardziej, że bohaterzy mają w odwłoku innych i nie zależy im na socjalizowaniu się czy opinii innych. Po trzecie, homofobii nie musi się doświadczać na co dzień (piszę to jako bi z jedną nogą w szafie), więc przy tak porwanej akcji można to spokojnie pominąć, jeżeli to nie jest istotne dla fabuły. Po czwarte, poza kolegą mamy jeszcze koleżankę yaoistkę, która - jakkolwiek chochołowata - zdecydowanie uprawia, hm, miękką dyskryminację.

    Wierzę, że tekst zasługuje na cztery pomioty, ale nie sięgnę po niego - po prostu nie mój styl. Lubię teksty, w których "nuda, nic się nie dzieje, cukier się rozsypał i cynamonu zapomnieliśmy", bez specjalnej fabuły, ale do tego trzeba mi przede wszystkim dobrych postaci o których faktycznie chce się wiedzieć więcej, a nie stadka nadętych, niemal identycznych zarozumialców, którzy mają te same opinie, podobne wspomnienia, jedzą jedną prawidłową czekoladę i siedzą w jednej prawidłowej kawiarni czytając jedyne prawidłowe książki. Trudno. Ale postaram się śledzić dalszy rozwój twórczości autorki, może w którymś momencie będzie nam po drodze.

    Z wyrazami szacunku
    Kazik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, chodziło o wyrzucanie niesprecyzowanych prezentów do śmieci, a przecinek to wredna małpa :)

      Jeśli chodzi o taką codzienną homofobię, to wydaje mi się, że uczyniłaby tę historię mocniej osadzoną w rzeczywistym świecie, no a jeśli autorka uważa, że czytelnik powinien znać położenie każdego pyłka w mieszkaniu i przebieg dnia włącznie z prysznicem, to wydaje mi się dziwne, że bohater ani przez chwilę nie pomyśli o jakichśtam drobnych nieprzyjemnościach dnia codziennego. Ale to tylko moja opinia :).

      Usuń
    2. Dobra, faktycznie niewspomnienie o krzywo patrzącej babci na tulących się panów przy takiej nerwicy natręctw w opisywaniu dnia codziennego na poziomie robienia płatków z mlekiem przez Bellę Swan jest dziwne, i pewnie otwartym gejom dużo trudniej na co dzień niż mi. Chociaż ja jestem osobiście trochę zmęczona Problemowymi Wątkami LGTB, gdzie jak się pojawia homo, to w pakiecie z obowiązkowym Morałem, pobiciem, groźbami, ojcem-generałem "nie mam już syna!" i plującą jadem sąsiadką. Bohaterowie może są dziwni i nie umieją w związki, ale nie umieją w związki dokładnie jak egzaltowani hetero, wydawało mi się to miłą odmianą. Jak się stroni od ludzi, tuli głównie w mieszkaniu, ma się znajomych o identycznych opiniach i sąsiedzi są zbyt skrępowani, by w skardze o hałasy wspomnieć o okrzykach godowych, to spokojnie można przeżyć dzień bez spięć i zaczepek na tle seksualności. No ale uznaję przewagę Twojej opinii, jako że ty czytałaś tekst w całości, a ja tylko we fragmentach i nie mam pełnego obrazu sprawy.
      Aha, poza nastoletnim kolegą i yaoistką są jeszcze koledzy Kryśki, którzy drobiazgowo analizują jej tomik wierszy i podejrzewają o RZECZY - może problem nie w tym, że autorka nie porusza kwestii uprzedzeń do LGBT, ale robi to w diablo nienaturalny i chochołowaty sposób?

      BTW, za pierwszym razem palenie "wykorzystanych materiałów" nad zlewem tak mnie rozkwiczało, że aż zapomniałam się do tego odnieść. Normalni ludzie sterty notatek oddają na makulaturę, rozdają młodszym rocznikom, wydzielają kartki dające się jeszcze zapisać z drugiej strony, używają jako podpałki jak rodzina ma kominek, sprzedają, albo podrzucają na korytarzu wydziału, co by student rok niżej się ucieszył z niespodzianki. Ale to by było za mało nastrojowe, oczyszczające i palące mosty edukacji, nie? Nie wiem, która wizja bardziej mi się podoba - Michała palącego i oglądającego w skupieniu kserówkę za kserówką, czy robiącego ognisko na kiełbaski, najlepiej w wannie, co by się więcej tych kserówek zmieściło. Przepraszam, że tak dręczę to jedno zdanie, ale wizja takiego pozbywania się materiałów niezwykle mnie ubawiła.

      (CDN)

      Usuń
    3. (CDN)

      Zajrzałam na ocenianą stronę. Do tej pory byłam święcie przekonana, że autorka to studentka pierwszego roku studiów, która właśnie zachłystuje się filologią, nowym miastem i odkrytym tuż po maturze feminizmem - to mi tłumaczyło w 100% to opisywanie tych samych miejsc, gardzenie osobami piszącymi po swoich książkach, jaranie się czterema autorami na krzyż, nieokrzepłe i kiepsko wyważone poglądy feministyczne, doktory zarabiające niewiadomo ile z własnymi mieszkaniami, marzenie o byciu dostrzeżonym przez podziwianego profesora co pracę pochwali konteksty pochwali i da książkę do recenzji, no i wreszcie wyobrażanie sobie siebie i swojej grupki znajomych jako bohemy-intelektualnej elyty, nieprzystosowanej społecznie, stojącej wyżej od innych śmiertelników, tulącej się na podłodze w kuchni bo smutno, wąchającej biblioteczki, rzucające Cięte Riposty profesorom i niby bezustannie rozmawiających o książkach, ale w sumie nie, bo to ględzenie o podkreślaniu ołówkiem czy flamastrem, delektowaniem się serkiem czy winkiem, czytaniu w łazience czy przy obiedzie i przemykanie po trzech nazwiskach (Masłowska niedobra, Balzac arystokratyczny, Christie dobra). I to są śmiesznostki i dziwactwa zdarzające się pewnej specyficznej grupie studentów pierwszego roku dowolnych studiów związanych mniej lub bardziej z literaturą, i z tego zazwyczaj ludzie prędzej czy później się leczą.
      Ale jeżeli autorka faktycznie jest "humanistką z końcówki rocznika '85, filologiem z umiłowania, wykształcenia i zawodu", to robi się problem. Po kimś takim - zwłaszcza aspirującym do tworzenia opowieści o "szczecińskiej mozaice humanistycznej" - należałoby się spodziewać, że wie, jak wygląda życie normalnych studentów, że ludzie nie używają identycznego języka, że książki służą do czytania, że dorośli ludzie nie reagują na imię Remigiusz "o, ale (kurwa) serio?", że zna więcej niż jedną kawiarnię i przede wszystkim, że potrafi stworzyć ciekawą rozmowę o TREŚCI książek między stworzonymi przez siebie nałogowymi czytelnikami, a nie zdawkowe "mam dobrą literaturę w domu, to jest Prousta" i gderliwe "pani, kiedyś to były książki dla dziewczynek, a tak to nie ma".

      Ech, wezmę i przeczytam w całości te opowiadania, bo źle mi z tym, że już wysmażyłam takie ściany tekstu opierając się tylko na fragmentach i zaufaniu do Gayi, ale naprawdę, czuję coraz mniejszą sympatię i chęć do tego tworu.

      Z wyrazami szacunku
      Kazik

      PS Przepraszam za te komentarzowe epopeje, ale kurde, zaciekawiła mnie ta ocena i sam teks pod względem analizy.

      Usuń
    4. Kazik, ja bardzo lubie twoje komentarze, wiec nie przepraszaj, bo naprawde nie masz za co :)

      Czekam wlasnie na odpowiedz autorki, bo bardzo jestem ciekawa, jak odniesie sie do oceny, jaki jest jej punkt widzenia. Niestety, chyba nie zawsze odpowiada (albo robi to mailem, bezposrednio do oceniajacej?), bo pod dwoma ocenkami byl wlasnie taki komentarz "przeczytalam, wroce" i dwa lata ciszy. :P Moze ocene o takim wydzwieku jak moja najlepiej bedzie jej pominac milczeniem, no ale zobaczymy.

      A jesli zechce ci sie przeczytac ktorej opowiadanie i porownac sie z analiza, to bede bardzo wdzieczna, bo sama juz nie wiem, moze jestem zbyt zgryzliwa i czepiam sie bez sensu. Jak cos, to najgorzej odebralam epopeje Wiktorowa (Od strony pierwszej do ostatniej) i pierwszy tekst z Agnieszka (Patchwork III) a najlepiej chyba drugi tekst o Agnieszce (Rzeczy trzecie) i to o Andrzeju (Czwarte uderzenie).

      Usuń
  8. Element Komiczny z autem mogę podsumować tylko w jeden sposób: I po tym można poznać, że to prawda. Czegoś tak nieprawdopodobnego nigdy nie umieściłbym w książce.

    Sponiewieranie się taką ilością wina to też niezły wyczyn. Bohaterowie musieliby być bardzo szczupli i bardzo głodni, a do tego nie mieć polskich genów. ;)

    Idiolekty są bardzo pomocne w rozróżnieniu postaci, a także jako wskazówka co do charakterów rozmówców, ale sugestia mówienia gwarą przy ludziach z różnych regionów Polski nie przemawia do mnie. To zabawa dla ludzi, którzy lubią i znają różne regionalizmy i mogą wpleść różne smaczki bez ryzyka wyłożenia się na czymś banalnym. Czytelnik z danego regionu od razu wyłapie, że dany/a autor(ka) gwarę/etnolekt ledwie liznął/liznęła. Nie muszę chyba dodawać, że niesamowicie trudno będzie uniknąć stereotypizacji. To wyższa szkoła jazdy. (Nie sugeruję, Ome, że to poza twoim zasięgiem, poddaję jednak w wątpliwość uniwersalność tej porady, zwłaszcza dla początkujących.)

    No, jakby nie miała, to bym się potężnie zdziwiła, bo bigos się przecież kilka dni gotuje – a to ciut dłużej niż parę godzin okna między zajęciami. Można użyć szybkowaru, można jeść „nieprzegryziony”, nie bądźmy znowu takimi purystami kulinarnymi. ;)
    Tych nieszczęsnych paneli też bym się już nie czepiał.

    Może niech się ktoś w komentarzach wypowie, czy oglądanie meczy jest bardziej lub mniej wartościowe od oglądania seriali. Cóż możemy powiedzieć my, spędzający godziny nad mniej lub bardziej udanymi tekstami ludzi z internetów?

    @Kazik: Szastanie tematem dyskryminacji i/lub przemocy grozi przekoloryzowaniem, ale gdyby pojawił się ten jeden raz, byłoby całkiem wiarygodnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie upieram się przy regionalizmach, to była po prostu jedna z rzeczy, które mi przyszło do głowy, gdy zastanawiałam się nad tym, co pomaga zróżnicować wypowiedzi, może faktycznie nie jest to rada przydatna akurat Ome :).

      Ok, przy bigosie i panelach się zapędziłam, przyznaję.

      Rysiu, Kazik, zastanawiałam się nad tą dyskryminacją i właśnie sobie uświadomiłam, że jest jeszcze jeden powód, dla którego jej brak mi zgrzyta: jest bardzo dużo o dyskryminacji kobiet. Jakie to uniwersum, w którym na każdym kroku kobiety czują się dyskryminowane, ale geje już w ogóle?

      Usuń
    2. "ona się nazywa mma Ramotswe – Jeśli chodziło o madame, to mme. No i w wypowiedzi użyłabym raczej pełnego słowa niż skrótu."

      "Mma", bo to jest boatswańskie słowo, zwrot wyrażający szacunek, oznaczający "pani" albo "matka" (i już się nie rozwija, to jest całe słowo). Autorka źle to sformułowała - bohaterka cyklu "The No. 1 Ladies' Detective Agency" nazywa się Precious Ramotswe, ale inni bohaterowie (i narrator) zwykle mówią o niej "Mma" zamiast po imieniu. Może dlatego, że w Boatswanie ludzie bardzo przywiązują wagę do tego, żeby zwracać się do innych z szacunkiem i bardzo rzadko zwracają się do kogoś samym imieniem. -ML

      Usuń
    3. Och, czyli moja wpadka. Dziekuje za dopowiedzenie, ML! :)

      Usuń
  9. Czytałam tę ocenę z narastającym niedowierzaniem. Gdyby nie informacje o autorce zamieszczone na samym początku, byłabym przekonana, że całość wyszła spod ręki jakiejś świeżo upieczonej studentki pierwszego roku, kompletnie zachłyśniętej tym nowym, studenckim życiem, do tego stopnia, że nawet najbanalniejsze rzeczy wydają jej się fascynujące. Dyskusje o literaturze takie rozwijające, feminizm taki radykalny, wykładowcy tacy mądrzy, podręcznik Tatarkiewicza służy tylko do tego, żeby postawić go na półce i się do niego modlić (a czasem dyskretnie zmacać w poszukiwaniu wrażeń ;) No dobrze, pomyślałabym sobie, dziewuszka sadzi wszędzie te pretensjonalne komunały, bo jeszcze jest w takim wieku, że wydają jej się odkrywcze i dlatego wciska je w usta każdemu bohaterowi. Mało to subtelne, ale, hej, dwadzieścia lat to nie jest subtelny wiek, człowiek ma w sobie jeszcze dużo tej nastoletniej kategoryczności i tego poczucia, że jestem "ja" kontra "reszta świata". I wtedy za każdym razem musiałam sobie przypominać, że nie, stop, nie napisała tego żadna świeżo upieczona studentka, napisała to trzydziestoletnia pani doktor z ambicjami naukowymi i wtedy robiło mi się przykro.

    Wiecie, z kim kojarzyli mi się wszyscy bohaterowie tego cyklu? To są Borejkowie z "Nowej Jeżycjady" - pretensjonalni "intelektualiści" z syndromem oblężonej twierdzy, zewsząd otoczeni przez prymitywną dzicz, patrzący z pogardą na wszystkich, którzy nie należą do ich małej kliki. Przy czym czas najwyraźniej zatrzymał się dla nich na Agacie Christie - żadne z nich nie jest na bieżąco ze współczesną literaturą, nie licząc żenujących pojazdów po Masłowskiej. W takich chwilach bardzo widać, że ci bohaterowie to nie są przemyślane, pełnokrwiste postacie tylko pacynki służące do referowania poglądów autorki. Poglądów, które, przyznaję, teoretycznie powinny mi być całkiem bliskie - równouprawnienie, brak sztywnych ról płciowych, tolerancja dla mniejszości seksualnych i odmiennych stylów życia i tak dalej. Ale kiedy czytam je wygłaszane ustami tych odrażających ludzi, z tym ich wiecznym poczuciem wyższości, mam ochotę odsunąć się o kilka kroków, albo trzepnąć ich wszystkich po głowach egzemplarzem Tatarkiewicza (koniecznie pokreślonym flamastrem) i poprosić, żeby przestali być po mojej stronie, bo przez nich moja strona wygląda głupio.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wrócę jeszcze na chwilę do tych książek. Nie, nie do scen przedstawiających wąchanie biblioteczki i macanie okładek, bo chyba wszyscy się zgodzili, że takie zachowanie to żaden powód do dumy i przeszli dalej (jeśli autorka chciałaby kiedyś zobaczyć, jak wygląda skrajna bibliofilia opisana fajnie i z poczuciem humoru, a nie żenująco, niech przeczyta Anne Fadiman, "Ex libris"). Nazwisko Agaty Christie pojawia się w tych opowiadaniach do znudzenia, natomiast Agnieszka, mimo bycia "feministycznym betonem" nie powołuje się w swoich tyradach na absolutnie żadne prace dotyczące teorii feminizmu. Nie ma żadnej Simone de Beauvoir, bell hooks, Glorii Steinem, Luce Irigaray, Susan Faludi. Jedyna "feministyczna" rozmowa o literaturze dotyczy książeczek dla dzieci. Wiem, że w ocenie znalazły się tylko fragmenty opowiadań, ale nie spodziewam się, żeby Gaya specjalnie wybierała te z Christie, a wzmianki o wybitnych teoretyczkach feminizmu specjalnie pomijała. W swoich "feministycznych" rozważaniach Agnieszka leci po prostu całą listą najpopularniejszych stereotypów płciowych, nawet bez udawania, że odnosi się do jakiejkolwiek nauki. Po prostu wyciąga je sobie z odwłoka, na przykład powtarzając mit, jakoby kobiety umiały lepiej pracować "w rytmie multitaskingu". Tymczasem w prawdziwym świecie:

    http://www.biomedcentral.com/2050-7283/1/18
    "There seems to be a common belief that women are better in multi-tasking than men, but there is practically no scientific research on this topic".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wiem, że w ocenie znalazły się tylko fragmenty opowiadań, ale nie spodziewam się, żeby Gaya specjalnie wybierała te z Christie, a wzmianki o wybitnych teoretyczkach feminizmu specjalnie pomijała." -- Pominelam, bo nie rozwijalo ani na plus, ani na minus, wiec nie widzialam sensu odnoszenia sie. Szczerze mowiac najczesciej wzmiankowana feministyczna ksiazka jest... ksiazka fikcyjna, ktorej fragmenty rowniez pisala autorka opowiadania. Te fikcyjna ksiazke tlumaczy Wiktor, Olga ma na swojej polce i ktos tam jeszcze o niej wspomina. Co do ksiazek ze swiata rzeczywistego, bylo wspomnienie jednej czy dwoch pozycji... na pewno przywolywana jest Wirginia Woolf, w pewnym momencie ktoras z bohaterek wyraza smutek, ze od czasow Wirginii swiat nie poszedl do przodu, jesli chodzi o uznanie dla "rzeczy trzecich". Do tego Agnieszka pisze "Jedną z książek, które wyjątkowo mocno na mnie oddziałały i stały się swego rodzaju przewodnikami po codzienności, jest „Nowa singielka” Ellen Kay Trimberger", dalej "Myślę nad tymi rzeczami trzecimi od wczoraj i myślę, i tak mi przyszło do głowy: z tego byłby fajny artykuł. Do „Zadry”, na przykład. O rzeczach trzecich, zwłaszcza tych kobiecych, i o tym, jak są ważne, zwłaszcza dla kobiet. Bo to jest temat w sam raz do (jedynego przecież w Polsce) czasopisma feministycznego." No i jestem pewna, ze w ktoryms tekscie pada wzmianka o jakims absolutnym klasyku, w stylu de Beauvoir wlasnie... o, prosze: "Po drugiej stronie pokoju znajdowały się książki z tematyki feministycznej i genderowej — w tym „Druga płeć” Simone de Beauvoir, którą Olga otrzymała od Olka na dwudzieste pierwsze urodziny." To pada w momencie, gdy Olga patrzy na dzial gender w swoim ksiegozbiorze, po czym wymienia de Beauvoir i dortorat Andrzeja, nic wiecej :P

      Za to Christie czyta co druga postac.

      Usuń
    2. Zaraz, bo zaczynam bredzic, wzmiankowana ksiazka fikcyjna nie jest feministyczna, a jest ksiazka o ksiazkach.

      Usuń
    3. No dobra, czyli coś jednak jest. Jest de Beauvoir, jest Woolf, jest impreza (a może solorandka? :D). Szkoda, że właśnie te najbardziej znane i szacowne matrony. Taki cykl opowiadań mógłby fajnie posłużyć, żeby przemycić czytelnikowi trochę rzeczy ze współczesnej teorii feminizmu, na przykład w formie krótkich cytatów z bloga bohaterki. Albo fragmentów tego artykułu do Zadry, który bohaterka mogłaby zacząć pisać. W ogóle wszystko byłoby lepsze od pitolenia, że kobiety są ładniejsze i mają więcej ubrań.

      Jeszcze jedna rzecz, która mnie fascynuje: to, z jaką częstotliwością bohaterowie używają określenia "humanista". Opisują się tak sami w myślach, w rozmowach z kolegami, określają tak swoich znajomych, określa ich tak narrator. Noszą to określenie, jakby to był jakiś medal za waleczność. Mam wrażenie, że to też jest forma odreagowania, próba przywrócenia słowu "humanista" jego dawnego, pozytywnego statusu, taka kontra dla obecnego stereotypu humanisty jako życiowego nieudacznika, który po ukończeniu studiów smaży frytki w Maku. Ale, cytując mądrość ze starej grupy linuksowej - ileż można?! U tych borejków nie ma chyba jednej rzeczy, której natychmiast nie przypisaliby swojemu humanizmowi. Czytam książki, bo jestem humanistą, jem brokuły, bo jestem humanistą, śpię, bo jestem humanistą. Czy już wspominałem, że jestem humanistą?
      A skoro mowa o smażeniu frytek: zgadzam się, że brak problemów finansowych u tej bandy jest całkowicie niewiarygodny i sprawia, że wszystko zaczyna wyglądać jak bajka dla dorosłych. Filologie to nie są studia, po których zarabia się kokosy. Samotna osoba na etacie wykładowcy akademickiego i to świeżo po doktoracie, będzie cienko piszczeć, próbując związać koniec z końcem, a kupować "minimum dwieście książek rocznie". Z kolei hipster Andrzej, jak widać, tłumaczy tylko beletrystykę, i to taką, która odpowiada jego wysublimowanej duszy, więc zarabia co najwyżej na waciki. Podstawą utrzymania tłumacza zawsze są teksty techniczne, umowy i materiały marketingowe, książki bierze się dla odprężenia, żeby nie zwariować po kilkudziesięciu stronach wniosków patentowych, bo tłumaczenia literackie są kiepsko płatne. Oczywiście, da się wyżyć tylko z tłumaczenia literatury, ale nie jest to łatwe, a poza tym wtedy bierze się wszystko, jak leci, bez wybrzydzania: poradniki, młodzieżówki, biografie celebrytów i romanse paranormalne. (Ciekawe, jakie miałby flashbacki przy romansach paranormalnych :-P)

      Usuń
    4. "Albo fragmentów tego artykułu do Zadry, który bohaterka mogłaby zacząć pisać" -- To tez jest, w "Rzeczach trzecich", to z tego artykulu pochodzi ten cytat o meczach pilkarskich i serialach.

      "Z kolei hipster Andrzej, jak widać, tłumaczy tylko beletrystykę" -- To byl hipster Wiktor, ale oni sa do siebie dosc podobni, mozna sie pomylic.

      "więc zarabia co najwyżej na waciki" -- No widzisz, a on sobie samodzielnie i wlasnorecznie odlozyl na wklad wlasny, by wziac kredyt na mieszkanie. ;)

      Usuń
    5. Dobra, to zrobimy tak: ja doczytam w oryginale te scenki, w których pojawiają się jakieś nawiązania do literatury feministycznej ("Pierwsze, drugie, trzecie", coś jeszcze?) i wrócę z wrażeniami.

      Usuń
    6. Fajnie opisana bibliofilia jest też u Pruszkowskiej ;).

      Usuń
  11. Moi drodzy, oceniam tu tekst a nie autora, wiec bardzo was prosze o odnoszenie sie do tekstu a nie do wieku, wyksztalcenia i innych cech autorki. C'mon, stac was na wiecej.

    OdpowiedzUsuń
  12. A mnie zastanawia to wychwalanie Christie. Nie mówię, że jest jakaś okropna czy coś (osobiście uwielbiam Poirota), ale kiedyś wzięłam się za jej opowiadania, i muszę przyznać, że strasznie się zawiodłam. Kilka z nich było po prostu wtórnych (te same wydarzenia ze zmianą jedynie płci, bądź imion bohaterów!), więc jak tu się zachwycać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meh, to nie do końca tak. Opowiadania krążą w kilku wersjach z reguły dlatego, że często dopiero później Christie wpadała na pomysł, żeby je przerobić na powieści/rozbudować pierwotną wersję. A imiona bohaterów zmieniała w trakcie pracy bardzo często, jak się spojrzy do jej notatek.

      Usuń
    2. te akurat, na które trafiłam, poza zmienionymi imionami nie były przerobione w żaden sposób. Przerobienia opowiadania na powieść z pewnością bym się nie czepiała, ale to co widziałam mnie zwyczajnie zraziło :/

      Usuń
    3. Przyznam, że trochę nie rozumiem. W takim razie to nie jest żadna wtórność, to są zwyczajnie te same opowiadania ze z jakichś powodów zmienionymi imionami. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie twierdziłby, że to coś nowego, Christie też honorarium dwa razy za to raczej nie inkasowała. Owszem, rozumiem, że bywa irytujące, jak chcemy poczytać coś nowego, a trafia się to samo, ale nie bardzo wiem, czemu ma to zniechęcać do warsztatu literackiego autorki i wpływać na ocenę jej umiejętności pisarskich.
      Tak btw pamiętasz tytuły? Czytałam wszystkie kryminały Christie, ale już jakiś czas temu i identycznych opowiadań w tej chwili nie kojarzę. Przerabiane, to tak.

      Usuń
    4. Dla mnie to jest wtórność jeśli w innym zbiorze opowiadań jest historia o innym tytule, z innymi bohaterami (płeć, imię), ale zagadka ta sama. Tytułów nie pamiętam, to już było dosyć dawno, ale pamiętam, że chodziło o to, że ktoś samobójstwo pozorował na pozorowane samobójstwo, żeby wszyscy myśleli, że to morderstwo i żeby nie było wstydu.

      Usuń
    5. Wiem, o które ci chodzi, nie będę pisać, bo i tak już napisałaś spoiler ;).
      A, bo ja myślałam, że serio masz na myśli identyczne opka, napisałaś "nie były przerabiane w żaden sposób". A one są jednak przerobione, nie tylko pod względem imion bohaterów (znaczy tak, zagadka jest owszem taka sama, ale szczegóły inne) - jak mówiłam, Christie miała zwyczaj przepisywać od nowa niektóre historie. Sporo pisarzy tak robi, mnie to akurat ani dodatnio, ani ujemnie na opinię nie wpływa.

      Usuń
    6. No może źle się wyraziłam, albo nie były przerobione w sposób który byłby dla mnie wystarczający (np. przerobienie opowiadania na powieść jest ok [np. Gra Endera], ale opowiadania na mega podobne opowiadanie, lub powieści na mega podobną powieść już nie ok) :D

      Usuń
    7. Rozumiem, rozumiem ;).
      Mnie akurat trudno oceniać, nie znając pobudek, jak mówiłam, stosunek mam obojętny. Właściwie dopóki autor dobrze pisze, nie przeszkadza mi to specjalnie, a Christie mimo wielu słabszych książek bardzo lubię.
      No ale - to ja ;).

      Usuń
  13. Jestem kobietą i chrapię - chyba muszę sprawdzić do gaci, co ja tam na pewno mam xD

    Odrzuca mnie ten feministyczny bełkot. Absurd za absurdem, tylko kobiety najważniejsze, mężczyźni to dzicz, lepiej bez kija do nich nie podchodzić. Czemu ludzi trzeba tak szufladkować, psia mać? I czy nie innych tematów niż kobiety? (Co prawda nie przeczytałam całej oceny, więc może coś mnie ominęło, bo muszę dawkować sobie w małych ilościach - inaczej nabawię się niestrawności :P)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Miała być odpowiedź, a nie osobny komentarz.)
      Tyle tu feminizmu co herbaty w Nestea. To się żeński szowinizm nazywa. ;)
      Gaya opublikowała mały licencjat, ale można odnaleźć inne tematy, choćby o gejach. Nie będę się wypowiadał na temat jakości tekstów, bo ich nie czytałem, ale tak, są.

      Usuń
  14. No dobra, "Pierwsze, drugie, trzecie" przeczytane. Jedziemy z tym koksem.

    Jeszcze tylko jedna rzecz, zanim przejdę do teorii feminizmu, bo aż mnie dziwi, że nie znalazła się w ocenie. Autorka bardzo się stara obrzydzić czytelnikom byłego męża Agnieszki, żeby jej potem współczuli i kibicowali decyzji o rozwodzie. Dowiadujemy się, że pan małżonek po pracy całymi dniami zalegał przed telewizorem, nie pomagał w obowiązkach domowych, nie miał ambicji, a raz wspomniał coś o „babskich fanaberiach i PMS-ie”. Zgadzam się, że pozytywne zachowania to nie są. Ale tymczasem sama Agnieszka:

    "– Staję w twojej obronie, jak ty sam nie masz jaj, żeby powiedzieć własnemu ojcu, żeby przestał cię traktować jak gówniarza i upośledzonego intelektualnie! – krzyknęła za którymś razem, doprowadzona do furii. Tadeusz odburczał coś na temat braku szacunku dla jego rodziców i wtrącania się w nie swoje sprawy, więc Agnieszka cisnęła w niego pantoflem i w mało cenzuralny sposób zapewniła, że od tej pory cała Jelenia Góra może sobie robić z Tadeusza idiotę, ona nie kiwnie palcem."

    Podsumujmy sobie: bohaterka napyskowała rodzicom męża, potem zwyzywała jego samego, a na koniec go uderzyła i jeszcze raz zwyzywała. I wcale nie dlatego, że ją skrzywdził - dlatego, że zachował się niezgodnie z jej oczekiwaniami. Gdyby w tej scenie odwrócić role, tak żeby Tadeusz był Tolą, a Agnieszka, powiedzmy, Adamem, pewnie już ktoś by dzwonił na niebieską linię.
    Zachowanie Agnieszki jest tym gorsze, że ona doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo toksyczne relacje panują w rodzinie Tadeusza. Wie, że jej mąż żyje w wiecznym cieniu ojca (apodyktycznego prawnika, człowieka sukcesu) i jego oczekiwań, których nie zdołał spełnić (te studia prawnicze, których nie skończył). Wie, że mąż nawet pracę zawdzięcza swojemu ojcu i że nieustannie wysłuchuje przez to wymówek i złośliwości - i jeszcze się dziwi, że ktoś taki nie bardzo jest w stanie odgryzać się ojcu przy rodzinnym obiedzie? Przy czym wcale mnie nie dziwi, że Tadeusz ochrzanił ją później za pyskowanie teściom, bo ludzie z patologicznych rodzin, nawet jeśli sami obrywają jak bure suki, to często nie pozwalają powiedzieć na swoją rodzinę złego słowa, odruch taki. Oczywiście nie ma wzmianek o tym, żeby Agnieszka próbowała jakoś wspierać Tadeusza, żeby w końcu stanął na własnych nogach, znalazł inną pracę, już bez pomocy ojca, i sam zaczął się w czymś realizować. Nie, ona tylko narzeka na jego "upupienie", pyszczy i bije pantoflem. I myślicie, że to jedyny raz?

    "Za pierwszym razem, za drugim czy trzecim rzucił coś głupkowatego o „babskich fanaberiach i PMS-ie”. Agnieszka miała ochotę cisnąć w niego wazonem, tym wielkim, kryształowym, który dostali od jakiejś dalekiej ciotki, ale szkoda było takiego ładnego przedmiotu."

    Ja przepraszam, ale to już jest poziom jakiegoś Nataniela, który też czasem ma ochotę zrobić żonie różne rzeczy, ale nie robi, bo prawo na to nie zezwala.

    OdpowiedzUsuń
  15. Dobra, to teraz przejdźmy do tych feministycznych teorii. Zacznijmy od tego, że autorka powołuje się na Virginię Woolf i jej "Własny pokój", ale nawiązanie wygląda na bardzo odległe. Esej Woolf dotyczy działalności literackiej kobiet - to stamtąd pochodzi ta słynna wizja "co by było, gdyby Szekspir urodził się kobietą". Woolf próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy kobiety są zdolne tworzyć "wielką literaturę", a jeśli tak, to dlaczego jest jej tak niewiele. Jej diagnoza brzmi: "bo żeby pisać, należy mieć własne pieniądze i własny pokój". Dlatego właśnie tekst jest uważany za feministyczny - podkreśla, że aby tworzyć, kobiety muszą zyskać niezależność finansową i wolność do stanowienia o sobie.

    Cały ten podział spraw na rzeczy pierwsze, drugie i trzecie, pojawiający się w fikcyjnym artykule do "Zadry" i nawiązujący do piramidy Maslowa, jest praktycznie niezwiązany z "Własnym pokojem" (Woolf wydała go w 1929, a zmarła zanim Maslow opublikował “Teorię motywacji człowieka”). Nie pamiętam z eseju Woolf żadnego nawoływania o "uznanie dla rzeczy trzecich", bo autorka zajmuje się raczej tymi pierwszymi, maksymalnie drugimi, jak na zalinkowanym obrazu (tym z "dzieci mi umierają i nie mogę głosować"). Nie wiem, czy przy tworzeniu tego podziału autorka bloga posiłkowała się jakimiś pracami teoretycznymi, bo oprócz Woolf wymienionej w tytule artykułu i tegoż Maslowa nie pada już żadne inne nazwisko. Sam podział wygląda na całkowicie uniwersalny, tak jakby dotyczył wszystkich ludzi bez względu na płeć. Nie ma żadnego argumentu, dlaczego "rzeczy trzecie" miałyby być ważne "zwłaszcza dla kobiet". Lista wygląda tak: "Rzeczy pierwsze to te, które są i niezbędne, bardzo potrzebne, i ważne", "Rzeczy drugie to [...] Relacje z ludźmi, rodzina / przyjaciele, miłość, seks, praca dająca spełnienie, rozwój zawodowy, zainteresowania", "rzeczy trzecie – te, które nie są ani potrzebne, ani ważne”. Jak już mówiłam - nie wiem, skąd autorka ją wzięła, jestem skłonna uwierzyć, że sama to wymyśliła. Sporo takich podziałów, właśnie z uwzględnieniem rzeczy kompletnie nieważnych, ale pożytecznych dla równowagi psychicznej, się przewija to tu, to tam, więc nie jest to jakaś rocket science.

    Wstawki feministyczne w artykule zaczynają się mniej więcej od tego, co Gaya zacytowała. "Rzeczy trzecie podlegają ocenie płciowej. Niestety." Po pierwsze, autorka znowuż nie powołuje się tu na żadne badania - czy faktycznie oglądanie serialu jest postrzegane gorzej od oglądania meczy? Czy leżenie w wannie budzi w respondentach większe potępienie od łowienia ryb? W moim odczuciu oba uchodzą za nieszkodliwe pożeracze czasu, ale, okej, jak ktoś pokaże mi statystyki, to mogę zmienić zdanie. Czy ktoś w ogóle robił takie badania? Jeśli autorka je widziała, to się nimi nie chwali, a po zaserwowanych nam wcześniej rewelacjach o tym, jak to kobiety nie chrapią (jasssne) i pracują "w rytmie multitaskingu", przypuszczam, że pisała w oparciu o własne Głębokie Przekonanie i Przecież Wszyscy Wiemy Jak Było.

    Agnieszka kończy ten esej, pisząc "Walczymy o własny pokój (tak, nadal, droga Virginio. Też mi przykro)." I to nawiązanie szkodzi całemu tekstowi, bo pokazuje, jaki w gruncie rzeczy jest miałki w porównaniu. Tam gdzie Virginia Woolf pisała o ubóstwie, braku dostępu do edukacji i opiece nad dziećmi, wskazując to jako przeszkody dla konkretnego działania (twórczości) wśród kobiet, Agnieszka walczy o prawo do leżenia w wannie z sokiem porzeczkowym. I żeby żaden z wyimaginowanych krytykantów, których na potrzeby tego sporu wymyśliła, nie ważył się powiedzieć na to złego słowa.

    Jeśli to jest najlepsze przedstawienie czytelnikowi literatury feministycznej, jakie można znaleźć w w całym cyklu, to rewelacji nie ma. Nawiązanie do Woolf czysto pretekstowe, reszta to luźne przemyślenia osobiste autorki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, ale ona nie napisała eseju naukowego, tylko własną powieść(?), więc dlaczego nie miałaby umieszczać swoich własnych osobistych przemyśleń? Jej świat może być fikcją, a wszyscy traktują go jak ten prawdziwy. Nie rozumiem, czemu wszystko musi być tak realistyczne wg was? Bohaterowie są snobami, ich rzeczywistość jest snobistyczna, ich przekonania są niezgodne z tymi w naszym świecie i to jest prawda. Cały ten świat w powieści jest ukryty pod taką banieczką. To krzywe odbicie naszej rzeczywistości i w sumie co w tym złego?
      M.

      Usuń
    2. Rozbieżność z założeniami.

      Usuń
    3. I kompletnie nie rozumiem, czemu uważasz, że to nierealistyczne. Ależ to bardzo realistyczne. Jak najbardziej istnieją tacy ludzie, wyznający takie przekonania, i to nie jest żadne krzywe odbicie, tylko rzeczywistość w pewnych kręgach. Że to odpychające, to inna sprawa.

      Usuń
    4. Kto sie stesknil za tym kolkiem? :D http://1.bp.blogspot.com/-6_NBnW216z8/Uhj-YUavDqI/AAAAAAAAATc/vrmYNAkyXQQ/s1600/o+logika.png

      Droga M, autorka nie osadzila swojej powiesci w magicznym swiecie, alternatywnej rzeczywistosci czy obcej planecie a w Szczecinie, w bardzo konkretnym czasie i chlubi sie drobiazgowym sprawdzaniem szczegolow, jak chocby tym, ktore budynki istnialy w ktorym roku i czy wobec tego akcja moze sie w nich toczyc, czy tez nie. Wnioskuje z tego, ze autorce bardzo zalezy na wiarygodnym odtworzeniu rzeczywistosci.

      Usuń
    5. Drogi anonimie, powinnas sluzyc jako wzor pisania komci, ogromnie sie ciesze, ze masz sily i checi prowadzenia dyskusji :D

      Jesli chodzi o patologiczna rodzine Tadeusza i reakcje Agnieszki to sie nie czepiam, bo ona nie ma dyplomu z psychologii i nie musi znac mechanizmow przemocowych, tematu wspoluzaleznienia czy miec na tyle dystansu do sprawy, by moc spojrzec na wszystko z boku i opracowac rzetelny plan pomocy mezowi. Osob, ktore bedac malzonkami osob w patologicznej sytuacji maja sile i wiedze, by wyprowadzic partnerow na prosta nie ma chyba znowu tak wiele, choc nie mam statystyk.
      Nie powiedzialabym tez, ze jest to poziom Nataniela, bo jednak rzucenie kapciem, ktory nie ma szans wyrzadzic realnej krzywdy, czy fantazjowanie o uzyciu przemocy, ktorego sie jednak nie wprowadza w zycie to co innego niz katowanie drugiego czlowieka i wielokrotny gwalt.

      Uznalam, ze gdybym sie zaczela czepiac wad Agnieszki, musialabym sie czepiac wad kazdej postaci, a przeciez ludzi bez wad nie ma. Nikt nie zabrania tez pisania o postaciach niesympatycznych i zlych, zreszta, jak popatrzec po fanbazach, to takie postacie ciesza sie niezla popularnoscia (Loki z Avengersow, Hanibal Lecter zarowno z filmu jak i serialu, Harley Quinn z Batmana czy chocby nawet bucowaty dr House). O postaciach wadliwych moralnie tez mozna pisac porywajace ksiazki, ale... nie w ten sposob. Choc z drugiej strony, po komentarzach na blogu sadzac, Musivum ma swoich oddanych fanow, wiec do kogos ta proza trafia.

      " Tam gdzie Virginia Woolf pisała o ubóstwie, braku dostępu do edukacji i opiece nad dziećmi, wskazując to jako przeszkody dla konkretnego działania (twórczości) wśród kobiet, Agnieszka walczy o prawo do leżenia w wannie z sokiem porzeczkowym. I żeby żaden z wyimaginowanych krytykantów, których na potrzeby tego sporu wymyśliła, nie ważył się powiedzieć na to złego słowa." No i wlasnie przez takie kawalki zaczynalam podejrzewac, czy to czasem nie jest gorzka ironia, parodia, wysmiewajaca przeintelektualizowana grupke oderwanych od rzeczywistosci snobow, ktorzy z braku prawdziwych problemow ubzdurali sobie wydumane. Ale nie, wszystko wskazuje na to, ze tekst jest pisany wprost.

      Anonimie, jesli masz czas i ochote, rzuc okiem tez na Patchwork III: Betonowy demon gender, ciekawa jestem twojej opinii.

      Usuń
    6. @gayaruthiel
      "Nie powiedzialabym tez, ze jest to poziom Nataniela"

      Skrót myślowy. Nataniel-bohater opka faktycznie bił i gwałcił, jak chciał. Chodziło o jego autora, który napisał na blogu, że wprawdzie czasem miałby ochotę stłuc żonę, ale prawo na to nie zezwala.
      Zachowanie Agnieszki (to z wazonem) bardzo mi się z tym skojarzyło, bo autorka wprowadziła w nim element kalkulacji. Nie był to taki przypływ złości, który każe ludziom przez chwilę myśleć, że mogliby kogoś uderzyć, skrzywdzić, a potem chwila mija i do niczego nie dochodzi, bo większość ludzi ma jednak opory przed uszkodzeniem kogoś fizycznie. A tu narracja sugeruje, że Agnieszka byłaby całkowicie zdolna rzucić w męża "ciężkim, kryształowym wazonem", czyli przedmiotem mogącym mu wyrządzić solidną krzywdę, ale przemyślała to sobie i zrobiło jej się szkoda... tego wazonu.

      "ona nie ma dyplomu z psychologii i nie musi znac mechanizmow przemocowych, tematu wspoluzaleznienia czy miec na tyle dystansu do sprawy, by moc spojrzec na wszystko z boku i opracowac rzetelny plan pomocy mezowi."

      Ja też się tego specjalnie nie czepiam, wspominam tylko dla porządku, chociaż moim zdaniem do zaoferowania takiego wsparcia nie potrzeba wcale dyplomu z psychologii. W pierwszej fazie związku ludzie po prostu odruchowo chcą wydobywać z drugiej osoby to, co najlepsze. "Jesteś wspaniałym człowiekiem, zobaczysz, już niedługo znajdziesz sobie lepszą pracę i pokażesz ojcu, ile jesteś wart" - to byłoby całkiem naturalne zachowanie zakochanej kobiety. Dopiero później, gdy mąż zmarnowałby to wsparcie, nie próbując szukać pracy i zalegając przed telewizorem, mogłoby się pojawić rozgoryczenie i wzajemne pretensje.

      "No i wlasnie przez takie kawalki zaczynalam podejrzewac, czy to czasem nie jest gorzka ironia, parodia, wysmiewajaca przeintelektualizowana grupke oderwanych od rzeczywistosci snobow, ktorzy z braku prawdziwych problemow ubzdurali sobie wydumane."

      Zaczęłam się nad tym zastanawiać i wychodzi mi, że faktycznie jest jedna grupa, która może być tu konkretnie poszkodowana - matki. Nie wierzę w istnienie tłumów singielek i kobiet bezdzietnych, które nie mają odwagi poleżeć sobie w wannie albo pooglądać seriali przez ten mityczny "brak uznania dla rzeczy trzecich". Nie licząc jakichś skrajnych patologii, nikt nie wymaga od kobiety, żeby "poświęcała cały czas partnerowi", bo żaden partner nie chce mieć baby na głowie 24 h na dobę. Z dziećmi jest inaczej, one bez trudu potrafią wciągnąć cały dostępny wolny czas, poza tym faktycznie funkcjonuje u nas paradygmat matki jako istoty całkowicie oddanej swojej rodzinie. Akceptacja dla ojca, który po pracy zalega sobie z piwkiem przed meczem, zdaje się całkiem naturalna, uświęcona tradycją, przecież tak ciężko pracował, należy mu się chwila relaksu. A matka przez cały dzień jest na cenzurowanym, na chwilę odpoczynku może sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy wszystkie inne, najdrobniejsze potrzeby jej rodziny zostaną zaspokojone. Dlatego zdarza się, że cały jej dzień wypełniają obowiązki, czyli rzeczy ważne i potrzebne, a nawet leżąc w wannie będzie się zadręczać, że marnuje tyle czasu, a przecież mogłyby pocerować dzieciom ubrania. W takim ujęciu wyglądałoby to, moim zdaniem, bardziej wiarygodnie, tylko należałoby postawić inną tezę. Zamiast: "rzeczy trzecie są ważne, zwłaszcza dla kobiet", coś w rodzaju "kobiety, a zwłaszcza matki, powinny pamiętać, jak ważne są rzeczy trzecie". Dla wszystkich, dla nich też. Bez pisania o jakimś "odium społecznym" (że niby serial be, meczyk cacy?), bo chyba nie do końca jest tak, że męskie odmóżdżające rozrywki są uważane za wartościowsze - po prostu mężczyznom łatwiej przyznaje się do nich prawo.

      Usuń
    7. Zacznijmy od tego, że studenci filologii polskiej muszą zaliczyć psychologię już na pierwszym roku, więc Agnieszka powinna być dobrze obeznana z tematem. Nie wiem jaki poziom owego przedmiotu jest na Uniwersytecie Szczecińskim, bo mimo że jestem rodowitą szczecinianką, nie studiowałam FP w moim rodzinnym mieście, ale na innych uczelniach stawia się na to całkiem spory nacisk. Ja miałam psychologię rozwojową, kliniczną, społeczną, ogólną i socjologię. Tak więc dyplomu z psychologii Agnieszka nie musi, bo już powinna takie rzeczy wiedzieć ze swojego własnego ogródka.

      Usuń
    8. Y, już nie przesadzajmy. Polonistyka to polonistyka, nie psychologia. Ja miałam 30 godzin na tamtych studiach i były omawiane główne teorie i mechanizmy, a nie, jakie terapię powinniśmy zastosować wobec określonych zachowań. Jasne, jak ktoś robi uprawnienia nauczycielskie, to jest tego więcej, ale też specyficznego.

      Usuń
    9. "Zaczęłam się nad tym zastanawiać i wychodzi mi, że faktycznie jest jedna grupa, która może być tu konkretnie poszkodowana - matki." Na szczęście to też zaczyna się zmieniać na lepsze, coraz więcej mężczyzn idzie na urlopy tacierzyńskie i pragnie mieć swój udział w życiu dzieci.

      Niemniej, żadna z głównych bohaterek Musivum nie jest matką, więc żadna nie cierpi z akurat tego powodu.

      Usuń
    10. Zgodnie z życzeniem, "Patchwork III: Betonowy demon gender" przeczytany. Po kolei:

      1) Nawiązanie literackie
      Tym razem wygląda dużo lepiej niż w "Pierwsze, drugie, trzecie" (chociaż nie znam "Nowej singielki", więc trudniej porównać z oryginałem). Może dlatego, że tutaj jest to zwykła, bezpretensjonalna recenzja. Autorka pisze, o czym jest książka i wyjaśnia, dlaczego jej treść zrobiła na niej tak duże wrażenie, dlaczego wydaje jej się wartościowa, odnosi ją jakoś do swojego życia i tyle. Nie sprzedaje jakichś dziwacznych teorii. Gdyby w tekstach było więcej tak przedstawionych książek (jakaś feministyczna pozycja + informacje, co w niej trafnego, mądrego), myślę, że blog bardzo by zyskał.

      2) Fikcyjne recenzje blogów.
      Trudno mi to jakoś skomentować, bo normalnie nie śledzę opowiadań o Star Treku. Co do, powiedzmy, obyczajowo-feministycznej strony tych komentarzy, to nie ma tam chyba niczego, z czym bym się nie zgodziła. Za to przy tym kawałku spadłam z krzesła (Agnieszka apeluje do czytelniczek gejowskiego romansu, które hejtują byłą dziewczynę bohatera):

      "Bo te komenty aż się przykro czyta, jakbyście wyleciały z samego środka średniowiecznego patriarchatu."

      Tak, tego średniowiecznego patriarchatu, który celebrował związki gejowskie i programowo nienawidził kobiet.

      3) Słuchowisko o Bridżet
      Jak mówi stara mądrość plemienna: pomysł dobry, z wykonaniem gorzej. W zamyśle chyba miała to być bohaterka pełna sprzeczności, rozdartą między konkretnym wyobrażeniem siebie a stanem faktycznym. A w rezultacie wyszła postać nieistniejąca, niemożliwa - jakaś taka Żydówka-antysemitka. Wiem, że można deklarować "niebycie feministką", a w praktyce popierać większość feministycznych postulatów, to się zdarza. Mimo wszystko takie rzeczy łamią mi wszystkie kołki do zawieszenia niewiary:

      "Bridżet próbuje wyrobić w sobie kompleksy z powodu niewyglądania jak modelka."

      Jaki realnie istniejący człowiek wpadnie na pomysł, żeby "próbować wyrobić sobie kompleksy"? Czy w następnym odcinku Bridżet spróbuje wyrobić sobie dolegliwości menstruacyjne i będzie się bić po brzuchu, żeby bardziej bolało?

      Kolejne w tym stylu:
      "postanawia, że będzie nadskakiwać swojemu facetowi i owijać się wokół niego jak bluszcz, by wiedział, jak ona go bardzo kocha, potrzebuje itd. Tyle że w rzeczywistości zachowuje się asertywnie, niezależnie i sensownie"

      Przecież u osób, które "nadskakują partnerowi", nie sprowadza się to do zadeklarowania w myślach "będę nadskakiwać", to jest cały zestaw zachowań wynikający z obsesyjnego skupienia na potrzebach partnera: gotowanie obiadków z trzech dań, śniadania do pracy, codzienne masaże stóp, itd. Bridżet wygląda tu trochę jak kosmitka, dla której "nadskakiwanie swojemu facetowi" to tylko puste hasło, niekojarzące się z żadnym konkretnym zachowaniem.

      (CDN)

      Usuń
    11. (CD)

      Bohaterka wydaje się tak totalnie, całkowicie niezdolna do autorefleksji, że zaczyna to przypominać jakieś zaburzenie, jak u tego pacjenta Olivera Sacksa, doktora P., który "pomylił żonę z kapeluszem". On widział twarze, ale nie potrafił ich rozpoznać, czyli powiązać z imionami znajomych osób, tak samo potrafił opisywać przedmioty (o róży powiedział, że to "zwinięta czerwona forma z podłużnym zielonym dodatkiem"), ale nie umiał ich nazwać, jakby brakowało mu w mózgu jakiegoś połączenia między opisami a nazwami rzeczy. Tak samo Bridżet zdaje się nie widzieć absolutnie żadnego związku między słowami, których używa, a rzeczywistością, którą opisują.

      Właściwie jest jedna scenka, którą kupuję bez zastrzeżeń, ta z portalem randkowym. Bohaterka deklaruje, że "nie jest żadną feministką" i nie ma wobec faceta specjalnych wymagań, ale natychmiast zaczyna to zawężać i odrzucać kolejnych kandydatów, zapewniając, że tak, oczywiście, nie ma specjalnych wymagań, ale żeby szanował jej zdanie, i jej zainteresowania, nie był wulgarny, itp., itd. Wygląda jak całkiem wiarygodny mechanizm zaprzeczenia, taki, jakiego często używają ludzie, żeby uciec od nielubianej etykietki.

      4) Pozostałe
      Cały wpis "o lesbijce" jest bardzo zły, nie będę go oceniać, bo Gaya już to zrobiła lepiej. Gdyby go wyciąć, Patchwork III byłby tekstem przynajmniej średnim. Miejscami lepszym, gorszym, miejscami łopatologicznym jak książeczka dla dzieci, taka z obrazkami i dużymi literkami. Ale nie byłoby tam prawie niczego, do czego naprawdę chciałabym się przyczepić, może poza pojedynczymi zdaniami:

      "A jednak w czasie tej poniedziałkowej rozmowy miałam w pewnej chwili ochotę rozwalić jej krzesło na głowie."

      O masz, Agnieszka znowu ma ochotę kogoś pobić, bo powiedział coś, co jej się nie spodobało (a tym razem nawet nie było obraźliwe). Co za narwana furiatka.

      "Jak mi uczniowie zaczynają jechać płciowymi stereotypami i podobnymi głupotami to ich wyzywam po francusku (czego nie rozumieją bo w ogóle się nie uczą)"

      Nauczycielka wyzywająca uczniów na lekcji, szczyt profesjonalizmu (i zero strachu, że ktoś jednak zrozumie; byłoby wesoło, gdyby ktoś zrozumiał i powtórzył rodzicom).

      (na pocieszenie paru osobom dodam, że prawdopodobnie będzie to ostatnia taka ściana tekstu, bo jednak czas przestać się zajmować rzeczami trzecimi, a zacząć drugimi i pierwszymi ;)

      Usuń
    12. "Jak mi uczniowie zaczynają jechać płciowymi stereotypami i podobnymi głupotami to ich wyzywam po francusku (czego nie rozumieją bo w ogóle się nie uczą)" - już pomijając wyzywanie uczniów na lekcji, od czego ręce mi opadły... zresztą w ogóle wyzywanie ludzi, którzy mają inne zdanie... no tak, jasne, przecież każdy powinien się urodzić ze świadomością genderową, równościową etc(zwłaszcza w Polsce). To w ogóle nie jest tak, że młodość to jest radykalny i chłonny wiek, wiek poszukiwania, rolą nauczyciela nie jest tu edukować uczniów i kompetentnie tłumaczyć swoje zdanie, w ogóle rolą osoby, która chce, żeby więcej osób było po jej stronie, żeby świat był lepszy, tylko wyzywać i obrażać. Wtedy na pewno zmienią poglądy i wezmą z niej przykład. Jezu.
      (Jak pomyślę, jakie poglądy miałam jeszcze kilka lat temu... może nie inne o 180 stopni, ale pomiędzy 90 a 180 już pewnie tak).

      Usuń
    13. Nawet jeśli bohaterka nie wiedziałaby, jak dokłanie pomóć swojemu partnerowi, to przynajmniej powinna wiedzieć, do kogo się z tym zwrócić. I brakuje mi tu jakiejś elementarnej wiedzy - Agnieszka jest przecież ponoć wykształconą, niesamowicie oczytaną osobą i nie wie nawet, że pewnych rzeczy nie powinno się robić?

      My mieliśmy łącznie 120 godzin z powodu przygotowania pedagogicznego i nie było samej suchej teorii, ale właśnie pod kątem pomocy innych, bo w pracy można się spotkać z różnymi sytuacjami. Dlatego to trochę dziwne, że Agnieszka nawet nie podejmuje prób we właściwym kierunku.

      Usuń
    14. "Zgodnie z życzeniem, "Patchwork III: Betonowy demon gender" przeczytany." -- Dziękuję! Naprawdę jestem wdzieczna, że ci się chciało dla potrzeb dyskusji :)

      Średniowiecze w ogóle wydaje się jakimś słowem-hasłem dla wszystkiego, co uznajemy za przestarzałe, i nie mówię tu tylko o Musivum. Tylko czekam aż młode pokolenie zacznie mówić coś w rodzaju "Masz internet nas modem? To jak w średniowieczu!" :D

      "Gdyby go wyciąć, Patchwork III byłby tekstem przynajmniej średnim. Miejscami lepszym, gorszym, miejscami łopatologicznym jak książeczka dla dzieci, taka z obrazkami i dużymi literkami." -- Jak dla mnie te słowa można odnieść do całego Musivum. Gdyby wyciąć głupotki i dłużyzny byłoby fajnie. Tak samo z tą agresją Agnieszki, Musivum jest pełne rzeczy nieprzyjemnych, których najpierw się nie zauważa, ale które potem układają się w niepokojący, powtarzalny wzór.

      A na marginesie: mam wrażenie, że nic tak nie rozpala emocji jak teksty czwórkowe. Nikogo nie obchodzą jedynki, dwójki ani trójki, piątki ludzie czytają z zainteresowaniem i najwyżej podziękują za poloecenie, ale daj komuś cztery, a są szanse, że rozpęta się piekło :P

      Usuń
    15. "Średniowiecze w ogóle wydaje się jakimś słowem-hasłem dla wszystkiego, co uznajemy za przestarzałe"

      Średniowieczne poglądy rodziców? ;)

      Usuń
    16. "Masz internet nas modem? To jak w średniowieczu!" :D
      W zasadzie to mamy taki odpowiednik ilustrujący brak postępu cywilizacyjnego: "jak zwierzę". ;)

      Usuń
  16. "Kurde, ale ona nie napisała eseju naukowego"

    Ale jej bohaterka napisała. A jak pani doktor, specjalistka od gender studies, wplata w swoją powieść(?) feministyczny artykuł z tezą, to spodziewam się, że będzie to tekst na poziomie, a nie przemyślenia jak u nastolatki na różowym blogasku.

    Zmarnowany potencjał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale bohaterowie mogą się przecież mylić. XD Autorka nie jest bohaterką. Mogłaby być nawet najlepszym matematykiem w kraju, a jej bohaterowie mogliby nie wiedzieć, ile to 2 plus 2. Wydaje mi się, że trzeba trochę rozgraniczyć autora od jego powieści, opowiadania czy czym to jest... Surowo oceniacie "Musivium" chyba właśnie ze względu na wykształcenie autorki, które przy ocenie jej tworu literackiego raczej nie powinno być brane pod uwagę zwłaszcza, że publikuje tylko w internecie - świecie anonimów. :)
      M.

      Usuń
    2. "wykształcenie autorki, które przy ocenie jej tworu literackiego raczej nie powinno być brane pod uwagę zwłaszcza, że publikuje tylko w internecie - świecie anonimów."

      Aha, jasne. Publikuje w świecie anonimów i tak bardzo chce być anonimowa, że pisze o sobie: "filolog z umiłowania, wykształcenia i zawodu", "uniwersytet albo śmierć", a ustami swojego bohatera dodaje: "Poza tym ma jakieś tam pojęcie o teorii literatury, ceni gender studies". Jeśli ktoś tak chlapie na prawo i lewo o swoim wykształceniu i zawodzie, to nie ma zmiłuj, w kwestiach związanych z zawodem będzie oceniany surowo.

      Usuń
    3. Dla mnie autor mógłby umieścić na blogu nawet cały swój życiorys na sto stron, a i tak nie miałoby dla mnie znaczenia, czym się zajmuje czy ile ma lat. Ja patrzę na twórczość, a nie na autora, no ale każdy myśli inaczej i stosuje swoje własne zasady przy czytaniu czegokolwiek.
      M.

      Usuń
    4. Jejku, zostawcie autorkę w spokoju. Narobiła błędów, narobiła - nie ma żadnego znaczenia, czy jest pięćdziesięciolatnią prawniczką, wykształconą panią doktor czy szesnastoletnią dziewczyną. To opowiadanie powinno być oceniane, nie autor, nawet jeżeli napisał o swoim wykształceniu. Ta informacja powinna być dodatkowa, a nie sprawiać, że czytelnicy będą patrzeć na tekst przez jej pryzmat.
      Gaya nie pisała w swojej ocenia o autorce (z tego, co pamiętam), apelowała w komentarzach o to, by autorkę zostawić w spokoju, a zająć się tekstem, dlaczego więc tego nie uszanujecie?

      Usuń
    5. Jasne, tylko że w wielu przypadkach jest zasadne pytanie o identyfikację autora z pisaną treścią. Literatura nie jest oderwana od autora, bo komunikat zostaje "przefiltrowany" przez jego umysł, doświadczenia życiowe, wyobrażenia, itd. Jeśli tekst jest odbierany jako pisany "od serca", a nie jako kreacja, powoduje to spekulacje, podejrzenia i pytania. Do tego autor nie musi się identyfikować z bohaterem, ale może. Czy to zbieg okoliczności, że filolożka pisze o filolożce, i to w pierwszosobowej narracji? Możliwe, ale też możliwe, że wcale nie.

      Usuń
    6. Yhy, to wszystko to takie bajdurzenie, bądźmy szczerzy. Tak naprawdę Ome popisywała się wiedzą (bez znaczenia nawet czy te mądrości byly zupelnie poprawne, czy nie), powiedziała, że jest wykształcona i ludzi szlag trafił. Sami zaczęli się popisywać swoim oczytaniem i inteligencją, nie jest tak? Ta cała konwersacja bardziej przypomina walkę o to, kto tu wie więcej, jak szeroko przecież napisano o feminizmie! I wszystko po to, żeby pokazać autorce, że wcale taka mądra nie jest, bo to na nią samą głównie padają ataki. Gdyby Musivium napisała dwudziestolatka na kosmetologii, to nikt by się tak nie czepiał, bo po co. Przed kim byście się wtedy mieli popisywać? Tylko przed gówniarą, więc nie warto byłoby się nawet męczyć, a tak możecie najeżdżać na filolożkę i powiększać ego.

      Usuń
    7. Dziękujemy ci za tę błyskotliwą psychoanalizę obcych ludzi w Internecie. To cudownie, że tak najlepiej znasz ich motywy.
      Nie bardzo wiem, w jakim świecie żyjesz, ale w moim w Polsce studia to rzecz powszechna i nie wiem, czym tu się popisywać. Przypuszczam, że większość dyskutantów miałaby o wiele lepsze powody.
      Serio, ogarnijcie się, bo następne wypowiedzi z analizą czy to autorki, czy dyskutantów najwyraźniej będę zmuszona wycinać.
      BTW ja akurat nie jestem zwolenniczką Barthesa, ale może weźmiecie pod uwagę teorię o śmierci autora.

      Usuń
    8. M.,jasne, że mogą się mylić, dlatego napisałam, że problemem jest rozbieżność z założeniami, czemu to i odpowiedź Gayi ignorujesz?

      Usuń
    9. "Ale bohaterowie mogą się przecież mylić. XD Autorka nie jest bohaterką. Mogłaby być nawet najlepszym matematykiem w kraju, a jej bohaterowie mogliby nie wiedzieć, ile to 2 plus 2. " I owszem, ale tu babol leży po stronie bohaterki, bo to ona napisała gniota, mimo ukończenia polonistyki, a co więcej ten gniot został opublikowany w czasopiśmie, które mam uważać za renomowane. Zaczyna więc tu zgrzytać zawieszenie niewiary.

      Jeśli o autorkę chodzi, to można zapytać dlaczego decyduje się poruszać tematy choćby feminizmu w taki a nie inny sposób. Czy chce sprzedać swoje teorie, czy ośmieszyć cudze, czy to jest pisane wprost, czy ironicznie... bo na razie to cholera wie, z samego tekstu trudno jest odczytać jej intencje, co widać choćby po samej dyskusji pod tą ocenką.

      Po czterdziestu siedmiu ocenkach opublikowanych na Mackalni i przeczytaniu jakiejś nieprzebranej ilości analiz mogę wam uroczyście przysiąc, że nie jestem w stanie odgadnąć wieku, płci ani wykształcenia autora na podstawie ocenianego tekstu. Nie ma bata.

      Jedyna moja uwaga tycząca się bezpośrednio autorki jest taka, że nie komcia ocenek, oneoneoneleven. :P Ale wy mi to wynagrodziliście z naddatkiem, więc luz. :D

      Usuń
    10. Wiesz, Leleth, jak ludzie tak na kogoś najeżdżają to nie trzeba skończyć psychologii, żeby wiedzieć, czemu to robią, naprawdę. Poza tym nie chodziło mi tu o wszystkich wypowiadających się, nie wrzucam każdego do jednego wora, ale niektórzy strzelają popisówę.

      Usuń
    11. Jak już mówiłam - to wspaniale, że znasz motywację innych ludzi lepiej od nich samych na postawie kilku komci w internecie i jest to dla ciebie cudownie jasne i bezdyskusyjne, a teraz racz zachować analizy personalne dla siebie.
      Inni też.

      Usuń
    12. Dziękuję też Tobie, że na postawie kilku komci potrafisz stwierdzić, ku mojemu zdziwieniu, co jest dla mnie kompletnie jasne i bezdyskusyjne. Nie tworzę sobie tutaj obrazów każdego jako przemądrzałego egoisty. Mówię tylko o tej sytuacji, że część osób zachowała się przemądrzale, a nawet niegrzecznie, bo ta dyskusja przypomina lincz. Przykro mi, że jako osoba mająca wpływ na tej stronie, nie zareagowałaś wcześniej, bo faktem pozostaje, że niektórzy trochę się zapędzili. I takie ataki na mnie mogłaś pominąć. To nie mnie trzeba ustawić do pionu.

      Usuń
    13. Przecież Gaya napisała ogólną prośbę o przyhamowanie, miała do każdego słać walentynkę z osobna?

      Usuń
    14. "Przykro mi, że jako osoba mająca wpływ na tej stronie, nie zareagowałaś wcześniej" - A mnie jest na przykład przykro, jak ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem. No chyba że na kilkukrotne apele Gayi i moje pozostajesz ślepy celowo.
      "To nie mnie trzeba ustawić do pionu" - Wbrew twojemu mniemaniu, twoje zachowanie nie różni się niczym od zachowania ludzi analizujących autorkę. Ty zwracasz to w stronę rozmówców, tyle. I imaginuj sobie, że zwracałam uwagę i tobie, i innym ludziom. Też wystarczy przeczytać.

      Nie zamierzam więcej dyskutować na ten temat. Następna osoba, która zacznie rozważać osoby dyskutantów lub autorki czy treść ich wypowiedzi w kontekście wieku, wykształcenia, własnej psychoanalizy czy czegokolwiek osobistego, poleci. Tak, jestem wkurzona. Nie znoszę cenzury, ale skoro nasze prośby są ignorowane, to najwyraźniej nie mam innego wyjścia, bo średnio mnie bawią głupawe przepychanki. (Taka ładna dyskusja była, a się psuje gównomżawką :P).

      Wiem, że czasem trudno nie łączyć tekstu z autorem i sama bynajmniej nie twierdzę, że tego nie robię i nie wysnuwam przez to pewnych wniosków, ale można zatrzymać niektóre z nich dla siebie, zwłaszcza jak autor może to przeczytać.

      Usuń
    15. Albo jeszcze napiszę wyraźnie, bo może niektóry nie rozumieją - to, że jestem tu adminem, to nie znaczy, że jestem nadczłowiekiem w stosunku do oceniających. Szczerze mówiąc, to już zastanawiałam się nad pisaniem apelu o danie sobie spokój z pewnymi kwestiami, kiedy Gaya mnie wyręczyła. Naprawdę uważacie, że ja powinnam pisać w tej samej chwili kolejny? Moje zdanie byłoby jakoś więcej warte niż jej, mnie by posłuchano, skoro ją zignorowano, jak widać?
      Jak wam tak zależy, to zdanie oceniających w sprawach ocenialni jako takiej traktujcie jako admina, jeśli nie widzicie sprzeciwu. Naprawdę nie widzę potrzeby uświęcania każdego postu słowami "tak, słusznie mówi".
      Zresztą litości, to jest wspólny projekt. Nie mamy wspólnej jaźni i miewamy inne zdanie, ale ważniejsze decyzje naprawdę dyskutujemy i dopiero wtedy przedstawiamy je publicznie.

      Usuń
    16. A może właśnie trzeba było do każdego z osobna wysłać laurkę, skoro ogólny apel Gayi nie pomógł? Może wtedy ludzie by się uspokoili.

      Usuń
    17. Nie jesteśmy w przedszkolu. Nie mamy obowiązku każdemu z osobna prosić i tłumaczyć. Jak do ludzi nie dociera za pierwszym razem, to ich problem.

      Usuń
    18. ... :D Czy ktoś graficznie uzdolniony byłby tak miły i skonstruował kółko/tondo/wlepkę stosowną do sytuacji, którą można by było serwować dyskutantom przekraczającym granice? :D Tylko żeby były utrzymane w walentynkowej stylistyce.

      Usuń
    19. http://www.tinypic.pl/ajh1ognzrchg

      Usuń
    20. No i to rozumiem! :D Śliczne!

      Usuń
    21. Dziękuję pięknie!
      Walnę drugą wersję, bez serduszka – walentynki dopiero jutro. :)
      http://www.tinypic.pl/kjnd6ys6sgnf

      Usuń
    22. Możemy to sobie gdzieś wkleić? Dać jakieś, ekhum, kredyty? :D

      Usuń
    23. Wklejajcie, będzie mi miło. :)
      Nie, nie trzeba.

      Usuń
    24. No ja zamierzam to ludziom wlepiać za każdym razem, jak będą nieuprzejmi :D

      Usuń
    25. Ktul w serduszku wygrał Internet. <3

      Usuń
    26. Wygasł link, a nie zapisałam sobie :(((((((. Ktoś ma?

      Usuń
    27. (ten drugi mam, tylko w serduszku nie :()

      Usuń
  17. Eeee, właśnie dowiedziałem się okrutnej prawdy o swoim życiu i nie wiem za bardzo jak mam się do tego odnieść. :c
    6) Kobiety nie chrapią // Nie i już. To wychodzi na to, że urodził mnie mężczyzna. Icoteras?

    8) Z kobietami można fangirlować slashowe pairingi Kirk/Spock, Kirk/McCoy, Spock/McCoy i Kirk/Spock/McCoy // Teoretycznie z facetami, którzy lubią te klimaty, (klimaty Star Treka znaczy się?) też można, ale dla mnie byłoby to jednak cokolwiek kłopotliwe i... no, dziwne. Nie, nie wyobrażam sobie tego, cieszyć się wraz z facetem, że w jakimś ficku Spock właśnie ląduje w łóżku z Kirkiem. Z dziewczyną – o, z dziewczyną mogę się tym zachwycać godzinami, dniami i tygodniami. Wydaje mi się to jakieś takie bardziej naturalne. Wait... To bycie lesbijką jest czymś fajnym, niby fajniejszym od bycia hetero dziewczyną (I to wciąż jest lista powodów, dla których Agnieszka wolałaby być lesbijką...? Serio...?), ale do meritum. Więc bycie lesbijką jest fajne, rozumiem też, że naturalne, geje spoko, slashowe pairingi super i fokle... A facet zachwycający się takimi pairingami jest dziwnym wybrykiem natury bo...?

    Gdzie jest autorka ze swoją deklarowaną odpowiedzią na ocenkę, kto mi wytłumaczy ten bełkot, o co chodzi? :(((

    A skoro już przy startrekowych slash fickach jesteśmy...

    https://www.youtube.com/watch?v=11PT_ouPnp0 :'D

    PS Urocza ta walentynka. c:
    #NieŚpięBoCzytamMackalnię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omygy, kocham ten film i znam obie piosenki na pamięć :D Wiesz, że jest też ich produkcji, um, western? :D

      Usuń
    2. "Western"...? Nie widziałem. :D Albo widziałem i nie jestem świadomy tego, że to ich. Było jeszcze Rrr! i wydaje mi się, że też ich produkcji, ale nie mam pewności.
      Cieszę się, że filmik trafił w gusta. :D

      Usuń
    3. Nazywa się toto "But Manitou" i ryje banię :P

      Usuń
    4. Jak ryje banię, to trzeba obejrzeć. :')

      Usuń
  18. "O postaciach wadliwych moralnie tez mozna pisac porywajace ksiazki, ale... nie w ten sposob."

    Co więc powinno być zmienione?

    O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim trzeba się zastanowić co się pisze, po co się to robi i dla kogo. Jeśli na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi "opowiadanie o paskudnych typach", przechodzimy do następnego. Robisz to, bo masz ciekawą historię do opowiedzenia? Bo sam akt klepania w klawiaturę daje ci frajdę? Bo chcesz popełnić głębokie studium psychologiczne? W zależności od odpowiedzi, trzeba rozważyć pytanie trzecie. Jeśli opisujesz np. proces myślowy brutalnego mordercy, robisz to dla siebie (żeby odreagować jakieś traumy, przepracować trudny temat) czy dla czytelnika (bo uważasz, że ten tekst da mu do myślenia, sprawi przyjemność, zaciekawi)? W zależności od twoich odpowiedzi, zmienia się odpowiedź na pytanie "jak pisać".

      Generalnie czytelnik powinien chcieć brnąć przez tekst z własnej woli, a zatem musisz podtrzymywać jego zainteresowanie tekstem. Zastanów się przez chwilę nad swoimi ulubionymi książkami; czy jesteś w stanie określić co sprawia, że są ulubione? W książce przygodowej akcja powinna toczyć się wartko, w psychologicznej w głowach bohaterów powinny zachodzić jakieś ciekawe procesy, romans powinien buzować od emocji itd. Najgorsze, co możesz zrobić, to zanudzić czytelnika. To nie muszą być pościgi i wybuchy (swoją drogą jeśli jest ich nadmiar, też będą nużące). Czasem wystarczy wewnętrzna przemiana bohatera, opis jego drogi życiowej, to jak osiąga swoje cele, jak do nich dąży, jak go to kształtuje. Spójrz na przykład na Irvinga, który pisze wielkie objętościowo obyczajówki, a mimo to potrafi utrzymać zainteresowanie odbiorcy.

      Wracając do złoli, zauważ, że nie