poniedziałek, 14 lipca 2014

0069. red-descent.blogspot.com

W ocenie debiutuje nasz nowy przedwieczny, Ryszard. Liczę, że przyjmiecie go ciepło i cicho szepnę, że ma zupełnie pustą kolejkę. :)  


Miejscówka przyzywającego: Red Descent
Przedwieczni: Gaya, Ryszard Rwie Serce

Szablon bardzo estetyczny, harmonijny i przejrzysty. 

Red Descent – zbędne akcentowanie kursywą niektórych wyrazów. Nie wiem, dlaczego pierwszą część posta masz zapisaną normalnym fontem a dwie pozostałe pochylonym.

Prolog 

Zielone oczy obserwowały uważnie dłonie, które sprawnie kroiły przeróżne rośliny ostrym nożem i mieszały je w kociołku; zęby, które zagryzały dolną wargę, kiedy część przepisu wymagała większego wysiłku. – Co te zęby? Średnik (może lepiej by to wyglądało, gdyby to było wyliczenie i średników pojawiło się kilka, obecnie nie najfortunniej) sugeruje nową część wypowiedzi, która nie ma orzeczenia. Mogę się domyślać, że oczy obserwowały zęby, ale sugerowałabym to przeformułować. 

Red Descent to tytuł bloga, Czerwony Obłęd nazwa eliksiru. Mam nadzieję, że to przypadkowa zbieżność, bo descent się nijak na obłęd nie tłumaczy. 

I 

Jego ojca też zdzierżyć nie potrafiła, a kiedy przekonała się, że Scorp jest dwa razy gorszy – nienawiść zwiększyła się podwójnie i została równo podzielona pomiędzy ich dwóch. – Czyyyli... właściwie nic się nie zmieniło? 

Była jednak na tyle taktowna, że nie okazywała tego, na czas weekendów pojawiając się tylko wtedy, gdy trzeba było podać na stół obiad. A właściwie machnąć różdżką, by talerze same się rozłożyły, bowiem była typem gospodyni, który nie brudzi sobie rąk, tym bardziej tysiąca eleganckich sukienek, innej na każdy dzień. – Po co w ogóle się pojawiać, synek nie może machnąć różdzką, by wyręczyć mamusię? 

Przygrzewało mocno, zmuszając ludzi do skrycia się w cieniu werand, tudzież kąpieli w basenie – Krycia się w cieniu kąpieli? 

Choć był to jeden z tych dni, kiedy woda nie ochładza tak, jak ochładzać powinna, a zwykłe mruganie, czy nawet ziewanie, prowokuje ciało do produkowania potu w zadziwiających ilościach. – Choć był to jeden z tych dni... to co? Ta konstrukcja wymaga domknięcia. 

Stół z jadalni wyniesiono do ogrodu, w miejsce wręcz idealne, pod starym dębem, który pamiętał jeszcze czasy Voldemorta. – Umm, piszesz o Scorpiusie, synu Dracona, który… ile ma lat? Jesteście już pełnoletni, mówi Gabriel – ile lat minęło od śmierci Voldemorta? Zdaniem potterowej wiki zginął w 1998, Scorpius urodził się w 2006, jest rok 2024, a dąb ma około dwudziestu sześciu lat. Trudno dwudziestoletni dąb nazwać starym. W zasadzie właśnie dopiero po dwudziestu latach dęby zaczynają produkować żołędzie. 

Siedział w końcu obok ojca, a Gabriel odziedziczył po dziadku ten irytujący nawyk dźgania swojego dziecka różdżką, żeby się uspokoiło. Gorzej, kiedy machnął za mocno. Raz podpalił obrus i matka była na niego wściekła dobry tydzień. To znaczy, nie robiła obiadów, za to była bardziej rygorystyczna jeśli chodzi o Davida, wysyłała mu przynajmniej jeden wyjec podczas każdego „oficjalnego bycia obrażoną”, robiąc mu tym samym wstyd przy kolegach, bo oni nie dostawali koperty drącej się o tym, że jest młodszą kopią Gabriela, niewdzięcznikiem i klonem Scorpiusa Malfoya jednocześnie, różnią się tylko jednym – ten drugi ma mniejszy mózg. – Matka jako wyzwiska używa jesteś taki podobny do ojca i mądrzejszy od kolegów ? Biorąc pod uwagę, że David szanuje ojca, a Scorpiusa uważa za swojego najlepszego przyjaciela, sądzę, że tego typu wyjce mogły przynosić efekt odwrotny od zamierzonego. Skoro oni (liczba mnoga) to są, a nie jest (podobny). Nie wiem też, czy jakiekolwiek dzieci uspokajają się, gdy dźga się je patykiem, wręcz przeciwnie. 

Wracając jednak do niedzieli, ta akurat nie była leniwa – można ją było określić mianem nad wyraz żywej. (...) Obiad przebiegał więc dosyć spokojnie, wszyscy skupiali się na tym, by jak najmniej spocić się przy przeżuwaniu (...) Po obiedzie matka się ulotniła, pozwalając im w końcu zachowywać się normalnie, choć Malfoy głównie jęczał i starał się znaleźć policzkiem na stole jakieś chłodne miejsce. Ojciec popadł w stan drzemki, nogi trzymał na drugim krześle, a pod głowę podłożył sobie poduszki, które najprawdopodobniej przywołał z salonu. Przecież nie będzie sam po nie wstawał, w końcu gwałtowne ruchy są męczące przy trzydziestu stopniach w cieniu. David sięgnął po Prorok Codzienny leżący po stronie ojca i otworzył go na przypadkowej stronie, szukając czegoś, co go zainteresuje. – Nie była leniwa, tak? 

Scorpius nagle jakby się ożywił i wyrwał mu Proroka z rąk. Rozłożył go na stole i zaczął czytać, w połowie wręcz wstrzymując oddech – Co tu robi jakby, skoro Scorpius zdecydowanie się ożywił? 

Nigdy nie widział McMillana poważnego, nie wyglądał za ciekawie, właściwie to trochę się go bał – Kto wyglądał, a kto się bał? Podmiotowy bigos. 

To banda popaprańców, na czele z tym całym szukającym, jeszcze rzucą na ciebie jakieś zaklęcie i cię skroją, myślisz, że ja nie wiem, po co takie konkursy są organizowane? – Konkursy w Proroku Codziennym zdaniem papy organizowane są, by okradać zwycięzców z zawartości kieszeni? Wtf? Gdyby to jeszcze organizował podrzędny szmatławiec, być może wątpliwości byłyby uzasadnione, ale przecież Prorok jest największym tytułem w świecie czarodziejskiej prasy. 

Londyn najwyraźniej postanowił zgrać się z humorem Scorpiusa, który od ich powrotu do mieszkania nie odezwał się ani słowem i nakrzyczał na Dwighta, że ten chce odkurzać w jego pokoju. – No to nie odezwał się czy krzyczał? 

na zewnątrz właśnie rozpętało się tornado i tylko szaleńcy wychodzili z domu (...) Tutaj było ciepło, a na zewnątrz królowała mżawka połączona z nieprzyjemnym wiatrem – Tornado a nieprzyjemny wiatr to dość spora różnica. 

Dochodziła dwudziesta pierwsza i Dziurawy Kocioł był pełen ludzi, kiedy w końcu dotarli na miejsce. Praktycznie nigdzie nie było wolnego miejsca, czarodzieje i czarownice nie zostawiali wolnych krzeseł przy żadnym stoliku. (...) zaczął ich ciągnąć w stronę kilkuosobowego stolika, przy którym siedziała dziewczyna. (...) Imogen Heat była nieco zaskoczona, ale i zadowolona, że wieczór, który miała spędzić samotnie, zmienił się w miłe spotkanie z kolegami ze szkoły. – Dziewczyna siedziała samotnie przy kilkuosobowym stoliku, ale mimo to nie było żadnego wolnego miejsca? Znowu sama sobie przeczysz. 

Dwight zdjął z pewnym trudem kaptur i wyjął lustro, by móc w nim uczesać włosy. – W lustrze można się przejrzeć, czesze się włosy przed nim. 

Nie były przylizane jak zwykle, tylko nieco rozczochrane, dlatego po chwili wahania wyjął ze skórzanej teczki również brylantynę, która miała zrobić z nich hełm. Szczytem nieprofesjonalizmu byłoby, gdyby te nie były odporne na wiatr czy powietrze, którym oddychał Scorpius. – Scorpius oddycha sobie na włosy zaczesane do tyłu? Jak? 

– Nikogo nie obchodzi twój stary, deklu, więc z łaski swojej wróć do czyszczenia swojej odznaki. – To tylko skromny wycinek z potoków gimbusiarskiej nowomowy, która zalewa twoje opko, mimo że bohaterowie już dawno powinni byli z niej wyrosnąć – w końcu są już pełnoletni. 

[Dwight] Rozpromienił się i wyjął z kieszeni kurtki etui z okularami, które chwilę później ulokował na nosie. – Etui ulokował na nosie? Cały czas siedział w kurtce i teraz dopiero doprowadził się do ładu? Czy po prostu okulary wyciągał, gdy chciał się powymądrzać? To w ogóle pierwsza i ostatnia uwaga na temat okularów Dwighta, potem nie ma o nich ani słowa, rozpływają się w powietrzu. Nie jest to błąd, ale miło by było mieć wrażenie, że nie zapomniałaś o tym szczególe kreacji swojej postaci. 

Scorpius i David nie odezwali się do siebie już ani słowem przez resztę wieczoru, za to Dwight wypił cztery wody, bo co chwilę zasychało mu w gardle od ciągłego rozmawiania o czystości. – Zamiast łopatologii stosowanej w poprzedniej części rozdziału, tu można by przemycić obrzydzenie szklankami z knajpy, które na pewno nie są dostatecznie czyste jak na standardy Dwighta. Mógłby pić też z butelek, by nie mieć styczności z niedomytymi kuflami, ale nie ma o tym ani słówka. Krótko mówiąc, trochę zmarnowany potencjał. W ogóle co to są cztery wody? Szklanki wody, butelki? Tak można powiedzieć potocznie, nie w literackim języku. 

David nie mógł zasnąć a głowę miał pełną pytań, na które niestety nie znał odpowiedzi. // Dlaczego ojciec był tak źle nastawiony do tych całych Gargulców? Co było z nimi nie tak? Może był przewrażliwiony? Czuł, że coś się wydarzy, ale nie miał pojęcia co i to spędzało mu sen z powiek. – Ojciec był przewrażliwiony, czy David? Podmioty znowu ci się zajączkują. A skoro chłopaka tak dręczą pytania, dlaczego nie zada ich wprost? 

W tym momencie Scorpius zachrapał głośno, przez co Dave o mało nie dostał zawału, ale to utwierdziło go w przekonaniu, że nawet jeśli jego przyjaciel ma iloraz inteligencji pieczonego ziemniaka, to potrafi załatwić sobie wygraną w głupim konkursie – Wniosek z ciemnych głębi wzięty. Scorpius tylko wysłał zgłoszenie, niczego jeszcze nie wygrał, nie wiem więc, jaki związek z chrapaniem ma cała ta sytuacja. Ciekawi mnie też, czy Scorpis chrapie aż tak głośno, by było go słychać przez ścianę i dwie pary drzwi. 

II 

Mógł tylko patrzyć, jak Dwight bezlitośnie wciąga odkurzaczem wszystkie jego skarpetki, które chwilę wcześniej walały się po podłodze. Miał dziwne wrażenie, że to wszystko ma związek ze Scorpiusem, ale bał się w ogóle ruszyć z miejsca. – Pole minowe ze skarpet? Pół biedy. Ale wciąganie ich odkurzaczem? Już po pierwszej skarpecie powinien się zapchać. 

Siorbał więc cały tydzień herbatę, starając się znieść psychicznie uwagi Dwighta, który wciąż ostentacyjnie nie odzywał się do Scorpiusa. Kroczył z dumnie uniesioną głową po mieszkaniu, jak zwykle nienagannie uczesany, z kilogramem brylantyny na głowie – Który z trzech wymienionych panów kroczył? Doprecyzuj. Uwagi nieodzywającego się Dwighta brzmią dziwnie, ale zgaduję, że to miała być taka ironia? 

Chciał powiedzieć tyle rzeczy, ale tylko uśmiechnął się słabo i obaj wiedzieli, co to znaczy – cicho się na to wszystko zgodził, przełknął wszelkie odmowy i pretensje. // Jechali na mecz Gargulców. Wcale się z tego nie cieszył, ale to nie jemu miało to sprawiać radość, on miał tylko tkwić nadal między młotem a kowadłem, jak kompletnie nieasertywna ameba. – Ale właściwie dlaczego? Co go motywuje do tego wyjazdu, przecież nie jest to ani chęć zobaczenia meczu, ani lojalność wobec Scorpiusa, a na dodatek strach przed ojcem, przed przyłapaniem, powinien go dodatkowo zniechęcać. 

Dracon sprawiał wrażenie bardziej wyniosłego i odpychającego od swojego syna, choć ten drugi próbował ojcu dorównać i czasem nawet czesał się na bok, postarzając się o jakieś pięć lat. W jego przypadku było to dużo i z głupkowatym wyrazem twarzy przypominał starego wariata. – Starego dwudziestotrzylatka? 

David poczuł, jak po jego plecach przechodzą ciarki i wycofał się, drużynę narodową oglądając już z dystansu, uśmiechnął się jedynie lekko, kiedy Scorpius zabuczał głośno, wyprowadzając tym samym swojego ojca z równowagi. Dracon trzepnął go w głowę i oddalił się od nich, jakby się ich wstydził. – Gdzie się wycofał, na inne miejsca siedzące, zapewne zajęte przez innych widzów? Czy też mieli miejsca stojące na tak ważnym meczu? 

Był ponurym i zrzędliwym skurwielem, zdecydowanie za starym na granie w jednej z lepszych drużyn byłego Związku Radzieckiego, ale wszyscy wiedzieli, że lepszego szukającego nie znajdą. – Pisząc, że był za stary, sugerujesz, że wiek przeszkadzał mu w grze. Jak mimo tego mógł być najlepszym szukającym w całym byłym ZSRR? W ogóle to niezbyt fortunny synonim Rosji, bo sugerujący, że Iwanow się załapał na karierę w czasie istnienia Związku Radzieckiego, ale ten upadł, kiedy Iwanow miał 6 lat (albo 10, nie wiem, czy jest z rocznika Veny, czy Ramone, czy jeszcze innego, nie żeby to jakoś zmieniało sytuację). No i pisząc, że gra w drużynie z byłęgo ZSRR masz na myśli to, że drużyna została założona w czasie trwania Związku, czy też że jest to drużyna ze współczesnej Białorusi albo Gruzji? Dobrze byłoby to jakość dookreślić, bo rozrzut geograficzny jest spory. 

Minął grupkę dresów i posłał im pogardliwe spojrzenie, ewidentnie szukał zaczepki, ale nie zareagowali. Lubił wszczynać bójki, choć – cóż za niespodzianka – na to też był za stary. Miał jednak na tyle mocną pięść, że zazwyczaj wychodził ze wszystkich tylko lekko poobijany. Był najmniej wyróżniającym się graczem w drużynie, najchudszym i najniższym – By mały, żylasty człowiek wygrał spotkanie z przypakowaną bandą dresów, musiałby prezentować coś więcej niż tylko mocne pięści. Nawet posiadacze czarnych pasów w karate uważają, że najlepszą formą reakcji na agresję bandy zbirów jest ucieczka. 

Najchętniej wróciłby z powrotem na Litwę, gdzie ostatnimi czasy pomieszkiwał. Londyn był złym miastem i jeśli nie wygrają tego meczu z jego beznadziejną reprezentacją, obiecał sobie, że za to zapłaci. – Iwanow to sobie obiecał? Masochista? 

Ledwo zmusił się do tego, by tu przyjechać i reprezentować swoją drużynę – To miał jakiś wybór? Wyobrażasz sobie, że Beckham czy inny Ronaldo wybierają sobie wyłącznie miasta, które lubią, na rozgrywki piłkarskie? 

Danilow miał ramiona jak zapałki, łatwiejsze do złamania, niż mogłoby się wydawać, w końcu był pałkarzem. – Łatwo było mu połamać kości, bo w końcu był pałkarzem? Co za różnica, czy był pałkarzem, motocyklistą czy pielęgniarką, kości to kości, o ile w grę nie wchodzi np. osteoporoza, łamią się tak samo, niezaweżnie od zawodu czy hobby. 

zwłaszcza szukający musiał chodzić jak w zegarku (...) Nie raczyłeś się nawet zjawić na treningu, czekaliśmy DWIE GODZINY – Faktycznie, jak w zegarku. 

Wyluzuj – burknął i wyciągnął z kieszeni sakiewkę, którą potrząsnął, a monety w środku wydały charakterystyczny brzęk, obijając się o siebie. – Robiłem poważne interesy, ćwoku, kiedy ty właśnie skarżyłeś się tatusiowi, że zły i niedobry Iwanow się ciebie nie słucha. // Cyryl wytrzeszczył oczy i chciał już pochwycić pieniądze, ale Dmitrij szybko cofnął dłoń i wyszczerzył zęby w niekoniecznie miłym uśmiechu. – Yyy... czy profesjonalnym graczom quidditcha (a przypomnę, że omawiana drużyna jest jedną z najlepszych w całej Rosji) nikt nie płaci za mecze, że sakiewka z monetami wywiera na nich takie oszałamiające wrażenie? 

Dima... Skąd to masz? – Pomiędzy brwiami kapitana pojawiła się pionowa zmarszczka, a w niebieskich oczach błyszczał niepokój. Czuł, że zdecydowanie za bardzo mu pobłażał, a co jeśli zadał się ze złym towarzystwem i teraz wygrają nieuczciwie mecz? – Podmioty. Niepokój się zadawał? Poza tym, wtf, za wygrane mecze się płaci, a nie dostaje pieniądze. 

Tej nocy jednak nie zasnął w ogóle, bo Londyn uważał za swojego wroga. Zwłaszcza wtedy, kiedy zakłócał spokój swoich płuc, spalając całą paczkę ohydnych papierosów na hotelowym balkonie. – Podmioty, Londyn palił papierosy na balkonie? 

David był szczerze zaskoczony tym, jak bardzo różniły się mecze „profesjonalne” od tych szkolnych. – Dlaczego profesjonalne ujęte jest w cudzysłów? 

Nagle zapadła cisza i Minister Magii, znajdujący się gdzieś pośrodku trybun, zaczął przemawiać głosem pogłośnionym różdżką, ale David i tak nic nie rozumiał – dochodził do niego irytujący bełkot, jakby w ich sektorze zepsuły się głośniki. Wszyscy inni jednak wyglądali na przejętych całym wydarzeniem i słuchali go z uwagą, zwłaszcza Scorpius; na jego bladej twarzy pojawiły się wypieki. – Co to za bełkot i amatorka na takim ważnym meczu? 

Po chwili na boisku zaczęły pojawiać się jakieś postacie. Początkowo David pomyślał, że to po prostu jakieś usterki techniczne, zepsuły się pętle, ale potem rozległy się dzikie wrzaski, jedna z postaci nagle powiększyła się do ogromnych rozmiarów… Dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę, że rozpoczęła się prezentacja drużyn, Gargulce właśnie wyleciały na boisko i twarze poszczególnych graczy pokazywane były na wielkim ekranie. – David nie należy do bystrzaków, co? Jak właściwie pętle mogłyby się popsuć? 

w oczach każdego kryło się coś niepokojącego, coś, co mówiło, że z nimi lepiej nie zadzierać, bo tacy jak oni lubią robić krzywdę. David poczuł, jak po jego plecach przechodzą ciarki i wycofał się, drużynę narodową oglądając już z dystansu – Jak, gdzie się wycofał, skoro wciąż siedzi na trybunach i jedyne, co zrobił, to przesunął wzrok z telebimów na boisko.

Jastrzębie z Falmouth co rusz próbowały dosłownie zabić przeciwników – Dosłownie? Na pewno? 

Rosjanin mówił łamaną angielszczyzną i Dave zrozumiał tylko tyle, że ma na imię Cyryl i gratuluje wygranej. – W tej sytuacji, to raczej David powinien składać gratulacje Cyrylowi, nie? Czy też chodzi ci o wygranie konkursu? Doprecyzuj. 

III 

Może się nie zgodził i teraz ten sadysta mści się na Davidzie? Może… Westchnął ciężko. – Jakie mści się? Opuszczenie pomieszczenia bez słowa to zemsta? 

Tak, jak pewnych rzeczy nie chciał robić ze zwyczajnego lenistwa, tak teraz motywował go głównie strach o własne życie. Lubił je mimo wszystko. – Do tej pory nic nie wskazywało na to, że David jest paranoikiem. Jedno krzywe spojrzenie obcego człowieka wywołuje w nim takie lęki? Jak ten biedaczek funkcjonuje w społeczeństwie na co dzień?

Nie potrzebował wiele czasu, by wymyślić teorię spiskową, a po dwudziestu czterech godzinach bez snu wszystko wydawało się prawdopodobne. Nawet to, że Iwanow za nim stoi... Odwrócił się szybko, z mocno bijącym sercem lustrując ścianę, czy aby ten się tam nie kryje. Potrzebował kolejnego ciosu w twarz. – Doba bez snu, bo ktoś na niego spojrzał. 

nie mógł skupić się na robieniu śniadania, bo męczyła go jedna, dosyć ważna kwestia: dlaczego na twarzy Davida nie było śladu po uderzeniu? – Niech zgadnę, Dwighta też uderzył tłuczek, i to mocno, bo zapomniał o tym, że żyje w Potterlandzie, gdzie czary leczące są na porządku dziennym? 

Ojciec był prawą ręką już trzeciego Ministra Magii od czasów upadku Voldemorta, dlatego miała pieniądze na wynajmowanie ludzi do zmieniania wystroju wielkiej posiadłości McMillanów w Haslemere praktycznie co sezon. Nieważne, czy miała trzynaście, czy trzydzieści dziewięć lat – zawsze była jego oczkiem w głowie i korzystała z tego maksymalnie. – Podmioty. Czyim oczkiem, wystroju? Voldzia? 

Zamknęła gablotę na klucz i wsunęła go do kieszeni spodni. Tam był najbezpieczniejszy, zawsze istniało ryzyko, że Gabriel otworzy złe drzwi i tu zajrzy. Nawet nie lubiła ryzykować, adrenalinę wolała zostawić dla innych – Co tu robi słowo nawet? David zdążył się wyspać, a matka tak sobie zostawiła i myślodsiewnię na stole, i drzwi do pokoju niezamknięte. Święty Imperatywie. Nie rozumiem też, dlaczego szafka, zamykana na zwyczajny klucz, miałaby być problemem, David nie nauczył się zaklęcia Alohomora? 

Lubiła roztrząsać znienawidzone sytuacje, oglądać je z dwóch perspektyw – swojej i Gabriela. Poniekąd ta druga perspektywa była nieco bolesna, bo zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy w niczym się nie zgadzali, zwłaszcza w tamtych czasach. // – Ale teraz już jesteście, opanuj się – mruknęła. – Jesteście co/czym? Słodki boru, ależ ten tekst jest niechlujny. 

strzepnęła z niej do myślodsiewni srebrno–białą, świetlistą substancję. – Takie połączenie kolorów zapisujemy z dywizem, a nie pauzą. 

Czasem się zastanawiał, dlaczego przyjaźnili się tyle czasu, skoro ich przyjaźń polegała głównie na obrzucaniu siebie mięsem i rechotaniu głośno, kiedy jeden albo drugi się przewróci. – Jeden albo drugi? Czy to znaczy, że własne potknięcia też ich bawiły? 

Otworzyła gablotę i wyjęła z niej jedno z ośmiu niedużych, czarnych pudełek. W środku znajdowały się flakoniki, ułożone w równych rzędach i opatrzone naklejkami ze schludnie wypisanymi datami. Myśli. Wyjęła pierwszą z brzegu, która głosiła, że trzyma w sobie wspomnienie z roku 1995, dokładnie ósmego stycznia. (...) gablotą, wypełnioną czarnymi pudełkami, opatrzonymi naklejkami z numerami… telefonów? – Jakim trzeba być idiotą, by pomylić daty z numerami telefonów? Dlaczego czystokrwisty mag w ogóle kojarzy sobie serię cyfr z mugolskimi wynalazkami? Czy to dlatego, że Malfoy korzystał z telefonu w obecności Davida? Do kogo jednak Malfoy mógł dzwonić, kto inny miałby działający odbiornik?

Oczywiście, myślodsiewnia pojawia się w tym rozdziale tylko po to, by bohater mógł do niej wpaść i poznać kluczowe dla fabuły wspomnienie. Subtelność prowadzenia fabuły: poziom zero. 

Dziewczyna ruszyła do przodu szybkim krokiem, więc poszedł za nią, starając się trochę ją wyprzedzić, by móc się jej przyjrzeć. Przypominała mu kogoś, ale nie miał pamięci do twarzy, nie liczył na to, że szybko skojarzy, kim była – Myślodsiewnia stoi w pokoju jego matki, a kobieta ze wspomnień kogoś mu przypomina? No ciekawe, ciekawe, kim też ona może być, Watsonie. Cox. Cox. Cox. Nazwisko panieńskie jego matki, co do tego nie miał wątpliwości – Najmniejsze zdziwienie świata. No i dlaczego Dave poznał Iwanowa od razu, a własnej matki nie? I po co Vena w kółko wraca do tej sceny? Nic się tam specjalnego nie działo. Chyba po prostu imperatyw kazał odkryć przed Davidem WIELKOM TAJEMNICEM. 

Dmitrij Iwanow, odmłodzony o jakieś dwadzieścia lat, stał tam obok tej całej Macnair i szczerzył złośliwie zęby – Co Dmitrij robi w Hogwarcie? Dlaczego nie uczył się w Durmstrangu, jak większość Rosjan? Czy bierze udział w Magicznym Erasmusie? Czy Iwanow jest synem imigrantów, czy też akcja dzieje się podczas turnieju trójmagicznego? 

Teraz nie dostrzegł nikogo, kroki dziewczyny odbijały się głośnym echem od ścian, ciche chlipnięcia brzmiały nagle jak głośny szloch. Czuł się tu nieswojo i ona chyba też, zgasiła światło różdżki, ale ją samą cały czas trzymała w pogotowiu, jedynie opatuliła się bardziej ciemnym płaszczem. Dopiero teraz zauważył, że miała przypiętą do piersi odznakę prefekta. (...) musiał podążać za właścicielką wspomnienia, która już prawie biegła w stronę dwóch osób stojących pod drzewem. Ewidentnie miały niezły ubaw z tego, że ta płacze. // – MACNAIR, ODDAJ MOJĄ TORBĘ! – zapiszczała (...) Ale po co? Fajna jest – odburknęła w odpowiedzi i wyciągnęła torbę zza pleców, po czym wyrzuciła jej zawartość na śnieg. – Tylko to takie jakieś ciężkie. (...) Odejmujemy ci punkty, pało, bo w środku nie było kurczaka – powiedział, przejmując od koleżanki torbę i zajrzał do środka, by po chwili zrobić najmniej przekonującą smutną minę, jaką David w życiu widział. I choć to nie był Iwanow, którego „poznał” po meczu, to miał ochotę czymś mu przywalić, bo kiedy zerknął na właścicielkę torby, zrobiło mu się naprawdę jej żal. Nie powstrzymywała nawet łez, tylko stała z bezradnie rozłożonymi rękami, patrząc na swoje książki, jakby były jej dziećmi. // – Proszę… – szepnęła w końcu, zaciskając mocno powieki. – W jakich czasach dzieje się ta scena, że prefekt Hogwartu jest tak gnojony przez innych uczniów? Teoretycznie mamy tu czasy nauki Harry'ego w szkole – ale to się kupy nie trzymie, bo taki atak na prefekta, jaki opisałaś, byłby nie do pomyślenia. W dodatku jeśli Vena jest o pięć lat młodsza od Harry'ego, to kiedy zostaje prefektem na piątym roku, Wybrańca już dawno w szkole nie ma. Jest za to Hogwart podnoszący się z ruin i wielki opór przeciwko śmierciożercom. Szczerze wątpię, by w takich warunkach mogło dojść do takich zachowań. Do tego co za idioci pozwalają sobie na prześladowanie córki tak wysoko postawionej postaci w rządzie? No i jeszcze fakt, że rodzice McMillana oboje byli Ślizgonami – dlaczego jeden Ślizgon miałby się wyżywać na innym, ku uciesze Puchona? Czy dlatego, że rodzice Dave'a nie popierali Voldemorta? Biorąc pod uwagę sytuację polityczną, powinni być z tego powodu raczej najpopularniejszymi dzieciakami w szkole. 

IV 

Niegdyś platynowe włosy teraz widocznie posiwiały i straciły swój blask, przypominał bardziej zdziwaczałego, starego modela niż Ślizgona, którego seksualność podważali wszyscy jego znajomi. Teraz, kiedy patrzył na siebie w lustrze, na pewno nie był „androgeniczny”, jak jego syn. – AndrogYniczny, na macki! Skoro podważali jego seksualność, to znaczy, że sugerowali, że jest aseksualny, równie pociągający jak drewniany klocek. Co innego, gdyby podważali jego orientację. Rozumiem, że kiedy ojciec nie patrzył na siebie w lustrze, to był taki jak syn? 

Podobno powodowały to nogi grubości dwóch zapałek – Chłopcy, o ile nie ćwiczą w drużynach sportowych, zazwyczaj mają chude nóżki. Nie wiem, dlaczego miałoby to przesądzać o tym, jak postrzegana jest seksualność Orfeusza. 

– Ale radziłbym ci uważać. // Tym razem to Ramone wyglądała na skonsternowaną, kiedy odwróciła głowę w jego stronę i spojrzała nań ze zdziwieniem. Niby na co ma uważać? Na wielką klatę Igora, którą mógłby ją zmieść z powierzchni ziemi? Szpilki Genevieve robiące z niej pokrakę wyższą niż w rzeczywistości? // – Tam jest mnóstwo ludzi, jeszcze się na ciebie rzucą i zrobią kanapkę z pasztetem! – Kto by odgadł, że rozmówcy nie mają lat trzynastu, a ponad czterdzieści? 

Magicznym sposobem zapomniał o Iwanowie i o wszystkim, co go przez kilka nocy z rzędu nurtowało, ale te wszystkie zmartwienia zastąpił nowy problem – o co chodziło w rozmowie Dwighta i Scorpa, którą podsłuchał? I dlaczego nie miał o niczym wiedzieć? – O nie, ta sama sytuacja, co z ojcem. Dlaczego David po prostu nie zapyta Dwighta w cztery oczy, o co w tym wszystkim chodzi? 

nie jadła obiadu (Genevieve potrafiła tylko rzucać talerzami, więc z braku Marcela siódmy dzień z rzędu Ramone byłaby zmuszona piec naleśniki). – Dlaczego Ramone robi tylko naleśniki, choć roboty z nimi mnóstwo, zamiast zjeść coś łatwiejszego? Choćby jajko sadzone? Dlaczego nie zamówi sobie czegoś na wynos na mieście albo nie odgrzeje mrożonki? Nie wiem, jakie ona robi te naleśniki, ale zazwyczaj się je smaży, nie piecze. 

nie chciała stać jak kretynka i udawać, że wie, czym się wszyscy wokół tak ekscytują. Właściwie to wiedziała, bo z tego co wyczytała w listach, które raz na ruski rok słał jej Dmitrij, Cyryl był gwiazdą w magicznej części Rosji i czarownice, które nigdy nie miały nic wspólnego z Quidditchem, nagle dostawały spazmów na widok jednego gracza, mogącego się pochwalić przystojną twarzą. – No to wiedziała czy tylko udawała, że wie? Znowu sama sobie przeczysz. Listy od Dmitrija? Czy to znaczy, że to Ramona znęcała się nad prefektem we wspomnieniach z myślodsiewni? Która częśc Rosji jest magiczna? Sama Syberia? Przedmieścia Moskwy czy Petersburg? 

z którymi zmuszony był mieszkać pod jednym dachem – Kto go zmusił? Imperatyw? 

Wylosował najmniejsze pomieszczenie w mieszkaniu i nawet tam nie potrafił utrzymać porządku. – David, mimo że jest właścicielem tego mieszkania, musiał wylosować sobie pokój i karnie mieszkać w najmniejszym? 

V 

Gorzej z Dwightem, który wpadał w coraz większą depresję z tęsknoty za posadą prefekta i polerowaniem odznaki, którą zawsze przypinał dokładnie koło serca. Chyba chciał tym pokazać jak mocno jest związany ze swoją „pracą”. – A gdzie miał sobie ją przypinać, na kolanie? Zazwyczaj przypina się odznaki na piersi, przy sercu. 

Zawsze potem [Dwight] robił obchód po pokojach, żeby móc załamać się kilka(set) razy nad ich stanem – Na miejscu chłopaków już dawno skombinowałabym sobie klucz. Żaden z nich nigdy nie myślał o dziewczynach? Wyspaniu się na kacu? Po prostu wyspaniu się, bo w nocy nie mógł zasnąć? 

Taką osobą na pewno był Dmitrij Iwanow, a jednak David nie potrafił wyrzucić z głowy tego, jak mężczyzna zareagował na jego widok. Poza tym widział go także we wspomnieniach matki, to wszystko musiało mieć jakieś większe znaczenie. – Niestety, zawieszenie niewiary nie działa, zamiast przejąć się sytuacją Davida albo współczuć mu, widzę paranoika, który robi z igły widły i zamartwia się bez sensu na zapas. 

Westchnął ciężko i odłożył gazetę na stolik, zrezygnowany tak samo jak dnia poprzedniego i jeszcze poprzedniego, i tydzień temu. I praktycznie cały czas odkąd skończył naukę w Hogwarcie. – Dlaczego był zrezygnowany od czasu ukończenia szkoły i jaki ma to związek z obecnym problemem? 

Scorpius już następnego dnia po scenie w kuchni zachowywał się normalnie, choć nadal nie pozwalał Dwightowi sprzątać w swoim pokoju i udawał, że ten nie istnieje. – Pokój czy Dwight? 

W połowie sierpnia miał rozpocząć praktyki w Ministerstwie, których zadaniem było przygotować go do życia, jak twierdził ojciec, ale David widział w nich jeden, poważny problem – odciągały go od rozmyślania nad wszystkimi ważnymi sprawami, właściwie to trochę się obawiał, że wszyscy oczekują od niego, że zacznie zachowywać się dojrzale, ale nie zamierzał, jeśli miało to oznaczać bycie nudnym urzędnikiem, jak Gabriel. – Przykład bełkotliwego zdania, jakich u ciebie, niestety, mnóstwo. Skaczesz z wątku na wątek, a kolejny nie łączy się z poprzednim. No i jakież to ważne sprawy ma na myśli David? Czy wciąż to, że kilka tygodni temu jeden facet się skrzywił na jego widok? Dżizas. 

W takich momentach David współczuł swojej matce, że wyszła za kogoś, kto potrafi wydzierać się nawet głośniej od niej samej, ale to przynajmniej oczyszczało atmosferę i potrafił czasem spojrzeć na rodziciela z uznaniem, w głębi ducha jednak modląc się o to, by nie skończył tak samo. Wolał to położenie w jakim się znajdował, kiedy jego głosu zazwyczaj nikt nie słyszał, nawet podczas karaoke, bo to Scorp się wczuwał, zawodząc smutne pieśni o straconej miłości. – Gabriel wzbudzał w Davidzie uznanie, ale równocześnie należało współczuć matce takiego męża? Współczuć kogoś, kto wzbudza uznanie? I to komuś, kto miota talerzami i łatwo wpada w histerię. Nic w tekście nie wskazuje na mocniejszą więź Davida z matką. 

Wszystko zaczęło pozornie wracać do normy z początkiem sierpnia (...) Tylko David cały czas pamiętał o ich kłótni i, mimo że obiecał sobie koniec roztrząsania sprawy myślodsiewni, całymi dniami rozmyślał o tym, co ojca łączy z Iwanowem, kim jest ta cała Macnair i dlaczego matka tak chroni swojego tajemniczego pokoju. – O boziu. Mijają miesiące, a ten nadal się zastanawia, czemu ktoś na niego krzywo spojrzał? Poza tym chroni – kogo, co? – pokój. 

Rozpisał to sobie nawet na przylepnych kartkach i teraz zajmowały całą powierzchnię ściany nad biurkiem, czasem jedna na drugiej, bo zmienił w jakiejś sprawie zdanie. Miał nadzieję, że w niedługim czasie wszystko się wyjaśni. – Whaaaaat. O ja pierniczę, ten człowiek rozpaczliwie potrzebuje jakiegoś konkretnego zajęcia. W jaki sposób on sobie wyobraża dochodzenie do odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś za nim nie przepada od pierwszego wrażenia? Do tej pory wszyscy rzucali mu się na szyję, czy jak? Czy to jest pierwsze nieprzyjemne zdarzenie, jakie go spotkało w całym długim życiu? I jakim cudem zebrał aż tyle informacji, by zapisać nimi ilość kartek pozwalającą na zapełnienie całej ściany? 

zaprosił go do domu swoich rodziców na obiad, by jakoś mu to wynagrodzić. I to było błędem, choć Dave zdał sobie z niego sprawę dopiero, kiedy znaleźli się już w wiosce, a Dwight wdepnął w coś cuchnącego i wpadł w histerię. Musieli zrobić postój na środku szerokiej ścieżki, żeby mógł wytrzeć idealnie wypastowane buty chusteczkami i płynem, a jednocześnie nie padł zemdlony na gorący żwir – A co się właściwie stało z zaklęciem Chłoszczyść? Czy nie byłoby bardziej przydatne w takiej sytuacji niż mugolskie środki? 

Kilka minut później wszyscy siedzieli przy stole nienaturalnie sztywno, z wyjątkiem Dwighta, on zawsze był wyprostowany jak struna i zachowanie robota opanował do perfekcji. – Wszyscy siedzieli sztywno, oprócz Dwighta, który też siedział sztywno. Oto przykład, jak kiepska konstrukcja zdania może zaburzać jego odbiór. 

– Widzi pani te smugi? – Uniósł swój talerz na wysokość twarzy i wskazał miejsca, które ewidentnie się mu nie podobały, choć nadal uśmiechał się uprzejmie. – Są charakterystyczne dla wszystkich tanich detergentów reklamowanych w równie tanich gazetach, takich jak Czarownica. – Przecież Vena też była pedantką, a ściślej, Dwight był nie tyle pedantyczny, co brzydził się brudem i bał zarazków. Dlaczego stary, czystokrwisty ród nie miał swojego skrzata, a Vena musiała zmywać własnoręcznie? Wcześniej wspominałaś, że lubowała się we wiecznych zmianach dekoracji, a na wystrój domu poświęcała fortunę nie pasują mi do tego niedomyte talerze. 

Bezskutecznie, co burzyło jej harmonię, miała nadzieję, że życie nie wystawi jej cierpliwości na próbę i Malfoy nie będzie tu nocował, a pojedzie z powrotem do Londynu. – Jak można bezskutecznie mieć nadzieję? 

David chciał drążyć, bardzo chciał, bo nigdy tego nie robił (...) Przez resztę obiadu jedynie obserwował ojca, który zdawał się tego nie zauważać i czytał z żywym zainteresowaniem starego Proroka Codziennego. // Po obiedzie David chciał już uciec do Londynu – David tak bardzo chce się czegoś dowiedzieć od ojca, że aż próbuje zakończyć wizytę od razu po obiedzie. Gdzie sens, gdzie logika? 

Dwight postanowił przejść się po ogrodzie ze swoimi chusteczkami i pomyśleć o życiu w towarzystwie przyrody – Co, nagle przyroda i jej wszechobecne odchody przestały mu przeszkadzać? Kolejny przykład zachowania, które jest niewiarygodne, ale równocześnie niezbędne dla dalszego rozwoju fabuły. 

David chciał drążyć, bardzo chciał, bo nigdy tego nie robił, ale kiedy już otworzył usta, żeby zadać następne pytanie, zaraz je zamknął, bo pomyślał, że reszta mogłaby poczuć się niezręcznie, kiedy matka jak zwykle dosyć niedelikatnie by go zbywała. – Reakcje matki mogłyby być krępujące dla kolegów i pretekstem do prztyczków Malfoya, ale pranie brudów rodzinnych przy stole absolutnie nie, prawda? 

Nie miał zielonego pojęcia, co zamierzał przemycić do domu, ale uznał, że skoro raz matka nie zamknęła gabloty, to może popełni ten błąd także po raz drugi. A wtedy, miał przynajmniej taką nadzieję, uda mu się wrócić po więcej. – A ona w międzyczasie w ogóle się nie zorientuje, że z kolekcji coś zniknęło. 

Nie potrzebował tego „dreszczyku”, żeby móc funkcjonować, ale odbierał to jako dosyć motywujące uczucie, coś na kształt wrażenia, że jest szpiegiem, kiedy uciekał po cichu z salonu na schody, co jakiś czas oglądając się za siebie. Dziwne, mógł się porównać do naiwnej postaci z głupkowatego filmu, ale to wszystko było winą tego właśnie pokoju, kryjącego sekrety, które jednocześnie chciał odkryć i nie chciał, jednak miał wrażenie, że robi dobrze, chociaż próbując do nich dotrzeć. Wciąż miał w pamięci pierwszą wyprawę w głąb głowy matki i to, jak się potem czuł, ale nie mógł tego porównać do nieprzyjemnego uczucia podczas teleportacji, dlatego był w stanie się poświęcić i zajrzeć do wspomnień Veny jeszcze raz. Ewentualnie dwa. – Co ma teleportacja do tego strumienia świadomości? I czemu ten pokój nie budził jego ciekawości przez te wszystkie lata mieszkania z rodzicami? 

Odsunął się jednak od drzwi i schował różdżkę do kieszeni spodni, jakby wciąż miał jedenaście lat i bał się poprosić o masło przy śniadaniu, bo nie lubił być dźgany różdżką, nawet przypadkiem, kiedy ani matce ani ojcu nie chciało się po prostu podać mu tej cholernej maselniczki. – Dlaczego nie mógł wziąć sobie tej maselniczki sam? A jeśli stała za daleko, dlaczego rodzice robili z podania jej taki problem? 

VI 

Fuj, zapomniałem, że pijesz z mlekiem. – Przykład dobrego przemycania cech bohaterów, szkoda, że tak rzadki.

David był typem człowieka, którego zazwyczaj nic nie obchodziło do momentu, kiedy Scorpius chciał się z kimś bić, bo nastąpiła poważna obraza majestatu w stylu nadepnięcia mu na świeżo wypastowane buty. Zazwyczaj wtedy McMillan był osamotniony w swoim znużeniu i błaganiach o litość, bo nawet Dwight się oburzał, jak można to tak zostawić. Nie lubił angażować się w cokolwiek, wychodząc z założenia, że nawet jeśli będzie chciał dobrze to i tak zapewne wyjdzie na najgorszego. –

To jest najlepszy chyba przykład tego, jak koszmarny i bełkotliwy bywa czasem twój styl pisania. 

Matka na pewno już zauważyła, że zniknęły, a niczego nie cierpiała bardziej niż ludzi grzebiących w jej rzeczach. Zwłaszcza tych znajdujących się w tamtym pokoju, na punkcie którego miała obsesję. – Zwłaszcza tych ludzi. Podmioty. A, przepraszam, kto już się tam przewijał? Bo nawet Gabriel miał zakaz wstępu. 

jeszcze nigdy Davida ta monotonia tak nie irytowała. Dlaczego Malfoy nie potrafił wyczuć, że coś się dzieje, tylko tkwił w tym swoim świecie, skupiając się na wyrabianiu normy snu, wyzwisk i zapełnianiu żołądka? – A co się dzieje? Bo wiesz, z punktu widzenia Malfoya nic właściwie się nie zmieniło. 

Wolał już użerać się z kompletnym debilem niż zwierzać się Puchonce, w duchu pewnie cieszącej się, że Ślizgoni, nawet byli, miewają jakiekolwiek problemy, gorzej, martwią się o kogokolwiek. Była miła, ale nie wiadomo, co siedziało jej w głowie. – Kolejny objaw paranoi. 

Ministerstwo przypominało Dwightowi Pearsonowi świątynię. [itd.] – Byłby całkiem przyzwoity opis Dwighta, pasujący do niego, gdyby nie te potknięcia:
Niedawno skończył osiemnaście lat i czułby się jak wsiowy głupek pokroju Scorpiusa, gdyby piszczał na widok urzędników wychodzących z kominków i kierujących się do wind. Mimo to czuł do nich respekt i oczekiwał ojca, mającego się wyłonić z któregoś z nich. – Czuł respekt do wind i spodziewał się, że ojciec wyjdzie z któregoś urzędnika. Oraz nic nie wskazuje, by młody Malfoy miał się w ten sposób zachowywać. 

Dwight nie mógł pozbyć się wrażenia, że wszystko jest teraz dwa razy większe, łącznie z sufitem przypominającym ogromną tablicę ogłoszeń stworzoną na granatowym niebie, brakowało jedynie księżyca i konstelacji, choć zmieniające się co jakiś czas nagłówki wyglądały tak, jakby zrobiono je z gwiazd. Z umiarkowanym uznaniem stwierdził, że było to dosyć pomysłowe – Hmm, czyli aby przeczytać ogłoszenie, należało zadzierać głowę do góry? Wydaje mi się to średnio wygodną metodą. No i sufit udający nieboskłon Dwigth widział już w Hogwarcie, a zatem nie powinno to rozwiązanie porażać go oryginalnością. 

Dwight w tym momencie, choć robił to kompletnie nieświadomie, postawił sobie za cel zmienić zupełnie wygląd tej instytucji, która mimo wszystko powinna być poważna i wzbudzająca w mugolach respekt. – Dlaczego Ministerstwo MAGII miałoby robić wrażenie na mugolach…? Przecież ukrywali się przed zwykłymi ludźmi, a gdy z jakiegoś powodu musieli się ujawnić, robili wrażenie samym faktem istnienia. 

Tęsknił za jakimikolwiek obowiązkami innymi od niańczenia duetu David – Scorpius. – To dlaczego w ogóle wciąż z nimi mieszka? Lub co stało na przeszkodzie, by sobie jakieś obowiązki narzucił, zamiast trzymać się tego urojonego? 

Punktualnie o dziewiątej z kominka po prawej wyszedł Basil Pearson w idealnie skrojonym garniturze i koszuli koloru śniegu wypranego w najlepszym płynie do prania. – Wyprany został śnieg czy koszula? No i dlaczego właściwie chodzi w mugolskim garniturze, a nie w szacie? 

twarz Basila zaczynały zdobić pierwsze zmarszczki, z którymi walczył zaciekle, bowiem to drażniło jego poczucie perfekcji. – Szyk zdania ci się pozajączkował trochę, bowiem drażniło to brzmi nieco bardziej naturalnie. W dodatku odnoszę wrażenie, że nikt w tym opku nie czuje się dobrze ze zmarszczkami. Czy przyświeca ci jakiś cel przy wprowadzaniu tego kultu młodości? 

Zimny głos kobiecy oznajmił, że znaleźli się właśnie na poziomie czwartym z Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami z Wydziałem Zwierząt, Istot i Duchów, Urzędem Łączności z Goblinami i Biurem Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników oraz Departamentem Czystości z Urzędem Wywabiania Plam Uporczywych. – Czy czarodzieje mieli tak niesamowite problemy z plamami, że aż potrzebowali stworzyć osobny urząd do walki z nimi? 

Departament ojca znajdował się na samym końcu długiego korytarza lśniącego czystością, o co dbały armie skrzatów wynajętych specjalnie do tego, żeby czerwony dywan ciągnący się od windy aż do drzwi gabinetu Basila Pearsona, dyrektora Depertamentu Czystości oraz Laureata Konkursu na Najschludniejsze Biurko Ministerstwa był nienagannie czysty, nieskażony roztoczami czyhającymi na idealnie wypastowane buty szefa. – Też mi specjalista od czystości, jeśli potrzebuje stada niewolników, by pracowali na jego reputację. 

Basil zdążył usiąść za biurkiem i rozłożyć na nim jakieś dwa pudełka z naklejkami głoszącymi, że „Pearson nada blasku twemu domowi” oraz „Błysk Pearsona jest naszą przyszłością”. – Reklamy w Ministerstwie? Pasują bardziej do dyrektora działu marketingu z jakiejś korporacji, a nie do ministra, który powinien być, w teorii przynajmniej, bezstronny. 

Jak na razie nie działało, ale David nie był zwykły, nawet bardziej introwertyczny niż wszyscy dziwni Krukoni, jakich Dwight znał, to wymagało czasu. – Introwertyczność Krukonów wymagała czasu? 

preparat nakładany na włosy niszczył delikatną skórę jego dłoni, musiał je dezynfekować potem dłużej niż zwykle, by skóra nadal była nieskazitelna. Ja bym powiedziała, że to cała gama chemikaliów czyszczących niszczy mu dłonie, nie brylantyna. 

Zignorował posapywania oraz przemożną ochotę, by wziąć kąpiel w Tkaninobłysku. – Tkaninobłysk? O ile Drewnobłysk ma sens, bo drewno, szczególnie lakierowane, będzie błyszczeć z czystości, o tyle lśniące tkaniny budzą mój głęboki sceptycyzm. Czy ten środek działa tylko na cekiny i ortalion? W co, w takim razie, ubrany jest Dwight? 

Nie zmienił się ani trochę, no, może trochę wydoroślał od momentu, kiedy widzieli się ostatni raz na ostatnim patrolowaniu korytarzy w maju. Trochę bardzo. Pearson co prawda nie miał pryszczatego oblicza i dziewiczego wąsa pod nosem, ale Walker… – No to nie zmienił się ani trochę, czy też bardzo wydoroślał? Czemu Walker zaczął pracę wcześniej, skoro są z jednego rocznika? 

W tym momencie Dwight czuł się tak, jakby dostał w twarz i to o wiele mocniej niż od Scorpiusa, kiedy raz zemdlał na widok wielkiego królika z kurzu. – Niech zgadnę, chodziło ci o dust bunnies? Po polsku mówi się na to koty. 

Sklep zielarski państwa Howe wciśnięty pomiędzy Centrum Handlowe Eeylopa a niegdyś sklep z miksturami, który od czasów upadku Voldemorta stał pusty i zabity dechami, nie prosperował co prawda tak dobrze jak Apteka Sluga i Jiggersa, ale miał swoich stałych klientów, zazwyczaj magomedyków, którzy dostawali pewne rośliny magiczne po niższych cenach. Państwo Howe potrafili z tego wyżyć i całkiem nieźle im się powodziło, skoro mieli dosyć duży dom, pokaźny ogród i dwóch synów, którzy nie żywili się przecież powietrzem. // Dlatego właśnie starszy z nich, Marcel, uznał dosyć optymistycznie, że przecież prowadzenie sklepu rodziców po wojnie i ich śmierci z rąk śmierciożerców nie może być takie trudne. Pomylił się dosyć mocno i płacił wielką cenę za swój optymizm, musząc mieszkać ze swoją żoną w naprawdę mikroskopijnym domu jej brata, ale spędzał całe dnie z roślinami, więc i tak czasami było mu wszystko jedno. – Dlaczego rodzice nie wdrażali synów do pracy w rodzinnym sklepie? Jaką wielką cenę, skoro było mu wszystko jedno? Co stało się z majątkiem tych wielkich, starych rodów? 

Zegar wybił dziesiątą, kiedy Marcel siedział za ladą i rozwiązywał krzyżówkę w magazynie zielarskim. Jak na razie zgadł jedno hasło i nie zanosiło się na to, że drugi raz będzie miał takie samo szczęście. – To już się nie dziwię, że interes mu nie idzie. Myślałabym jednak, że uda mu się podłapać choć trochę zielarskiej wiedzy prowadząc tematyczny sklep przez LATA. 

Bardzo chcę, żebyś mi uwierzył, bo kiedy mnie tu nie będzie, może zdarzyć się więcej strasznych rzeczy i nie martwię się w tym momencie o ciebie, ale o Ramcię. – Ja pieprzę. A co się STRASZNEGO stało? Co jest przerażającego w spotkaniu syna dawnej ofiary/wroga, który to syn jest nieświadomy dawnych konfliktów? Czy dla tych głąbów sakramenckich takie szokujące jest, że homo sapiens się rozmnaża płciowo? 

Wiedziałem, że ten mecz to zły znak, ten cały konkurs, który zorganizował ojciec Cyryla na spotkanie z fanami. Na pewno wiesz, że widziałem syna Gabriela, jestem pewien, że to był on. Co prawda mniej pewny siebie, jakiś chudszy i kompletnie nierzucający się w oczy, ale... Wyglądał jak on, miał identyczną twarz, rozumiesz? Nie, nie rozumiesz, nie widziałeś tego. Ale coś się dzieje i sam fakt, że mnie tu przywiało o tym świadczy. Chcę, żebyś mi obiecał, że stąd wyjedziecie, kiedy sprawy staną się poważniejsze. – Nie, Iwanow, choćbyś przysięgał na klęczkach, nie uwierzę ci, bo nijak z fabuły nie wynika, by działo się cokolwiek. 

VII 

Wydawało mu się, że korytarz na siódmym piętrze ciągnął się przez kilka kilometrów, lecz na jego końcu znajdowała się myślodsiewnia, cel wędrówki niepozwalający zrezygnować. – Brzydka gramatyka, urwane to zdanie. 

wstał, uznawszy, że może już się oddalić, naruszanie czyjejś przestrzeni osobistej było dosyć niezręczne w jego przypadku, swoją czcił jak świętość i poszerzał regularnie o kilka milimetrów. – Wobec niego nie nie było niezręczne w jego przypadku, tylko z jego puntu widzenia. 

Scorp chciał zrobić na swoim ojcu wrażenie odpowiedzialnego, wysypiając się, ale na pewno Dracon Malfoy nie był tak głupi, na jakiego wyglądał i nie mógł się na to nabrać. No, przynajmniej nie powinien, bo w takim wypadku pozbawiłby Davida aż pięciu galeonów, które postawił na porażkę kumpla. – A skąd właściwie David będzie wiedzieć, co o swoim synu myśli Draco? Przecież ten nie zwierza mu się raczej. W dodatku parę akapitów później opisujesz, jak Scorpius ucina sobie drzemki w pracy, sieje zamęt i urywa się przed czasem do domu, nie wiem, gdzie w tym chęć robienia dobrego wrażenia na ojcu. 

Nietrudno było zgadnąć, że dostał tenże budzik od Scorpiusa na urodziny i głupio było mu schować go do szafy. – Czemu nie było trudno? Nic wcześniej nie sugerowało, że Scorpius ma fatalny gust. 

Dochodziła jeszcze kwestia Dmitrija Iwanowa, o którym wiedział coraz mniej, mimo pewności, że Gabriel nienawidził mężczyzny ze szczerego serca. – Coraz mniej? Zapominał te nieliczne informacje, które posiadał? 

W końcu gdyby się [Vena] nim z kimś podzieliła [dekretem], łatwiej byłoby im pozbyć się widma Rosjanina, prawda? – Ale po co? Dwadzieścia lat się nie widzieli i było dobrze, Iwanow przyjechał przecież tylko na mecz. Żadne widmo się dotąd nad tą rodziną nie unosiło, Dave znowu buduje dramę dla dramy. I jest kretynem, bo nie po to ludzie mają sekrety, żeby się nimi dzielić z kimkolwiek. 

Kilka minut przed budzikiem mającym obwieścić początek cudownego tygodnia, do pokoju Davida wparował Scorpius i machnięciem różdżki odsłonił oba okna. – To po tej samej nocce, podczas której Pearson zbudził Davida z koszmaru? Dwight pracował w niedzielę w urzędzie? 

Ta jednak była malfoyowym wykonaniem „Wróble zjadły mi bułkę” MC Czarodzieja, który wprowadzał na magiczne salony swoje spontaniczne rymy bełkotane jeszcze gorzej niż zaspany Scorpius. Ten teraz stał koło łóżka Davida, wykonując swoje autorskie ruchy rękami i powtarzał za samym sobą – Bełkotane gorzej NIŻ PRZEZ zaspanego Scorpiusa. 

Wiedząc jednak, że osiedlowy głupek ich paczki nie da mu żyć – Głupek ich paczki? Zła gramatyka. 

ani jedno, ani drugie nie wyglądało na jakoś mocno poruszone akurat tą sprawą, oboje bardziej przejęci byli swoimi sprawami. – Powtórzenie. 

Niegdyś mieli go całkiem sporo, ale Malfoy strącił pudełko, kiedy próbował uciec przed odkurzającym Dwightem. Jak można się domyślić, cały proszek znalazł się w odkurzaczu, a kiedy już go ze środka wydostali, nie chciał działać. To znaczy, działał, ale nawet jeśli krzyczano wyraźnie cel podróży, trafiało się nawet kilkanaście domostw dalej. – Jak właściwie oddzielili proszek Fiuu od zawartości worka? 

– Uśmiechnij się, zaczniemy w końcu zarabiać grube miliony – W tym ministerstwie? Tak w ogóle to mam tu raczej wizję jakiejś korporacji z szalejącym nepotyzmem, nie urzędu. 

David, będąc pewnym, że Malfoy już sobie poradzi, skierował się w końcu do miejsca, w którym powinien już być od dwudziestu minut, ale miał problem z ruszeniem się z atrium. Nie chciał pracować w Ministerstwie, ale był całkowicie zależny od Gabriela i jego słowo akurat w kwestii zatrudnienia młodego McMillana było znaczące. O reszcie już mniej ważnych spraw decydowała, niestety, Vena, ale David miał wrażenie, że ten pomysł też był jej, a ojciec nie miał wyjścia i po prostu przeszedł do jego realizacji. I kto tu był nieasertywną amebą. – David nie jest człowiekiem, jest worem kartofli. Gdzie go rzucą, tam będzie. Mieszkania w Londynie też pewnie nie chciał, tylko tak wyszło? 

Posiadanie wąskich ust skutkowało nie podkówką jak u pięcioletniego, naburmuszonego przedszkolaka, a wręcz podkową. – Objętość ust nie determinuje ich kształtu. 

Do biurka samego w sobie oczywiście nie można czuć respektu, to trochę idiotyczne, ale w tym momencie siedział za nim Gabriel McMillan, ze szklaneczką Ognistej Whisky, tak bardzo łamiącej wszelkie regulaminy, że aż rażącej. Ale człowiekowi język stawał kołkiem, kiedy chciał zwrócić mężczyźnie uwagę. – Siedzi sobie taki na poważnym urzędniczym stanowisku i pije w pracy, tak bez skrępowania, z flachą na stole? 

Miał wielką ochotę stamtąd uciec, po prostu uciec i zaszyć się w swoim pokoju, nieważne że bez żadnych oszczędności i perspektyw. Byle z daleka od ojca i jego pustego spojrzenia. Jakby był robotem. Nie, gorzej. Jakby był Dmitrijem Iwanowem, choć w oczach Rosjanina czaiła się nawet jednoprocentowa wściekłość, odróżniająca go od uczuciowego wraka. Lepiej mieć ochotę urwać komuś głowę tłuczkiem niż zachowywać się jak maszyna. – Iwanow, wyprany niemal totalnie z uczuć? Przecież on się niemal pienił ze wściekłości. 

To jakby uwięzić go z Imogen i Scorpiusem w jednym pomieszczeniu, z tą różnicą, że „Rudobrody” przynajmniej nie będzie bił się po głowie ani wyzywał od ziemniaczanych głów. – Mam wątpliwości, czy chodziło o się jako sam siebie, ja rozumiem, że porównany został do duetu, ale niefortunnie to imho brzmi. No i jednak pomiędzy wypowiedziami urzędnika a typową dla Scorpiusa gnojówką chlustającą z paszczy widzę gigantyczną różnicę. 

– Do stu kartaczy, jakiż tu syf! – sarknął Benjamin Walker ze zdegustowaną miną, stając na środku korytarza mieszkania świętej trójcy. W wyciągniętej za siebie dłoni trzymał idealny, czysty i porażająco jasny płaszcz jakby oczekiwał, że Dwight zaraz posłusznie go odwiesi i wypastuje mu buty, zanim ten wkroczy w ciemne odmęty tej dżungli. // Nie pomylił się. Zdyszany Dwightie chwilę później odwiesił płaszcz na jeden z różnokolorowych haczyków, które własnoręcznie przybił kiedyś do ściany. Nie zamierzał jednak zajmować się jego butami, tak nisko jeszcze nie upadł, choć czuł się jak jakaś podrzędna szczoteczka, którą ktoś wyczyści kiedyś publiczne toalety i na samą myśl zachciało mu się dezynfekować wszystko i wszystkich w promieniu kilometra. Prócz Benjamina. Jego z satysfakcją wrzuciłby w kałużę błota i patrzył jak chłopak cierpi, satysfakcja wyczyściłaby jego zalane goryczą serce lepiej niż jakikolwiek Wnętrzobłysk czy inny twór ojca. Rozmarzył się, stojąc za nim w korytarzu, oprzytomniał dopiero wtedy, kiedy Benjamin ruszył żwawym krokiem przed siebie. – Pomijając już fakt, że nikt normalny nie czyści gościom butów, jaki ma sens czyszczenie ich przed wejściem do skażonego terenu? 

Było to bardzo powierzchowne, zważywszy na fakt, że chamstwem oraz pogardą do świata bił na głowę nawet samego Basila Pearsona – Z tekstu nie wynika, by ojciec Dwighta był chamowatym bucem. 

[Walker] mógł się jedynie pochwalić szczupłą, naprawdę interesującą twarzą oraz wyglądem młodego Ministra Magii z okładek magazynów „Modny Minister”. – Cthulhu, ilu ich tam było, że aż powstało pisemko tematyczne? Mam wrażenie, że minister to najpospolitszy zawód wśród czarodziejów. 

Bo dbał na pewno, w to nie wątpiła, w sumie to chyba skupiał się na swoim wyglądzie bardziej niż Imogen. – Nic wcześniej nie sugerowało, by Imogen jakoś szalenie przejmowała się swoim wyglądem. Przeciwnie, piszesz, że dziewczyna chodzi w workowatych, mugolskich ciuchach. 

VIII 

U góry pergaminów masz nazwiska i nazwy departamentów. Roznieś je po gabinetach, a gdyby ktoś pytał, kim jesteś, powiedz, że to ja cię tu przysłałem, bo jesteś moim nowym pracownikiem. (...) Prychnął cicho i wszedł do windy. Było w niej aż siedem samolocików – Skoro, zgodnie z kanonem zresztą, papiery między urzędnikami rozsyłane są w formie papierowych samolotów, dlaczego zwykłą ankietę musi roznosić pracownik? 

Ruszył przed siebie, oddychając z lekką ulgą, kiedy ściany nabrały cieplejszego koloru a z obrazów łypali na niego groźnie mężczyźni (a czasem nawet kobiety!) ubrani w czarne szaty i birety – Dlaczego obecność kobiet na portretach tak szokuje Davida? Przecież w świecie magicznym równouprawnienie miało się wcale dobrze. Dziwnie wygląda ta ulga w zestawieniu z groźnym łypaniem. 

Drzwi numer trzy prowadziły do gabinetu ojca; opatrzone były tabliczką z jego imieniem, nazwiskiem i tytułami. Cholera, Gabriel McMillan był ważnym człowiekiem, może nie w całym Ministerstwie, ale tu na pewno, skoro jego drzwi najbardziej wyróżniały się czymś, co mógł nazwać „oznaczeniem jego wyższości”. – A David był dotąd nieświadomy tego faktu? Tak bardzo było mu wszystko jedno, czy ojciec pracuje jako minister, czy jako woźny? 

Zerknął nerwowo w stronę drzwi i kiedy upewnił się, że na pewno nikt się za nimi nie czai, wyjął misę z jej skrytki i postawił na biurku. – Tja, włazi do gabinetu, otwartego, a więc opuszczonego na chwilę, jak gdyby nigdy nic wyciąga myślodsiewnię i sobie radośnie używa. Czy autorka świadomie robi z niego aż takiego idiotę? Czy też David uzależnił się od korzystania z myślodsiewni od pierwszego kontaktu, jakby to była metamfetamina z filmów edukacyjnych dla młodzieży? Wiadomo, że skrytka należy do misy, więc jej jest zbędne. 

nie mógł wyjść. W szafce za fotelem mignęło mu coś niebiesko–perłowego, co na pewno nie przypominało farby, ani nic pochodnego. Bardziej galaretowatą, świecącą substancję, która... Nim uświadomił sobie, co tak naprawdę wywołało w nim szybsze bicie serca i strach zmieszany z ekscytacją, stał już przy otwartych drzwiczkach szafki, patrząc na, co prawda skromną, ale jednak myślodsiewnię. – Ten fragment wyraźnie pokazuje, że David nie panuje nad sobą w pobliżu swojego narkotyku. Przed pojedynczym ani nie stawia się przecinka. Oraz niczego, a nie nic. Na pewno miałaś na myśli pochodnego, a nie podobnego? 

Dowcipniś. MÓW. Natychmiast. Albo sam to z ciebie wyciągnę. Najwyraźniej zabawa się skończyła, bo w ułamku sekundy uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony przez gniew, porównywalny wręcz do tego, który David zobaczył wtedy w oczach Dmitrija Iwanowa. Jakby nieme oskarżenie, że śmie żyć w jego przestrzeni, że najchętniej zmiótłby go z powierzchni ziemi – WTF, skąd takie nagłe wybuchy gniewu u urzędnika? Przecież tam na pewno bezustannie przyłażą mu jacyś petenci, wszystkich tak uroczo traktuje? 

Gabriel stał przy zaczarowanym oknie, znów ze szklaneczką whisky. Przez chwilę nie reagował, ale kiedy Walker znów odchrząknął tak irytująco jak w swoim gabinecie, odwrócił się, z kamiennym wyrazem twarzy. – Gabriel nie kryje się z nadużywaniem alkoholu w pracy nawet przed jawnymi wrogami? Albo jest pozbawiony instynktu samozachowawczego, albo dobrze wie, że cokolwiek by nie zrobił, to i tak wyleci na bruk, tyle, że o tym drugim, niestety, nie mamy ani słowa w tekście. 

[Ojciec] wygładził marynarkę i oparł się o bok mebla, nadal nie zaszczycając Davida spojrzeniem, choć ten piorunował go wzrokiem, błagając o choć sekundę uwagi. Miał wrażenie, że się tego nie doczeka. – Nagle w Davidzie obudził się masochista? Nie dość, że nabroił, to jeszcze domaga się uwagi? 

– Chciałem ci to tylko uświadomić. Jeśli nie wpoisz mu elementarnych zasad dobrego wychowania i kodeksu postępowania Ministerstwa to cóż, ale spotkamy się u Ministra. – Minister do spraw ministrów się tym zajmie. Duh duh duh, to nie jest to samo, co dyrektor w szkole! 

Nie mogę tolerować takiego zachowania w naszym departamencie, rozumiem, że twoja rodzina lubi otoczenie czystości, ale żeby do tego stopnia… – a) David otworzył szafkę z myślodsiewnią, by z niej skorzystać na miejscu, b) Terrence posądza go o próbę kradzieży – jakim sposobem jedno albo drugie ma jakikolwiek związek z czystością? Już nie mówiąc o tym, że w pierwszym rzędzie skojarzył mi się Dwight, a nie śmierciożercy. 

Nie wiedział co ma odpowiedzieć, więc po prostu wzruszył ramionami, po czym oparł się o zimną ścianę i wcisnął dłonie w kieszenie spodni, zaciskając palce na obu buteleczkach. Bezpiecznych, bo Walker nie wydał go, możliwe że miał w tym jakiś cel. – Jak nie wydał, jak powiedział ojcu o próbie kradzieży. Skoro Terrence myślał, że młody chciał zwinąć misę, to raczej nie zorientował się, że tamten chce skorzystać na miejscu. A jeśli David spodziewał się, że Walker od razu z nim pójdzie donieść władzom, cóż, nic nie stoi na przeszkodzie, by właśnie tam sobie lazł sam. 

W tamtym momencie coś w Davidzie pękło. Wywód ojca, który powtarzał już drugi raz z rzędu, w zmodyfikowanej formie, był tak fałszywy, że aż chciało mu się rzygać. Człowiek, który wpaja swojemu dziecku, że nie wolno kłamać, a potem uparcie brnie w kłamstwa jest zwykłym tchórzem, szumowiną pokroju Terrence'a Walkera. Dlaczego Gabriel nie mógł mu po prostu powiedzieć za co Iwanow go nienawidził, czemu dręczył matkę? – Bo to nie jest jego sprawa. Po prostu. Problemy rodziców nie stają się z automatu problemami dzieci. Nie mam pojęcia, dlaczego David wmówił sobie, że to wszystko w jakikolwiek sposób ma z nim związek. 

Tato, mam osiemnaście lat. Osiemnaście. Nie osiem. Rozumiem więcej rzeczy, niż myślisz. Masz przede mną tajemnice, których nie powinieneś mieć. – Ale dlaczego David zakłada, że osiągnięcie pełnoletności daje mu automatyczny wgląd we wszystkie sprawy rodziców? Jest to o tyle dziwne, że przecież nie żyje z nimi blisko, nie rozmawia zbyt często. 

Idź do domu. Nie pokazuj się tu w najbliższym czasie, może jak ochłoniesz, to ci przejdzie. – Pierwszy dzień praktyk i idź do domu. Z dobrej woli zakładam, że tu znaczy gabinet, nie ministerstwo. 

Westchnął ciężko i ruszył w kierunku wind, chcąc się wydostać z tego miejsca i położyć do łóżka na resztę wieczności, nie musieć z nikim rozmawiać i co najważniejsze – nie być wciąganym w cudze porachunki. Co prawda w sprawy pomiędzy Ruskiem a ojcem nikt go nie wciągał, ale David czuł, że bez jego interwencji wydarzy się jakaś tragedia, traktował więc to jako swój obowiązek. – Masochista jak malowany. Matko, spotkało się dwóch paranoików... 

Czuł się tak, jakby stracił coś cennego, ale próbował pozbyć się tego uczucia, zepchnąć je gdzieś daleko, jak najdalej. Był tak blisko zobaczenia wspomnienia i wtedy musiał wejść ten cały Walker. Kolejna osoba nienawidząca ojca, poza tym do listy mógł dopisać kolejną dziwną rzecz – tę wzmiankę o otoczeniu czystości, która tak zirytowała Gabriela. Nigdy nie przejawiał niechęci w stosunku do Dwighta, więc o co w tym chodziło? – Świnty Ziemniaku, patronie Davida. Raz, zero instynktu samozachowawczego. Dwa, nie wierzę, że nigdy nie słyszał o czystości krwi, szczególnie, że jego młodość przypada akurat na lata odbudowy Hogwartu. Na niepowiedzenie ojcu o zwolnieniu i brak komentarza na widok alkoholu macham ręką, mógł wtedy myśleć tylko o fiolkach, choć to mało wiarygodne. 

Nie wiedział, dlaczego zaczęło go to tak nagle irytować, ale przez ostatni miesiąc do jego życia wepchnął się taki tłum ludzi, że wybuchowa mieszanka złych cech Scorpiusa i pedantyzmu Dwighta nie była mu potrzebna do uzyskania spokoju. – Co…? 

Na szczęście jedynie pół miesiąca dzieliło ją od powrotu do Hogwartu, chociaż kiedy o tym myślał, to czuł się tak, jakby odłączał jeden element od spójnej układanki. – Ech, trzeba było dotrzeć aż do ósmego rozdziału, żeby dowiedzieć się, że Imogen nie jest z tego samego rocznika, co chłopcy. 

Kilka godzin przed teoretyczną godziną skończenia pracy przez Scorpiusa spędził w Dziurawym Kotle, gdzie spotkał starych kolegów z drużyny, z którymi prowadził rozmowę praktycznie o niczym – A ci koledzy jak jeden mąż mieli wolne, żadnej pracy, żadnych praktyk? 

Około drugiej musieli się zbierać, David zabrał się więc z nimi, ale nie chciał „opić bycia absolwentem” w mniej publicznym miejscu, tylko teleportował się za budynek kamienicy, w której mieszkali, by żaden mugol go nie zauważył. – Bełkotliwość tego zdania zadaje mi ból. David zabrał się z grupą, tylko że się nie zabrał, bo właściwie to teleportował się na odludzie? Ratunku. 

Cieszył się, że najwyraźniej nikogo nie było, bo mógł zrobić herbatę i skupić się na rozmyślaniach – Jakby się nie szlajał po knajpach, tylko poszedł prosto do domu, miałby jeszcze więcej czasu na samotne rozmyślania. 

Po co nam to mówisz? // – Bo uważam, że moim rodzicom grozi z ich strony niebezpieczeństwo. Po pierwsze, reakcja Iwanowa na mnie. Po drugie, ta myślodsiewnia. Po trzecie, ojciec strasznie nerwowo na to nazwisko reaguje, jakby się faceta bał, więc coś musi być na rzeczy. A co jak z tą Macnair należą do odrodzonego kółka dręczycieli szlam? – Chryste, bardziej naciąganej teorii nie dało się sklecić? 

Pearson wziął delikatnie ze stołu swoje buty i podniósł się, po czym wyszedł z kuchni, nie mówiąc już nic więcej. – Nie wierzę. Pan czyścioszek trzymał buty na kuchennym stole. 

Patrzyli przez chwilę na drzwi jego pokoju, które zamknął za sobą na klucz, co wywnioskowali po szczęknięciu zamka. – Jeśli mają klucze do swoich pokoi, dlaczego zgadzają się na poranne obchody Dwighta?

Scorpius namawia Davida do wykradzenia myślodsiewni Terrence’owi, mimo że ten groził ojcu Davida utratą pracy i tylko czeka na dogodną okazję. Naprawdę, nie łatwiej byłoby im znaleźć inną misę? 

IX 

W mniemaniu Dwighta ktoś, kto nie dorósł do tak wysokiej i arcyważnej funkcji, niedojrzały chłopiec z ilorazem inteligencji na poziomie nawet niższym niż Scorpius Malfoy. – Jego iloraz był na niższym poziomie niż cały Scorpius czy na niższym poziomie niż iloraz Malfoya? 

Dwight teoretycznie wiedział więcej od Davida i myśl, że przyjaciel brnie w stronę niebezpieczeństwa, a on nie może mu pomóc, nieco go dobijała. Nie mógł niestety porozmawiać o tym z Imogen, bo od czasu, kiedy Benjamin zrobił z siebie buca stulecia w kuchni, nie pokazywała się w ich mieszkaniu. – A Dwight nie ma innych form kontaktu z Imogen, jak tylko jej wizyty? Nie mógłby jej odwiedzić, wysłać jej sowę, skorzystać z telefonu Scorpiusa czy użyć kominka? Cokolwiek? Czemu nie porozmawia też z Davidem? 

Czwartkowe południe miał wolne, bowiem Benjamin tego dnia miał wyjechać gdzieś ze swoim wujkiem i nie zanosiło się na to, by wrócił szybko, dlatego pozwolił łaskawie Dwightowi wrócić do domu. – Dlaczego Benjamin ma taką władzę nad Dwightem? Dlaczego Dwight pracuje tak długo, mimo że jest tam tylko praktykantem? Dlaczego w ogóle pracuje również w weekendy, czy Ministerstwo Czystości ma aż taki nawał pracy? Czy ktoś płaci mu za nadgodziny? 

Poprzedniego dnia obiecał koledze, z którym przez siedem lat mieszkał w jednym dormitorium, że zastąpi go w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Basil nie miał nic do gadania, tym bardziej Benjamin, bo zatwierdził to sam Minister, prawdopodobnie nie patrząc nawet, jaką listę podpisuję, oby parafka się zgadzała. Dwightie potrzebował dostać się tam, ponieważ to, jego zdaniem, był jedyny sposób na to, by dowiedzieć się, gdzie na czas mistrzostw zatrzymały się Gargulce z Gródka. Brytyjskie Ministerstwo Magii miało przecież obowiązek zapewnić im zakwaterowanie, gdzieś w papierach musiano o tym wspomnieć. Pearson rozsądnie wybrał „jelenia” od roboty papierkowej. Radził sobie z tym zdecydowanie lepiej niż pozostali praktykanci i kiedy oni byli jeszcze w fazie jęczenia, ile tego jeszcze im zostało, on już dawno posegregował wszystkie pergaminy alfabetycznie, ustawiając je w równych rzędach. Był zdziwiony trochę tym, że zakazano im używania różdżek, ale z drugiej strony uważał, że łatwiejsze będzie potem odnalezienie tego, czego szukał – protokołów z okresu trwania Mistrzostw Świata w Quidditchu. – Powinnaś dookreślić, o którym Pearsonie piszesz, bo z tekstu można odczytać, że Dwight jest własnym jeleniem. Dlaczego jest to jedyne źródło informacji na temat pobytu sportowców? Dlaczego jest utrzymywane w tajemnicy, skoro np. wioski olimpijskie nie są? 

Draco Malfoy nie uważał takich rzeczy za ważne i informacje o tym, gdzie zostały umieszczone poszczególne drużyny zawarto w dokumencie, który można było równie dobrze uznać za bezużyteczny kawałek kartki i Dwight sam miałby wątpliwości czy to zostawić czy wyrzucić. – Bo przecież nikt się z nikim nigdy nie rozliczał, prawda? A pieniądze rosły na drzewach. Boru, dokumentów się nie wyrzuca, nie nowych. I w ogóle nie wiem, czemu Rosjanie byli w hotelu, a inni spali w namiotach:
Dowiedział się między innymi, że Bułgarzy rozbili ogromny namiot niedaleko stadionu, Irlandczycy pogardzili w ogóle „życzliwością” Anglików, nie wspominając o Francuzach, którzy zostali wykreśleni czerwoną linią. – Co to za popaprana organizacja i nakręcanie konfliktów międzynarodowych? 

– … jestem pewien, bardziej już nie mogę... – Usłyszał jedynie całkiem wyraźnie, musiał przechodzić tuż obok drzwi. – Ta sama osoba, która słuchała, również przechodziła, tak? Po wielokropku na początku zdania nie daje się spacji. 

– … pozwalam panu mnie zwolnić, jeśli to nieprawda... – POZWALAM panu mnie zwolnić? Mhm, tak. Nawet, jeśli kreujesz Benjamina na ostatniego dupka, taki tekst powinien oburzyć przełożonego, tymczasem nie dzieje się nic. 

Mimo posiadanego adresu i jako takich zdolności radzenia sobie w terenie (tak naprawdę miał mapę) – zabłądził. – Jeśli miał adres i mapę, a mimo to zabłądził, to nie miał żadnych zdolności do radzenia sobie w terenie. 

Obawiał się, że zaraz oberwie telewizorem (przecież był wytworem jakiegoś wielbiciela czarnej magii!), ewentualnie jajkiem, czy czymkolwiek, co by go ubrudziło. – Bo telewizory w pierwszym rzędzie brudzą i z tego są znane. A Dwight był wytworem czarnej magii, tak? Czy też chcesz mi powiedzieć, że Dwight uważa, że to czarodzieje stworzyli mugolską technikę? 

Znalazł się na ulicy głównej, a przynajmniej miał wrażenie, że taka była, kiedy porównywał ją z tą na mapie. Rozejrzał się. Stał na skrzyżowaniu; jeśli poszedłby w lewo, trafiłby do parku, którego kawałek widział z miejsca, w którym stał. Idąc w prawo, dotarłby do przerażającego, drugiego skrzyżowania pełnego samochodów i święcących na różnokolorowo słupów, jak nazywał sygnalizację świetlną. Naprzeciw była tylko druga uliczka i ciasno ustawione budynki, prezentujące antykwariat i kilka innych sklepów, których Dwight nie znał, więc nie mógł powiedzieć, jaki niebezpieczny sprzęt mugole tam sprzedają. – Jak na osobę, która wynajmuje pokój w centrum mugolskiej dzielnicy, Dwight jest wyjątkowo ograniczony. Nigdy nie wychodził z domu inaczej niż kominkiem? 

Gdyby chociaż mapa była zaczarowana, na pewno pokierowałaby go w odpowiednie miejsce, ale uparł się, że poradzi sobie z tym po mugolsku i zaczął żałować mniej więcej od momentu prób jej zakupu na stacji benzynowej. – Skąd u niego nagle takie ambicje? Z rozmowy z recepcjonistką wynika, że to był czarodziejski hotel, nie powinno go być na mugolskiej mapie. 

Coraz mniej podobał mu się jego pomysł, ale wizja rozmowy z Rosjaninem go pocieszała, chciał rozwiązać męczącą sprawę. – Czy on się spodziewa zastać sportowca w hotelu miesiąc (czy ile tam upłynęło, dwa tygodnie na pewno) po meczu? 

Bał się wszelkich zwierząt, bo roznosiły swoje kłaki, prychały i parskały, gryzły, drapały... Zwłaszcza groźne wydawały się w ulewie, która tworzyła wręcz barierę dla idącego chodnikiem człowieka, możliwe że przez brak choćby najmniejszego powiewu wiatru. Pocieszały Dwighta tylko parasolkowe widma mijającego go co jakiś czas. – Bo powszechnie wiadomo, że nikt tak nie kocha ulew jak koty i że to właśnie wtedy wychodzą na miasto stadami, by zarażać ludzi. Parasolkowate widma to duchy ludzi, którzy utopili się w deszczu? 

miasto zaczynało powoli go przerażać, jakby było wielkim potworem pożerającym swoich mieszkańców. Przed wielkim, a przede wszystkim starym, budynkiem – Powtórzenie. 

popryskał ręce i marynarkę kieszonkowym środkiem antybakteryjnym o trochę duszącym zapachu, ale mimo to skutecznym, jak zapewniał niegdyś szwedzki producent Basila. – Basil made in Sweden. Aż się prosi o fotę produktu z Ikei. 

Hol był, w przeciwieństwie do zewnętrznych murów, bardzo promugolski, co Dwighta nie tyle zdziwiło, co pocieszyło. Choć z górnych części pomalowanych na wiśniowo ścian złaziła farba, to jednak nie czuł, jak grzyb rozrasta się radośnie – Rozumiem z tego, że brak grzyba był promugolski? Takie fleje z tych czarodziejów? Ten fragment jest w ogóle ciekawy, bo powiedziałabym, że hotel jest magiczny, ta recepcjonistka wymachująca różdżką – po co był jej promugolski hol? Po co ukrywać tylu czarodziei i gdzie, na piętrze? Żadnen z nich nie zabłądził nigdy na parter? 

Wyjechał – stwierdziła z satysfakcją. – To już chyba tydzień jak wyjechali, wszyscy, ruskie brudasy, tylko mi tu burdy urządzali, jakby Clayworth sam ich tu przysłał, zgniły śmierciojad. Najchęt... – Dziękuję, zrozumiałem – przerwał jej nieuprzejmie, strofując siebie samego w myślach, ale miał wrażenie, że gdyby dłużej słuchał tego ględzenia, nabrałby ochoty, by wrzucić ją w kałużę błota. – Przerwał jej, bo jeszcze by się dowiedział czegoś przydatnego i co wtedy? 

Wyszedł na zewnątrz najszybciej jak mógł bez przejścia w nieelegancki chód lub zachowywania się jak opętany. – Jak przejścia to zachowania, jak przechodzenia, to zachowywania. 

Scorpius Malfoy, stawiając sobie za wzór swojego dziadka (ojca uważał za tchórza i marudę, ale przynajmniej dobrze wyglądał) – Detektor bigosu podmiotowego zaczął wyć. 

Kiedyś często z Lucjuszem dyskutował, kiedy ten jeszcze żył, ale mało co z tych rozmów pamiętał, jedynie pouczenia o tym, żeby się nie garbił albo trzymał z daleka od szlamu, bo choć czasy się zmieniły, to jednak zdrajcy i ich podopieczni nie. – Nic nie pamiętał praktycznie, więc stawiał sobie dziadka za wzór? 

w ich „klitce” jak określał miejsce, które załatwił im ojciec Davida. Wypominał to często Draconowi, bo przecież zasługiwał co najmniej na willę, a nie mieszkanie z pedantem, który najchętniej odkażałby całe mieszkanie za każdym razem, kiedy Scorp wychodził ze swojego pokoju. Niestety, ojciec był konsekwentny i skazał go na taki los, ale on teraz zamierzał mu udowodnić, że nie warto zadzierać ze swoim synem. – Czy kiedykolwiek dowiemy się, dlaczego Draco postanowił tak a nie inaczej? Jeszcze rozumiem wspólne mieszkanie, ale nie wiem, czemu za wszystko płacił McMillan. 

[Scorp] Myślał nad tym, jak wynieść myślodsiewnię z gabinetu Terrence'a Walkera i zostać niezauważonym. – A Terrence, zauważywszy brak myślodsiewni, nie oskarżyłby z marszu Davida. Mam nadzieję, że w dalszym ciągu plan spali na panewce, bo jest ultralipny. 

Powoli wspinał się po „szczeblach kariery” ze zwykłego przynieś-wynieś-pozamiataj swojego ojca, do jego pełnoprawnego zastępcy, a potem Szefa Departamentu Magicznych Gier i Sportów. – Nepotyzm, mówi ci to coś? Od kiedy w Ministerstwie dziedziczy się stanowiska? 

Astoria, mimo że nie ustępowała Venie McMillan w byciu tyranką i perfekcyjną panią domu, rozpieszczała jednak swojego syna i wychowywała go na przyszłego pana wszechświata, co mu w ogóle nie przeszkadzało, ale im był starszy, tym mocniej drażniło to jego otoczenie. – Czemu niby miałoby mu to przeszkadzać? 

Nie pozwalaj sobie, bo… // – Bo? – Scorpius uniósł jedną brew do góry (...) – Bo doprowadzę cię do porządku Cruciatusem. – Wszyscy w tym opku rzucają Cruciatusem na prawo i lewo. 

Całkiem możliwe, że nie potrafił z tego wyrosnąć. Chociaż potrafienie to kwestia chęci, których z pewnością nie miał. – Bełkot, wata. 

Wordsworth pracował na poziomie piątym, w sąsiedztwie biura Gabriela McMillana, dlatego Scorp nie zamierzał się spieszyć. [...] Nie wiedział, gdzie ma szukać tak samo Davida, jak i Wordswortha, dlatego jego „misję”, którą powierzył mu ojciec, można było nazwać po prostu spacerem. – Logiczne, prawda? 

podejrzewał, że to była też kwestia tego, czego właśnie się dopuszczał. Przestępstwa. W pewnym sensie, bo kradzież była karalna. – Skoro była karalna, to dlaczego tylko w pewnym sensie jest to przestępstwo? 

Stanął przed kominkiem z woreczkiem proszku i wbił wzrok w płomienie. Walker mógł w każdej chwili tam wejść i zepsuć całą misję, ale Scorpius wątpił, że mężczyzna to zrobi. // Mylił się prawie tak bardzo, jak bardzo był przewidywalny. – Kto się mylił, kto był przewidywalny i co ma piernik do wiatraka? 

Kiedy Gabriel znalazł się w końcu w Ministerstwie, zdążyła już minąć dziesiąta. Poprzedniego dnia siedział do późna i teoretycznie mógł sobie pozwolić na załatwienie innych spraw przed pracą. – Do pracy do urzędu przychodzi w godzinach jak popadnie, jak mu wyjdzie? Czy oni tam pracują całodobowo? 

Od zawsze byli w cichej komitywie przeciw jej wiecznym żądaniom i wymysłom, ale teraz Gabriel zdał sobie sprawę, że nieświadomie trzymał jej stronę, oczywistym więc było, że David poczuł się opuszczony – Skoro trzymał jej stronę, to jakim cudem mogli być w komitywie z Davidem? 

A przecież nigdy nie zawiódł jego zaufania, po prostu martwił się tym, co przypadkowo zobaczył w myślodsiewni. Tak, był już pewien, potrzebna im była tylko dobrze poprowadzona rozmowa; obaj lubili święty spokój, Dave musiał kiedyś odpuścić. – Zastanawiam się, co takiego było w w syropie podanym mu przez Venę, co skłoniło Gabriela do tak ostrej zmiany zdania i podejścia. 

Gdyby pracowali w jednym departamencie, zapewne kłóciliby się co chwila, a Redbeard miał dobre podejście do praktykantów i łatwo zyskiwał ich zaufanie. – Co tu robi łącznik a i jaką funkcję ma spełniać? 

Redbeard miał dobre podejście do praktykantów i łatwo zyskiwał ich zaufanie. – Ale po co zaufanie? Jako zaletę Redbearda wskazałabym raczej wzbudzanie szacunku i posłuchu, ale bez strachu. Zaufanie bardziej pasuje do relacji z klientami. 

Kiedy jednak rozsunęły się drzwi, prezentując puste pudło z Draco Malfoyem w środku, przypominającym siedem nieszczęść, Gabriel uniósł brwi. – Malfoy, wyglądasz jak wtedy, kiedy zmienili cię we fretkę – powiedział, starając się rozluźnić napiętą atmosferę – Bo nic tak nie rozluźnia atmosfery jak przypominanie przykrych i upokarzających zdarzeń z przeszłości. 

Gabriel zmarszczył brwi, próbując przyswoić sobie wszystkie informacje. Scorpius. Gabinet Walkera. Scorpius. Clayworth. Wizengamot. Czuł, że to wszystko ma jakieś powiązanie z Davidem, ale czy byłby tak lekkomyślny, żeby namówić swojego przyjaciela do włamania się do gabinetu Walkera, skoro jemu się nie udało? To było jedyne skojarzenie, jakie przyszło mu do głowy. – Kombinuj, McMillan, nim twe wdzięki przeminą… Bycie ziemniakiem niewątpliwie jest cechą dziedziczną. 

Nie wiem tylko na cholerę mu ta myślodsiewnia, mamy jedną w domu i zawsze się krzywił na jej widok

mamy jedną w domu 
mamy jedną w domu 
w domu 

W mordę jeża i małych jeżątek, ma myślodsiewnię w domu i idzie kraść inną?! Opadło mi wszystko, wszystko. 

X 

Większość urzędników albo poszła już do domu, albo zabrała tam pracę, nie chcąc kisić się w znajdującym się pod ziemią budynku, skoro równie dobrze mogli rozłożyć się na tarasie i tam chociażby udawać, że coś robią. – Kurka wodna, co to za urząd z luźnymi godzinami pracy? 

Nie chciał jechać do domu. Przeczuwał, że stało się coś złego i nie chciał o tym słyszeć. Miał wiele własnych problemów, jak na przykład tajemnice, które mieli przed nim jego przyjaciele. – Może ktoś w rodzinie umarł, może David będzie miał rodzeństwo, ale ważniejsza jest stara kłótnia kumpli. 

Scorpius kończył o wiele wcześniej, umyślnie irytując swojego ojca – Nienormowany czas pracy ftw. (David jeszcze nie wie, co zaszło, a cytowany fragment w kontekście całości brzmi jak rutyna, tak, już po czterech dniach pracy). 

Gdyby wrócił Dwight, mógłby wtedy z nim porozmawiać, bez Scorpiusa mówił o wiele więcej, mając pewność, że David go nie wyśmieje. – Nie rozumiem. Przy Scorpiusie David go wyśmiewał, a bez niego już nie pajacował, tylko słuchał Dwighta? Ziemniaki. Ziem-nia-ki. 

Z tego co opowiadał mu kiedyś ojciec, zginęli tu jego dziadkowie z rąk jednego ze śmierciożerców, którego nazwiska chłopak nie był w stanie zapamiętać. – Takie skomplikowane było, czy też David miał tak bardzo wywalone? 

Crucio! // – VENA! // Dwa wrzeszczące głosy były niczym wobec ściany bólu jaka uderzyła w niego z ogromną siłą. – To samo zaklęcie rzucały na Gabriela i babka, i siostra, to samo chciał rzucić Draco na Scorpiusa, a teraz Vena używa go przeciw własnemu synowi. Trochę to monotonne, ale jak najbardziej zgodne z kanonem, więc nie będę się czepiać. Ta scena jest groteskowa, bo nic wcześniej nie zapowiadało skłonności sadystycznych Veny, pomimo tego, że jesteśmy już w dziesiątym rozdziale. W poprzedniej Vena sugerowała Gabrielowi wyczyszczenie pamięci Davida, nie wiem, czemu nagle stało się to złym pomysłem. W ogóle cała ta drama jest idiotyczna, bo z tego, że David zobaczył Iwanowa, zupełnie nic nie wynika. W życiu nie widziałam tak koszmarnie na siłę nakręcanego konfliktu. 

zrobiło mu się słabo, bo to, co uznał (chciał uznać) za zapach środka do czyszczenia podłóg, okazało się zapachem krwi. – Ale te dwa zapachy nijak nie są do siebie podobne. 

Walden Macnair ukatrupił pierwszych właścicieli w ich własnym domu i zakopał w ogródku. Mieli dwóch synów, bodajże jakiegoś Nicholasa, coś takiego i Marcela, ten drugi był starszy i wziął po wojnie ślub z córką tego śmierciożercy. – Czy dobrze rozumiem, że Marcel ożenił się z córką mordercy swoich rodziców? 

– Zanim zdążysz się odezwać, trzaśnie cię Avadą, bądź poważny. – Już wiem, czemu interes się nie kręci, skoro częstują klientów na dzień dobry niewybaczalnym. 

– Dlatego pójdziesz ze mną, będziesz moją tarczą. Ku rozpaczy Imogen, Dwight był całkiem poważny. – Serio, Dwight, serio? Od kiedy traktujesz przyjaciół jak jednorazowe chusteczki higieniczne? 

kumple Scorpiusa, nazywający go w czasach szkolnych „świrem z kijem w dupie” albo „Dłajtobłyskiem” – Skąd to nagłe spolszczenie? 

Dwight poznał go jedynie dlatego, bo matka używała go, by uśpić kłapiące zębiskami wygłodzone zielsko, gdy szła je nakarmić martwymi zwierzętami. – To nie jest poprawna forma. Albo bo, albo dlatego, że. 

– Musiałbyś naprawdę się postarać, żeby nie wyglądać jak Pearson. Czysty Basil, chociaż z tego co pamiętam, to miał wredniejszą mordę i trochę mniej kwadratową szczękę. Nieważne. Po cokolwiek cię przysłał, moja odpowiedź brzmi „nie”. Chyba że chce kopa w dupę. Na to zgodzę się bez wahania. – Jeśli Marcel wita się tak z każdym w jakikolwiek sposób skoligaconym z ludźmi, z którymi ma na pieńku, to nie dziwota, że kiepski z niego biznesmen.

A teraz, niestety, muszę zacytować dłuższy fragment: 

Chodzi o pańską żonę! // Teraz to Marcel wyglądał na skonsternowanego. // – Muszę z nią pilnie porozmawiać na bardzo ważny temat. Wcale niezwiązany z moim ojcem, proszę się nie martwić. // – Jaki temat? // – Nie muszę tego panu mówić. // – A ja nie muszę ci zdradzać, gdzie znajdziesz Ramone. // Dwight westchnął ciężko. // – Potrzebuję jej pomocy. // – Wątpię, że zechce ci pomóc, młody. // – Zapewniam pana, że wiem jak przekonać ją do tego, by mi pomogła, w przeciwieństwie do pana, panie Howe. // Marcel zazgrzytał zębami, po czym wyciągnął spod lady kawałek kartki i pióro. Nabazgrał na niej adres i wcisnął ją do ręki Dwightowi. // – Będziesz tego żałował – burknął. // – Wątpię. Do zobaczenia. – Pearson uśmiechnął się szeroko i skierował się w stronę wyjścia; zaraz za nim pobiegła Imogen, ale przedtem podeszła jeszcze do Marcela, posyłając mu przepraszające spojrzenie. // – Dlaczego dał mu pan ten adres? // – Był upierdliwy, nie zrobiłabyś tego samego? // – Nie. Wpędza go pan w kłopoty. // – Nie znasz jego ojca, dziecko – odparł Howe ponuro i odwrócił się w stronę zaplecza, ucinając rozmowę. – Nic z tego nie rozumiem. Dwight przyznaje, że nie ma żadnego wpływu na Marcela, mimo to Marcel daje mu – wbrew sobie – adres swojej żony, tłumacząc swoją decyzję osobą Basila, któremu wcześniej chciał zasadzić kopa w dupę. Prawdopodobieństwo psychologiczne cicho łka w kąciku. 

Nie wiedział, kogo ma się bać – matki, czy Iwanowa. Może niespodzianki? Próbował wymyślić, czym mogłaby być. Kolejnym Cruciatusem? Głową Scorpiusa powieszoną na żyrandolu? Wzdrygnął się na samą myśl... Mimo że jego matka była surowa i bezkompromisowa, to jednak zawsze czuł, że mimo wszystko go kochała, jak swojego jedynego syna. Ale tego wieczoru pierwszy raz wyczuł jakąś złą nutę, jakby zaczynała żywić do niego nienawiść. (...) Nie potrafił jej nienawidzić. Ale żywił głęboką urazę, przez co flakoniki ukryte w kieszeniach spodni zaczęły mu nagle przeszkadzać. Chciał się ich pozbyć. Jedynym sposobem było dostanie się do myślodsiewni matki. – Instynktu samozachowawczego nie stwierdzono. 

Wziął kilka głębokich wdechów i skierował się do „sanktuarium” Veny. Nie zdziwiło go, że drzwi były zamknięte, ale ustąpiły po rzuceniu na nie Alohomory. // Czasem nawet Vena potrafiła być naiwna. – To nie naiwność, tylko imperatyw narracyjny. 

Ślizgonka podniosła się i otrzepała kolana z pyłu. Vena automatycznie zrobiła krok w tył i uniosła różdżkę wyżej. David był trochę zdziwiony reakcją matki. Ani jedno ani drugie nie wyglądało na groźne do tego stopnia, by zrobić krzywdę Prefektowi Naczelnemu! – Znaczy, co? Zwykły uczeń oberwałby bez mrugnięcia? Odznaka daje +50 do pancerza? 

Dodatkowo oboje po trzydzieści punktów za przebywanie we Wrzeszczącej Chacie po godzinie nocnej! – Co to jest godzina nocna? Czy chodzi ci o godzinę policyjną…? 

Główni bohaterowie wspomnienia siedzieli zaś w obrębie łóżka na końcu pomieszczenia. – Obrębie łóżka? http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2491908 

W drugim wspomnieniu nie pojawia się Vena, należy ono zatem do Gabriela. Jak weszło w posiadanie jego małżonki? 

Dmitrij Iwanow, będący przykładem człowieka, z którym nie należy się zadawać, który nienawidził jego ojca, matki i samego Davida za sam fakt, że przypominał mu Gabriela (doszedł do tego dopiero, kiedy zobaczył po raz pierwszy ojca młodszego o dwadzieścia lat) był jednocześnie jego przyjacielem? To przeczyło wszelkim prawom logiki. – Bo przecież przyjaźnie się nie rozpadają, a ludzie nigdy się nie kłócą, nieporozumienia zaś nie istnieją, tak? 

Jak Gabriel mógł stawiać matkę wyżej niż swoich, podobno, przyjaciół? – Do tej pory David żył pod kamieniem i nigdy nie słyszał o sile miłości? 

Czyżby Vena miała coś wspólnego z ojcem Dwighta? Wzdrygnął się na samą myśl. To tak jakby on romansował ze swoim najlepszym kumplem i automatycznie zrobiło mu się niedobrze – Umm, na myśl o romansach matki chłopak zaczyna sobie wyobrażać seks z kumplem? Co ja czytam. 

Zdanie o tym, co zrobiła Vena. Ale co? Dmitrij i Ramone też o tym wiedzieli. Nie umiał wymyślić niczego poza truciem, zabijaniem albo spiskowaniem matki. W sumie w dziewięćdziesiątym siódmym wszystko było możliwe, ale po co miałaby to robić? Nie była przecież aż taką psychopatką, na jaką wychodziła w ostatnich tygodniach. – Nie była psychopatką, to przecież tylko trucie i zabijanie. 

Chciał się dowiedzieć wszystkiego. Absolutnie wszystkiego. Ale nie od ojca. Do ojca nie miał już zaufania po scenie w salonie. Choć Dmitrijowi Iwanowi nie ufał bardziej niż Gabrielowi to stwierdził, że wyciągnie z niego wszystko, nawet jeśli i od Ruska miałby oberwać Cruciatusem. – Fuck logic. 

To, co zastał w salonie było jednak o wiele gorsze. // Zapragnął nagle oberwać Cruciatusem i to na tyle mocno, by stracić przytomność. // Jedno słowo: koszmar. – Dramatyczny cliffhanger, nie? Nie martwcie się, autorka zaczyna następny rozdział słowami: Możliwe, że trochę przesadził z nazywaniem tego koszmarem i chęcią zamiany go na mocnego Cruciatusa, na wypadek, gdyby słabe serca czytelniczek nie wytrzymały napięcia. Powiało Stefą. 

XI 

Od urodzenia wiedział, że zostanie Ślizgonem, ba, prefektem a potem Prefektem Naczelnym – Czemu jedno małą, drugie z dużą literą? 

Benjamin, choć odwrócony do niego plecami, był ucieleśnieniem koszmaru, niczym ponurak w ludzkiej formie, bo nigdy nie wróżył wygranej w czarodziejskiej loterii a bardziej zapewnienie, że osoba, która go spotka, na pewno potem pośliźnie się na skórce od banana i umrze śmiercią tragiczną na chodniku. – Dlaczego ponurak miałby wróżyć wygraną? 

zorientował się, że Davidowi nie zależy na wpychaniu niewinnych Puchonów do składzika, nie ma parcia na szkło – Parcia na szkło? Nic nie słyszałam o czarodziejskiej telewizji. 

był gotowy zrezygnować z funkcji pałkarza, kiedy Walkerowi udało się zostać ścigającym i publicznie krytykował to, jak McMillan odbija tłuczek. Potem jednak zrezygnował z quidditcha, prawdopodobnie po kulturalnej dyskusji ze Scorpiusem. – McMillan zrezygnował, tak? I od kiedy to Scorpius prowadzi kulturalne rozmowy? Dlaczego w ogóle Benjamin miałby kierować się życzeniami Scorpa? 

Przynajmniej takie wrażenie odnosił David, ale odetchnął, bo Malfoy nie wiercił mu już dziury w brzuchu i miał słuchacza dla swojego ględzenia o nieprofesjonalizmie kapitana – Który z nich miał słuchacza? 

Zetknięcie się z Walkerem w pozornie bezpiecznym domu McMillanów było jak cios w policzek. – Dlaczego David wciąż uważa ten dom za bezpieczny, mimo że dzień wcześniej bał się do niego wejść, a następnie został poddany torturom? Co, jego zdaniem, daje temu miejscu pozory bezpieczeństwa?

[Lara] zasiliła szeregi Krukonów, zamieniając się dziwnym trafem w największą kujonkę, jaką widział świat. Teraz zdał sobie sprawę, że przypominała mu trochę matkę z myślodsiewni: miała wielkie okulary, długie włosy i odznakę, od której odbijało się słońce i oślepiało stojących jej na drodze uczniów, kiedy szła pewnym krokiem przez błonia, by udowodnić Dwightowi, że nie potrafi zachować dyscypliny wśród Puchonów sięgających mu co najwyżej do przedramienia. Była prawdziwą złą dziewczyną – I co, mam ci uwierzyć na słowo? Co jest złego w byciu Krukonką, w fizycznym podobieństwie do innych osób, nawet w wyzłośliwianiu się? 

W protestach przeciw działaniom matki towarzyszył mu zaciekle ojciec, właśnie dzięki niemu doszedł z matką do kompromisu: nie zostanie wpakowany w aranżowane małżeństwo, o ile będzie się stosował do zasad panujących w domu. Złamał już dwie. Skłamał i zajrzał do jej pokoju. // Był zgubiony. – To jest tak głupie, że aż nie wiem, co powiedzieć. Przypomnijmy: David grzebie we wspomnieniach rodziców, którzy panicznie boją się, że chłopak dowie się zbyt dużo. Jak rozwiązać ten problem? Ożeńmy go wbrew jego woli!

Nie wiem, jaka logika za tym stoi, czy Vena sobie wyobraża, że noc poślubna tak oszołomi Davida, że ten postrada zmysły i pamięć? Jakie konkretnie korzyści miałyby płynąć z tego małżeństwa? Jeśli o przedłużanie linii chodzi, to czy tej rozwielitce nie przyjdzie do głowy, że nikt nie zmusi Davida do seksu z żoną? Że może mieć od cholery i trochę kochanek na boku i rój bękartów? Oto, jak sobie teraz wyobrażam Venę:

Imogen wychyliła się zza ściany kamieniczki na wąską ulicę, na której zmieściłby się jedynie Smart, ale możliwe, że i tak uległby drobnemu uszkodzeniu przez uderzenie z impetem w lampę na jej końcu. – A tak, bo wyznaczanie szerokości ulicy konkretnymi markami samochodów to dokładnie to, w czym czarodzieje nie mają sobie równych. 

Filthy End miała kiedyś też krew w tytule, ale po wojnie ją z niej usunięto, żeby czarodzieje chętniej się wprowadzali – To co to było wcześniej, Filthy Blood End? On kiedy dzielnice mają tytuły, a nie nazwy? Filthy zaś zachęca do przeprowadzek jak mało co. 

Dwightowi udało się zrobić na niej drugie wrażenie, bo przecież nie unikała go, wręcz przeciwnie. Nie wiedział tylko, jakie. – Drugie wrażenie? Strasznie to niezgrabne. 

Błędny Rycerz gwałtownie wyrwał się do przodu, tworząc wokół siebie sztuczny wiatr pełen zapachu smoły – Dlaczego smoły akurat? Co to jest, diabelski autobus, smoła i siarka? Może przeszłoby to jeszcze na jakichś biednych, bocznych drogach, ale trudno mi uwierzyć, by w Londynie stosowali smołę zamiast asfaltu lub kocich łbów. 

Chwyciła pewnie za klamkę i pchnęła drzwiczki, które otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Przeszła przez nie, a kiedy Dwight upewnił się, że nie została porażona żadnym zaklęciem, wszedł niepewnie za nią, zamykając za sobą furtkę – Uroczy ten Dwight, widzę, że wciąż traktuje przyjaciółkę jako mięso armatnie. 

Tak jak Howe, nie przypominała osoby w wieku jego ojca, uznał więc z miejsca, że to nie Ramone Macnair. – Tia, tylko że okazało się, że Howe to w istocie ten Marcel, o którego im chodziło, dlaczego więc nie miałby przyłożyć tej samej miary do Ramone, szczególnie, że mowa tu o małżeństwie, a więc kosmetyki i zabiegi pewnie mają z tego samego źródła? 

To przez panią i pani koleżkę, Dmitrija Iwanowa, David zachowuje się dziwnie i zamartwia o to, że zrobi pani krzywdę jego rodzicom, niech pani zacznie się zachowywać jak dorosła kobieta a nie jak dziecko i zrobi w końcu z tym coś… – Co? Dlaczego Ramone miałaby cokolwiek robić i w którym momencie zachowuje się jak dziecko? 

A co do pani, to zapewniam panią, że jeśli David nadal będzie chodził jak struty, to ja będę wiedział, że to była pani i zrobię z tym porządek, bo nazywam się Dwight Basil Edmund Pearson i moi przyjaciele są moim priorytetem, zrozumiała pani?! – To żenujące. Robienie obcym ludziom awantury z powodu złego samopoczucia kumpla jest żenujące. 

[Dwight] Rzucił chusteczką o ziemię i dysząc ciężko, szybkim krokiem wyszedł z posesji Macnairów, trzaskając drzwiczkami furtki. Tak samo Imogen, jak i Ramone stały jak dwa posągi, patrząc w miejsce, w którym zniknął Dwight. – A tak się odgrażał, że koniecznie musi wiedzieć. I strzela focha, bo kobieta, nie znając jego intencji, była nieufna. 

Kiedy usadzono Davida na fotelu, dokładnie naprzeciw Benjamina i matki, był już niemal pewien, że niespodzianka miała być karą. – Dopiero wtedy? Wcześniej spodziewał się fanfar i słów uznania? 

Wracając do tematu: zdajesz sobie doskonale sprawę, z naszego układu, jego wad i konsekwencji, z tego, jak w tym domu traktuje się kłamstwo i jak wielkiego głupca zrobiłeś ze swojego ojca – przemówiła chłodno Vena. – Nie mogę tego tolerować w swoim domu. Pana Walkera nie ma niestety w kraju, dlatego Benjamin zgodził się występować w jego roli, za zgodą, rzecz jasna. Chciałabym cię poinformować, że Lara, jeszcze nieoficjalnie, zostaje twoją narzeczoną. – Nie mogę tego tolerować w swoim domu, więc… wydam cię za mąż? W jaki sposób na problemy z zachowaniem dziecka ma pomóc małżeństwo? Vena chyba zapomniała, że ma syna, a nie córkę, i że nie żyjemy już w średniowieczu. Nie ma żadnej gwarancji, że to nie Lara w razie czego wprowadzi się do nich, a nie David do Walkerów. Tylko ten chytry plan psuje nieco fakt, że David już ma swój dom, swoje mieszkanie, a zatem w zasadzie Vena nie ma niczego do tolerowania w SWOIM domu i to od jakiegoś miesiąca. 

Po pierwsze, jego wolność miała zostać ograniczona w stopniu większym niż można było sobie wyobrazić – Jak konkretnie? Bardzo chciałabym wiedzieć. 

– Laro, cieszysz się, prawda? – zwróciła się do niej. // Dziewczyna oparła rękę na ramieniu Benjamina a jej uśmiech jakby się poszerzył, nim odpowiedziała cicho: // – Prawda. – Jakie Lara ma powody, żeby zacieszać z przyszycia jej do męża, który jej nie chce? I co właściwie Vena zrobi, jeśli David na ślubie powie nie, zabije go?

XII 

najchętniej wcale z nikim by się nie wiązał, bo wizja bycia starym kawalerem bardzo mu odpowiadała. Nie musiałby się o nikogo troszczyć, zarabianie na życie byłoby o wiele łatwiejsze. Nie widział siebie z balastem, jakim jest rodzina. Nie chciał mieć żony, dzieci, własnego domu z tarasem, zabawek walających się pod nogami, obowiązku odprowadzenia bachora na peron pierwszego września… – Nikt mu nie każe się troszczyć o Larę ani płacić za jej zachcianki – co mu ktoś zrobi, jak nie zapłaci? Tak samo nie ma obowiązku mieć z nią dzieci, nawet gdyby kiedyś się zgodził na seks, przecież nikt mu nie zabrania korzystać z antykoncepcji. Co do domu, David już ma mieszkanie w bloku, dlaczego nie może zamieszkać tam? Jeśli Larze to nie odpowiada to cóż, widziały gały, co brały. Rozumiem wobec tego, że David był od małego uczony, że naturalnym następstwem małżeństwa są dzieci i odstąpienie od tego schematu nie mieści mu się w głowie. 

Bardzo prawdopodobne, że nie dojrzał jeszcze do tego i nie zanosiło się na to w najbliższym czasie, dlatego zmuszanie go do wiązania się z Larą wróżyło tylko katastrofę. – Ale wyłącznie David ma takie odczucie, ani Venie, ani rodzicom Lary przez myśl nie przemknie, że coś mogłoby pójść nie tak? Poziom Zła jak u Disneya. No i ciekawa jestem motywacji rodziców Lary, traktują swoje dziecko jak rzecz, sprzedadzą ją za wielbłąda i trzy kozy bez mrugnięcia okiem? 

Co z tego, że Lara została jego narzeczoną? Nadal przecież musiał znaleźć Dmitrija – Po pierwsze: a nie mówiłam? Po drugie, po co, po co??! Dalej kieruje nim zmartwienie o rodziców, po tym wszystkim, co mu zrobili? 

Zostało tyle rzeczy do zrobienia, tyle murów do przeskoczenia, tyle słów do powiedzenia. Czuł się zmęczony i pokonany, choć jeszcze nawet do końca nie rozpoczął walki z czasem. Zobaczył ledwie trzy wspomnienia a miał wrażenie, jakby cała przeszłość ojca i matki spoczęła na jego barkach, wbijając go mocno w ziemię. Naprawdę musiał wziąć się w garść. Szkoda, że nie chciał. – No tak, nie można było napisać tego bez ładowania się w emo-angst. 

Ale ojciec nie dał mi nawet powiedzieć słowa. Darł się jak opętany, jak nigdy praktycznie. Pamiętasz, jak raz jakiś Gryfon opluł Pearsona? To mniej więcej taka sama reakcja. Myślałem, że da mi w ryj. Nie dał. Ale zabrał mi wszystko. Jesteśmy spłukani, kumasz to? Kurwa, odcięliśmy sobie jedyne pewne źródło. Przez ciebie. – Jakie spłukani, skoro kasa płynie od McMillanów, a nie Malfoyów? 

David nie odpowiedział. Próbował w milczeniu zrozumieć sens słów Scorpiusa, ale trafiały jakby w ścianę. W ciągu kilku minut urósł między nimi mur. Nie, to nie była kwestia minut. Właśnie w tym momencie wszystkie dotychczasowe żale i pretensje utworzyły barierę nie do pokonania. – Takie to dramatyczne, tak bardzo wzięte z powietrza. Tak ciężko mi się tym przejąć. Nie wiem, może ta scena miałaby więcej sensu, gdyby David wiedział o zamierzeniach Scorpiusa, albo gdyby czytelnik nie wiedział, że Scorp ma myślodsiewnię w domu. Niestety, cała ta akcja z kradzieżą i nakręcanie nieporozumienia między przyjaciółmi jest tak niewiarygodne i naciągane, że witki opadają. 

Po prostu w pewnym momencie miał ochotę mocno na nią nawrzeszczeć. Możliwe, że to dlatego, bo była kolejną osobą krytykującą jego ojca. Prychnął. Nikt nie pobiłby ojca w krytyce własnego syna, ale odkrył magiczną regułę, że w jego obecności Basila należało tylko czcić, bo tak w sumie został nauczony. Ale za co? Poczuł się winny tej myśli, ale dalej szedł powoli ulicą, trąc mechanicznie chusteczką wierzch dłoni. Nie wiedział za co, ale tak było zawsze i nie wyobrażał sobie reakcji ojca, gdyby otwarcie skrytykował jego działania. Chyba by już nie potrafił. – O matko, pierwszy dobry psychologicznie kawałek w całym opku. 

Nawet jeśli chciałby wrócić do stanu sprzed miesiąca, to miał wrażenie, że ojciec był powiązany z całą sprawą dotyczącą ojca Davida – Co ma piernik do wiatraka? Konstrukcja jeśli… to sugeruje związek przyczynowo-skutkowy, którego tu brak. Jeśli będzie padać, zmoknę. 

Vena McMillan samym sposobem na życie psuła mu spokojną egzystencję, bo nie potrafił określić, na ile jego teorie jej dotyczące były prawdą a na ile czymś, w co chciał wierzyć. – Co ma jej sposób na życie do jego teorii? 

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, nalegam jedynie na rozmowę i liczę na pozytywny odpis. – Odpis to może być dokumentu, David mógł co najwyżej liczyć na odpowiedź. 

Nie chciał, żeby chłopak zrobił jakieś głupstwo, ale po pierwsze, był wściekły, a po drugie pijany. – David był wściekły i pijany? 

XIII 

W końcu na niego spojrzała. Nie było mu nawet głupio, że tak ją okłamywał, właściwie to wystarczyłaby jej świadomość, że jest świadom tego, że jej się to nie podoba, ale nie... Zebrało mu się na bunt i rozdrapywanie ran, bo widok klona Basila Pearsona po tylu latach wzniecał w niej nie tylko gniew – Zginęłam pod zalewem zaimków. 

Marcel został sam. Po plecach przeszły mu ciarki, kiedy do głowy przyszła mu głupia myśl, ale szybko ją z niej wyrzucił i skupił się na naleśnikach, bo zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był głodny. – Jak zrujnować napięcie, odsłona kolejna. 

Pamiętała to wszystko tak dokładnie... Zastanawiała się, czy mogła coś zrobić, żeby taki stan rzeczy utrzymał się do dzisiaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy. – Skoro pamiętała dokładnie, to znaczy, że stan jej pamięci nie uległ zmianie. 

Mimo głosu małego chłopca, pogrążonego wiecznie w marzeniach, nie był łatwym rozmówcą, bo mózg najwyraźniej działał pod szopą targanych wiatrem włosów na pełnych obrotach. – Nie był łatwym rozmówcą, bo używał mózgu, tak? 

to Marcel zazwyczaj za nich płacił. Chyba chciał jej wynagrodzić swoją pałowatość – Dlaczego narrator/Ramone używa takiego samego słownictwa jak Scorpius? 

Wiem, że mój ojciec zarabia więcej niż wujek Marcel, ale za hojną ilość galeonów powiem wszystko, co wiem – stwierdził i uśmiechnął się szeroko. „Hojna ilość”. Aha, czyli pewnie cały skarbiec, pomyślała (...) wyjęła z kieszeni wszystkie drobne, które tam zgromadziła. Razem na pewno uzbierałoby się z pięć galeonów (...) Może być – stwierdził z kwaśną miną Orfeusz – Pięć galeonów to hojna ilość i cały skarbiec? 

wydałoby się, że Sowa (cóż za durne imię dla sowy!) – Tak, wiemy, już o tym wspominałaś. 

oparł ją o solniczkę w kształcie miniaturki Ministra Magii – limitowanej edycji dołączanej do szamponów przeciwłupieżowych – Solniczka do szamponu? 

No dobrze, więc przejdźmy do konkretów i zejdź mi z oczu, bo przysięgam, zacznę mordować… // Dwight nie wątpił, że tak by się właśnie stało, ale to nie pomogło na strach, wręcz przeciwnie – czuł, że trochę drżą mu nogi. // – Chciałbym móc jeszcze raz spróbować porozmawiać z pańską żoną. – Yyy… co? Przecież Dwight dobrze wie, gdzie mieszka Ramone, dlaczego po prostu do niej nie pójdzie? Dlaczego za każdym razem musi prosić o pozwolenie jej męża? 

miała wrażenie, że ma potencjał, potrzebuje tylko kogoś kto pomoże mu przejść transformację – nie z brzydkiego kaczątka w łabędzia, a ze skończonej pały w faceta. – Czy pała to twoje ulubione słowo? 

Rzuciłam zaklęcie. – Lara brzmiała tak, jakby przemawiała do idioty. – Jebło to jebło, po co drążyć temat – Rozumiem z tego, i z pozostałych wzmianek o Larze, że ma ona być Zuą Suczą, Scary Sue i prezentować poziom rowu mariańskiego? 


Opowiadanie powinno przyciągać choć jednym z elementów – ciekawą fabułą, koncepcją, atmosferą tajemnicy, interesującymi bohaterami, światem przedstawionym, a najlepiej wszystkimi tymi elementami na raz.

U ciebie niestety sympatycznych bohaterów brak. W żaden sposób nie mogłam wykrzesać z siebie zainteresowania losami mamejowatego Davida, groteskowego Dwighta czy bucowatego Scorpiusa. Żadna z tych postaci nie wzbudziła we mnie ani ciepłych uczuć, ani ciekawości. Nawet postacie drugoplanowe, jak Ramone i jej brat, czy matka Davida, są odpychające. W dodatku, żeby poznać ich losy, trzeba się przebijać przez zagmatwane i nieprzyjemne w odbiorze konstrukcje gramatyczne. Styl jest koszmarnie męczący. Niepotrzebnie zapętlone zdania i wiecznie gubione podmioty sprawiły, że przez tekst brnęło się jak przez bagno. Na domiar złego poczucie humoru i elementy komiczne są wpychane czytelnikowi do gardła na siłę, co wywołuje naturalny, odruchowy sprzeciw.

David jest mdły i przezroczysty. Idzie tam, gdzie inni każą mu iść, jedyne momenty, w których bierze sprawy w swoje ręce, dyktowane są albo paranoją, albo uzależnieniem od myślodsiewni. Mimo że David jest głównym bohaterem, to chyba Dwight dostaje najwięcej czasu antenowego i najbardziej rozwija się jako postać – ze ślepo zapatrzonego w ojca groteskowego pedanta w osobę kwestionującą otaczający go świat, myślącą i nieco bardziej ludzką. Scorpius zaś od początku do końca jest kukłą z przyczepionymi plakietkami, takimi jak impulsywny głupol, przeciwieństwo wiarygodnej postaci literackiej. Imogen, choć jest chyba najsympatyczniejszą z opisanych postaci, też budzi wiele moich wątpliwości. Dlaczego nastolatka spędza tyle czasu u starszych kolegów? Nie ma rodziców, żadnego opiekuna prawnego, który kontrolowałby, gdzie ona przebywa? 

Odkąd zamieszkali we trzech w mieszkaniu, które kupił im ojciec Davida, [...] – Nie umiesz się zdecydować, czy opisujesz młodych dorosłych, czy też jednak nastolatków. Z jednej strony dajesz im własną przestrzeń i pracę, ale z drugiej rodzice wciąż mogą im zabronić wyjazdu na mecz czy mówić o zasadach pod naszym dachem. Nie wiadomo, dlaczego za mieszkanie zapłacił tylko ojciec Davida, nie wiadomo, dlaczego majętny Draco nie dorzuca się do rachunków, nie wiadomo też wreszcie, dlaczego rodzice opłacają rachunki swoich dorosłych dzieci, które właśnie idą do pierwszej pracy. Dlaczego właściwie Draco nie kupi swojemu jedynakowi apartamentu ze służącymi, którego ten nie musiałby z kimkolwiek dzielić? Dlaczego Gabriel kupił synowi mieszkanie w mugolskiej dzielnicy?

A skoro już o pracy mowa, czemu wszyscy trzej chłopcy mają pracować akurat w urzędzie? Od kiedy szaleje tam tak oszałamiający nepotyzm, że trafiają dokładnie do tych działów, którym szefują ich ojcowie?

No i co to za powtarzany jak mantra wzór rodziny, w którym ojciec koniecznie musi pracować w urzędzie, a o obowiązkach służbowych matki praktycznie nie ma wzmianki? O Venie wiadomo tyle, że jest sadystką, o Astorii i o matce Dwighta pada chyba tylko po jednym zdaniu przez wszystkie trzynaście rozdziałów. Dlaczego świat brytyjskich czarodziejów z 2024 roku wygląda jak amerykański sen z lat pięćdziesiątych? Spójrz na Venę, która lubiła odtwarzać sukcesy z przeszłości w myślodsiewni, była prefektem – czemu na tym jej ambicje się skończyły? Czemu nagle postanowiła zostać kurą domową? 

To nie to, że miała wyrzuty sumienia na starość, piszesz o trzydziestodziewięcioletniej Venie (swoją drogą, Ramona była o cztery lata starsza od Veny. Prefektem zostawało się na piątym roku, nauka w Hogwarcie trwała lat siedem. Jakim cudem dwie panie uczyły się równocześnie w tym samym miejscu już po tym, jak Vena została prefektem?). Wcześniej opisujesz stary, dwudziestoletni dąb, w międzyczasie jeszcze określając czterdziestoletniego bohatera jako starca. Pozwól, że pokażę ci przykładową listę takich starców: http://www.imdb.com/list/ls000956447/ Doprawdy, nic, tylko grób im kopać. 

Mimo że cała trójka głównych bohaterów, jak i rój postaci pobocznych, pracuje w ministerstwie, nic o sytuacji politycznej świata magicznego nie wiadomo. Jak poradzono sobie z upadkiem Voldemorta, kto jest teraz ministrem, jaki ma program, jak to wpływa na podwładnych – nie wiadomo. Jedna wielka czarna dziura.

Nie mam w ogóle poczucia, że czytam o 2024 roku. Mało jest też różnic pomiędzy światem magicznym i mugolskim: chłopcy mają telewizor, odkurzacz, telefon. Nie przewija się nigdzie możliwość korzystania z innych dobrodziejstw techniki, wszystko wygląda tak, jak za czasów Harry’ego; komputerów i smartfonów nie ma. A skoro bohaterowie (w dodatku wszyscy czystokrwiści) jednak z mugolskiej elektroniki korzystają, czemu by nie i z takich pomocy, żeby np. dotrzeć do hotelu. Jesteś w budowaniu tego świata przedstawionego okropnie niekonsekwentna.

W twoim opowiadaniu brakuje równowagi w dawkowaniu informacji. Na dzień dobry czytelnik dostaje zalew nieistotnych a męczących szczegółów, doczepienie łatek na dzień dobry zrodziło też późniejsze niekonsekwencje w zachowaniu postaci, jak na przykład wspomniana już obawa Dwighta, że David wyśmieje go, gdy w pobliżu będzie Scorpius. Choć przerysowane, postacie były dość spójne, jednak nie pasuje mi to do kreacji głównego bohatera, który w żadnej innej rozmowie nie dał czytelnikom podstaw, by go nawet podejrzewać o takie zachowanie. Dla odmiany niektóre istotne informacje pojawiają się względnie późno, jak choćby to, że chłopacy właśnie zaczynają dorosłe życie, czy brak nakreślenia sytuacji rodzinnej trójki bohaterów, która przecież nie jest bez znaczenia dla dalszej fabuły.

Twój styl pisania jest koszmarny i to jego głównie winię za to, że przeczytanie całości opowiadania, a zatem i napisanie oceny, zajęło mi tyle czasu. Po przeczytaniu jednego rozdziału musiałam sobie robić kilka dni przerwy, a następnie zmuszać się do czytania każdego kolejnego zdania. Owszem, stopniowo płynność czytania wzrasta, ale bardzo powoli. Masz gigantyczne kłopoty z podmiotami, uwielbiasz gmatwać zdania, przelewać na papier strumienie świadomości prowadzące donikąd. W połowie jednej wypowiedzi wpada ci do głowy nowa myśl, którą musisz tu i teraz koniecznie zrealizować i w nosie masz, że pierwsze zdanie przeczy ostatniemu w obrębie jednego akapitu. Do tego wszystkie postaci wypowiadają się w jeden charakterystyczny sposób (niech za przykład posłużą te twoje ukochane pały), co sprawia, że wszyscy brzmią tak, jakby mieli po czternaście lat. Jako gwóźdź do trumny wystąpiły wtrącenia z internetowego slangu, jak Wybrańconator (którego Draco raczej nie miał jak poznać i używać w czasie swojej edukacji) czy też urocze wypowiedzi Lary.

I wiesz co, zniosłabym to wszystko, gdyby nie gwóźdź do trumny, jakim jest kompletny bezsens osi fabularnej. Oto, jak streściłabym twoje opko:

David jedzie na mecz pomimo sprzeciwu rodziców. Spotyka zawodnika, opisywanego konsekwentnie jako zabijakę, który to krzywo na niego patrzy. David popada w paranoję, pewien, że zawodnik, pomimo bycia największym złodupcem drużyny musiał mieć jakiś konkretny powód, by się krzywić na widok mamei. Choć David o tym nie wie, Iwanow rozpoznaje w nim syna dawnego kumpla ze szkoły, którego nie widział od dziesiątek lat i również popada w paranoję, ponieważ uważa, że… no właściwie, to nie wiem, co. Że od spotkania Davida dostaje się parchów? W każdym razie obaj popadają w panikę i robią co popadnie, by zaangażować się w wyimaginowany konflikt. W tle Scorpius upiera się bohatersko ukraść myślodsiewnię z urzędu, mimo że ma własną w domu.

Gdzie sens, gdzie logika? Właściwie, to po ponownym przeczytaniu prologu zaczynam podejrzewać, że Vena sporządziła napój miłosny i zwykła podawać go Gabrielowi, a David, jako owoc tego związku, jest potencjalnym nowym Voldemortem. Tyle że śmierciożercy powinni go raczej na rękach nosić, a nie traktować go jak abominację, to raz, a dwa, powinni już chyba zauważyć, że chłopak nie morduje szczeniaczków, nie?

Dwa. 

17 komentarzy:

  1. "...stary, dwudziestoletni dąb"

    Aaa, jestem STARA!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za ocenę. Na chwilę obecną tylko tyle, bo kapryśny czeski internet zeżarł mi całą odpowiedź (z dwa komcie wyszły, ugh), wrócę jak uda mi się ją odtworzyć przy normalnym łączu, pozdrawiam
    graham coxon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Milych wakacji (?), bedziemy czekac :)

      Usuń
    2. Okej, więc podłączyłam się do czyjegoś wifi, które wydaje się rzetelne a mój laptop nie dostał jeszcze zawału. Po osiemnastu godzinach jazdy nie mam siły odtwarzać tamtego komentarza (który tworzyłam w pociągu, więc pewnie i tak brzmiałby okropnie). Będzie skrótowo, ale mam nadzieję, że wystarczająco: jeszcze raz dziękuję za ocenę.
      Jest rzetelnym kubłem zimnej wody, że się tak wyrażę i warto było czekać, o.
      Red Descent zamknę w najbliższych dniach, bo taki miałam zamiar już wcześniej, aczkolwiek nie wykluczam napisania go od nowa, z wypisaniem uprzednio planu „jak nie pisać”, zrobionego na podstawie ocenki. Nie nastąpi to pewnie w tym roku, ale muszę najpierw zrobić wszystko, by nie zglanować sensu i logiki już na wstępie.
      Ze wszystkich bzdur i tym podobnych zdawałam sobie sprawę, no, może nie do końca, bo wytknięte zostało dwa razy więcej, ale to i tak trochę smutne, że nieświadomie stworzyłam takiego małego potworka. No nic, człowiek uczy się na błędach.
      Oś fabularna cienka jak nie powiem co to zasługa pisania planu, który potem modyfikowałam i nie porównywałam z wcześniejszymi rozdziałami pod kątem sensu. Cóż, byłam po prostu pewna, że mam dobrą pamięć, ale chyba jednak nie mam, oops. Wstyd mi okropnie, ale od czasu napisania pierwotnego planu minęły dwa(?) lata, no, coś koło tego i moje koncepcje na opko zmieniały się jak pogoda, co oczywiście musiałam na bieżąco dopisywać, a potem sama zaczęłam się gubić.
      Ostatni akapit zwalił mnie prawie z siedzenia. Świetne podsumowanie, ocenka bardzo mi się podobała, chociaż nie powinnam śmiać się z własnego opowiadania, ale traktowanie tego jak sirius biznes chyba też mija się z celem.
      Och, kończę na tym, dziękując chyba po raz trzeci, gratuluję Ryszardowi debiutu i pozdrawiam! :D
      (wiem, że mam koszmarny styl, co widać też po tym komentarzu, ale od zawsze mam problem z poukładaniem myśli, żeby wyszło ładnie i składnie, więc wychodzi taki bełkot właśnie. :C)

      Usuń
    3. Mysle, ze uporzadkowanie opowiadania to dobry pomysl, bo watek Veny potajemnie pojacej Gabriela eliksirem na milosc, dawnych przyjaciol odsunietych na dalszy plan i podejrzewajacych cos zlego, pielegnujacych przez lata jakies urazy ma calkiem spory potencjal, tylko trudno sie tego potencjalu dopatrzec przez te wszystkie przeszkadzajki, ktore sie pojawiaja po drodze. W kazdym razie, trzymam kciuki :)

      Usuń
    4. Przyznaję szczerze, że przez kilka rozdziałów obstawiałem, że główną osią jest historia spod szyldu "spotkało się dwóch paranoików". :D Jak mówi Gaya, twój pomysł na opowiadanie jest dobry, ale trzeba go nieco dopracować.
      Zachęcam cię mimo wszystko do dyskusji i odpowiedzi na parę pytań przewijających się w ocenie, ba, nawet do obrony, jeśli uważasz, że gdzieś czepiamy się bezpodstawnie. ;) Ale póki co udanego wyjazdu.

      Usuń
  3. Nie znam opowiadania, ale ocena jak zwykle wydaje się rzetelna i dobrze się czytało, tylko przeoczyłyście jedną rzecz - powtarza się wyrażenie "gwóźdź do trumny", bardzo blisko siebie (w końcówce czwartego akapitu od dołu, a potem zaraz w kolejnym).
    Gratuluję debiutu i czekam na kolejne oceny. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mea culpa! Dziekuje za wytkniecie :)

      Usuń
  4. https://www.youtube.com/watch?v=8Gv0H-vPoDc&feature=youtu.be

    Przydałoby się takie cuś w polskiej wersji :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wierzę, że jeszcze nikt nie zgłosił się do Ryszarda, stąd mój komć. Ryszardzie, wiem, że nie oceniasz postapo, ale skoro nie masz nic lepszego do oceniania, zastanawiałam się, czy może podjąłbyś się oceny opka o zombie. (Kto nie lubi zombie?!) Regulaminowy piąty rozdział pojawiłby się u mnie albo jeszcze w lipcu, albo początkiem sierpnia (jutro (a raczej dzisiaj) go dokańczam, potem leci jeszcze do bety), ale jeżeli nie będziesz chciał, to najwyżej poczekam, aż otworzycie kolejki i wtedy pomęczę kogoś innego ;).
    (Tak, jestem leniem i lubię dostawać ocenki, kiedy mam mało rozdziałów, bo wtedy jest mniej do poprawiania).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie lubię zombie.
      (To znaczy są mi obojętne ze wskazaniem na "nie").

      Usuń
    2. Tak, nie dojrzałam jeszcze do tego!!!1111

      Usuń
    3. Nie mogę powiedzieć, bym pałał jakimkolwiek uczuciem do zombiaków. ;) Obiecuję przyjrzeć się temu na dniach i napiszę do ciebie w ciągu tygodnia.

      Usuń
  6. Również nie darzę wielkim uczuciem zombiaków. Lepiej nie poruszać tego tematu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że komuś się coś nie podoba, nie jest żadnym powodem do nieporuszania tematu. A o następne ewentualne komentarze proszę bez linku do swojej strony internetowej, bo uznam za spam. To już drugi, który pozornie jest na temat, ale nic nie wnosi, przy kolejnych zacznę usuwać.

      Usuń